Search and Hit Enter

„Od techno można z nudów zdechnąć”

30 lat polskiej sceny techno to chaotyczny zbiór wspomnień skoncentrowany głównie na perypetiach kolejnych osób opisujących swoje kariery. Próżno szukać tu syntezy czy chociażby ręki redaktora, na czym ta ogromna księga mocno cierpi.

Umiejętność pisania to jedno, cięcia tekstu, żeby zostawić sedno, które czytelnika przyciągnie i zainteresuje – co innego. Redaktor lub redaktorka jest potrzebny. Przypomniałem sobie o tym brnąc przez kolejne strony olbrzymiej bryły „30 lat polskiej sceny techno”, gdzie tej osoby ewidentnie tam zabrakło. A było co redagować: łącznie niemal 80 tekstów i wywiadów, podzielonych na kilka rozdziałów mieszczących się niemal na 800 stronach.

Nie wiem jakie było wyjściowe założenie twórców tej inicjatywy, wyszedł im jednak pamiętnik, zestaw reminiscencji z imprez i wzajemnych przechwałek. Częściowo autorom i autorkom udało się opisać ważne miejsca czy wydarzenia, ale giną one w natłoku wspomnień i wynurzeń na temat pierwszych imprez, odkrywania sposobów grania, obsługi sprzętu, a czasem niestety mitomanii na temat własnej kultowości. Jeszcze bardziej blado wypada, jeśli zestawi się ją z książką Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993 Rafała Księżyka – skrupulatnym i przemyślanym opisie polskiego undergroundu okresu przełomu. Innej tematycznie, ale również skupiającym się na wycinku sceny – stąd porównanie.

Ten przełom ważny jest też dla techno – za cezurę dla startu tego zjawiska w Polsce redaktorzy przyjmują 1989 rok. Od tamtego czasu, zarówno w latach 90. jak i w pierwszej dekadzie XXI wieku techno i związana z nim kultura odegrały ogromną rolę w kształtowaniu środowiska klubowego, tego jak zmieniały się polskie miasta i sceny lokalne. To był też moment, kiedy można było gonić za Zachodem, często go prześcigając za sprawą produkcji imprez, umiejętności organizacyjnych czy pomysłów na nowe formaty, konkurujące z tymi z Berlina, Paryża czy Londynu. Techno miało też aspekt kontrkulturowy – wokół muzyki i imprez ludzie kształtowali swoją tożsamość, poszukiwali doznań poza mainstreamem. Scena wykształciła swoje media, programy telewizyjne, autorytety w dziedzinie i powiększające się środowisko.

To ostatnie, chociaż niepełne, autorzy 30 lat polskiej sceny techno próbują trochę zarysować. Zamiast jednak pokusić się o syntezę, oddają łamy zainteresowanym, żeby ci napisali co właściwie chcą. Dostajemy więc historie i przebieg życiorysów kolejnych twórców, które czasem odkrywają rąbka tajemnicy pionierskich warunków w jakim przyszło im funkcjonować, ale zazwyczaj detalicznie ze szczegółami opisują kolejne przeboje na scenie (co nie jest ciekawe). Nie ma jednak nikogo, kto pokusiłby się o szerszą analizę zjawiska. Być może dlatego że większość autorów podchodzi do tematu bez dystansu.

Uwiera niespójność. Teoretycznie zaczynamy od przemiany ustrojowej, ale już na początku szybko lądujemy w pierwszej dekadzie XXI wieku. Jeśli wracamy to chaotycznie i w zasadzie nie wiadomo kiedy – dyktują to pojedyncze wspomnienia. Pełno w nich kolokwializmów, historii bez zarysowania kontekstu, tak jakby była to książka wyłącznie dla osób zaznajomionych z tematem, a raczej z konkretnymi postaciami. Razi język wielu autorów, którzy wymieniają swoje wszystkie wydawnictwa lub prześcigają się w przechwałkach na temat samych siebie. Pozwolę sobie kilka z nich przywołać: „nagrałem kawałek na tyle dobry, że potem nic nie mogłem zrobić”, „Jimi Hendrix mógł się ze swoim przesterem schować”, „Moje teczki z pomysłami pękają od genialnych niezrealizowanych projektów”. Raz albo dwa byłoby to do przełknięcia, ale jest tego naprawdę sporo, uściślając: tak mniej więcej wygląda pierwsze 300 stron.

Aż prosi się o wyjaśnienie pewnych faktów, które dziś, w 2021 mogą być niejasne: jaką dokładnie rolę pełnił Soulseek (jest raptem wspomniany, a młodszym czytelnikom może być nieznany), co kryje się pod określeniem „dresy na imprezach”, ale też szersze opisanie pewnych niuansów lub stereotypizacji słuchaczy techno.

Doskonale pamiętam jak w latach 90. od piosenki Homo Twist popularna stała się fraza „od techno można z nudów zdechnąć”. Owszem, dziś świadczy to o niewiedzy osób ją wypowiadających, ale scena elektroniczna poza hermetycznym środowiskiem wyróżniała się, a jednocześnie była często dyskryminowana, bo wywołała skojarzenia z tandetną muzyką i hedonistyczną zabawą. Jacek Pietrzak w swoim tekście pisze: „Szanowny postronny czytelniku możesz ominąć ten akapit, bo jak na mój gust jest nieco osobisty” – takich akapitów albo całych rozdziałów jest sporo. Za dużo tu osobistych wynurzeń, a za mało otwarcia na postronnego czytelnika. Wiele można spokojnie ominąć.

Jest na szczęście kilka tekstów, które tę pozycję ratują czy raczej utrzymują przy powierzchni. Piotr Michalewski aka DJ Fresh intrygująco opisuje historię sopockiego Sfinksa, działalności ludzi tworzących tę ekipę, ich performance’ów na Love Parade w Berlinie w 1997. Fajne są reminiscencje z partyzanckiej imprezy podczas rejsu do Bałtijska albo opis determinacji w byciu DJem, w tym o wyprawach po płyty do Berlina, Hamburga i Londynu.

Joanna Tomczak analizuje funkcjonowanie klubów w tkance miasta, konieczności ich koegzystencji z sąsiadami, ale też obecnym w nich seksizmie. Dopiero DJ Nois pisze o stereotypizacji, która mocno wpłynęła na postrzeganie całej sceny: muzyce trance, kojarzeniu gatunku wyłącznie z 2 Unlimited czy białymi rękawiczkami. Brakuje jednak, żeby ktokolwiek szerzej wspomniał o ówczesnych mediach takich jak magazyn Plastik, Atomic TV czy MTV, które były nośnikiem muzyki wtedy – dziś z perspektywy dominacji internetu byłyby wręcz archeologiczną ciekawostką.

W jednym z tekstów pada zdanie „zdarzyło mi się koncertować w Polsce i oczywiście w Warszawie”. Schematyczny podział: stolica i reszta kraju. Tymczasem to nie długie opowieści z lepszego miasta w Polsce, ale te poza szlakiem głównych metropolii są najciekawsze. Jędrzej Dondziło wspomina o imprezach z gatunku secret location w najdziwniejszych miejscach Podlasia – idei, którą do dziś kontynuuje w ramach festiwalu Up to Date. Paweł Bartnik z Sarmacji i Kirka opisuje, jakim było dla niego przeżyciem uczestnictwo Technomanii. Właśnie tam poczuł dysonans między zabawą warszawki a małomiasteczkowymi imprezami, ale też wrogie nastawienie do fanów tego gatunku w osiedlowych pubach w Płocku.

Dużo tajemnic odkrywają Jacek i Maciek Sienkiewiczowie – prowadzący przerywa im banalnymi pytaniami, a bardziej przydałby się do ustrukturyzowania rozmowy. Jest interesująca, ale chaotyczna – rozmówcy non stop skaczą z wątku na wątek, brakuje pogłębienie niektórych z nich np. historii Klubu 55, który pojawia się i w zasadzie zaraz znika. Brakuje krytycznego spojrzenia na teksty – nie wiem po co w wyciągniętym z archiwów wywiadzie z VTSS pada wątek o plany koncertowe. Raz, że dotyczą 2019 roku, dwa, że mamy pandemię i rozmowa o nich wydaje się abstrakcyjna. Jedną z najciekawszych rozmów jest wywiad z Rrrrkrta, który opowiada o Brutażu. Jego egalitarnej formule, otwarciu na inność, potencjale kulturowym, ale też politycznym, w ramach których obywatelsko pilnuje się norm społecznych. Głębsze, bardziej antropologiczne spojrzenie zarysowuje wywiad z kolektywem Wixapol, którzy na swoich imprezach przyglądają się polskiej scenie zabawy. Te teksty to jednak wyjątki, trochę mało, żeby zachęcić do lektury tej książki.

W sieci znalazłem raptem jedną recenzję książki, autorstwa Bartka Nowickiego. Ciekawą i analitycznie dopowiadającą więcej niż całe 800 stron – tylko żałować, że nie znalazła się w książce. Sęk w tym, że Nowicki snuje opowieść na podstawie skrawków z książki, więcej dodając od siebie. Te nie przekazują złożonej narracji, a jedynie na wyrywki podają pewne miejsca, osoby i zdarzenia. A czasem pomijają, przez co tracą nie wiarygodności – nie ma tu ani słowa o festiwalu Unsound i Nowa Muzyka, parytet mogłaby też wyrównać obecność chociażby Zamilskiej.

30 lat polskiej sceny techno to zbiór wspomnień i niezobowiązujących rozmów (w których często powielane są pytania); brakuje narracji przyczynowo-skutkowej. Być może nie taki był zamysł, ale wszystkie skrupulatnie spisane wspomnienia czytane jedno po drugim nudzą, tekst Maleńczuka z tytułu jest więc mocno na miejscu. Za dużo mitomańskich przechwałek, mało dystansu i szerszego oglądu, dzięki któremu rzetelnie można zarysować pewne zjawiska i zachować je dla potomnych. Opisanie sceny na przestrzeni trzech dekad to nie łatwe zadanie, ale nadmiar informacji i wspomnień powoduje, że tę książkę czyta się najzwyczajniej ciężko. Uszczuplenie i bardziej przemyślana koncepcja zadziałałyby na jej korzyść, a z merytorycznymi i syntetycznymi opracowaniami mieliśmy już do czynienia chociażby na łamach zespołowo stworzonej Antologii polskiej muzyki elektronicznej.

Tymczasem po nitce nie docieramy do kłębka. Na merytoryczny, napisany z dystansem obraz sceny po 1989 roku przyjdzie więc nam jeszcze poczekać.

RADOSŁAW TERESZCZUK, ŁUKASZ KRAJEWSKI, ARTUR WOJTCZAK (red.) 30 lat polskiej sceny techno, Krytyka Polityczna