Search and Hit Enter

Dzika polska scena czasów transformacji

Totartowcy z Lalamido, prehistoria polskich majorsów, początki karier Hey i Wilków, imprezy w Filtrach i bijatyki w Jarocinie – Rafał Księżyk w swojej książce wciągająco opisuje, jak równolegle z transformacją ustrojową zmieniała się polska scena muzyczna.

Historię polskiej muzyki można opisywać na wiele sposobów – przez pryzmat scen, poszczególnych artystów lub burzliwych momentów w dziejach kraju. Rafał Księżyk to zasłużony dla naszej sceny dziennikarz, który w latach 90. publikował w Brumie czy Machinie, z dzisiejszej perspektywy kultowych periodykach muzycznych. Ma na swoim koncie kilka wywiadów-biograficznych z tuzami sceny jak z – obecnie bardziej mainstreamowymi niż alternatywnymi – Kazikiem Staszewskim, Muńkiem Staszczykiem czy Tymonem Tymańskim.

Jego pomysł na najnowsze wydawnictwo, książkę Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993, z początku może wydawać się porwaniem z motyką na słońce, bo to okres krótki, wiele się wtedy działo, i jak skondensować w formie niedługiej publikacji funkcjonowanie branży, przemiany czy płyty muzyków i to, co w nich opisywali? Tym bardziej, że był to moment ważny, wielu artystów mierzyło się z rzeczywistością i próbowało ją w ramy piosenek ubrać – z perspektywy roku 2020 wydaje się to o tyle ciekawe, że w kapitalistycznej rzeczywistości ciężko doszukać się tak wielu jak wtedy zaangażowanych. Nie bez przyczyny pyta więc autor na końcuSkąd się wzięliśmy? O czym zapomnieliśmy? Co zaprzepaściliśmy?”. W końcu trudno pozbyć się wrażenia, że opisywana przez Księżyka epoka to zupełnie inna rzeczywistość, którą poza nostalgicznym spojrzeniem niełatwo ugryźć, żeby nie popaść w rozrzewnione wspomnienia, jak to kiedyś było, a jak szybko rewolucyjne ideały przyćmiła gospodarka wolnorynkowa.

Na początku lektury Dzikiej rzeczy można się trochę pogubić – wątków jest sporo, często w obrębie jednego rozdziału pojawia się kilka historii związanych z różnymi zespołami, zogniskowanymi bliżej bądź dalej z polskim undergroundem. Dla niezaznajomionych z nazwami, poruszanie się pośród nich może nie być łatwe, ale z kolejnymi stronami ta układanka staje się bardziej klarowna, a wszystkie elementy stopniowo układają się w sensowną całość. O ile o epoce transformacji można w ogóle powiedzieć „sensowna”.

Księżyk zestawia ze sobą ten osobliwy moment, aby pokazać jak wiele perspektyw w zaledwie pół dekady zderzało się na polskiej scenie i ją ukształtowało. Z jednej więc strony dostajemy relacje z wyjazdów zespołów Izrael i Praffdata do Czechosłowacji i NRD oraz różnych związanych z tym perypetiami, a także zawiązywaniem sieci kontaktów fanowskich, które potem stopniowo się rozwijały. Fascynujący jest moment pobytu Izraela w Londynie, który być może przy bardziej sprzyjających okolicznościach miał okazję być początkiem ich światowej kariery. Z drugiej strony w tym czasie kwitło bujne życie artystycznych wywrotowców z Pomarańczowej Altarnatywy czy Totartu – działania absurdalne, zestawiające performance z muzyką, filmami i prześmiewczymi happeningami, ale też wątkami parateatralnymi. Najlepiej widać to na przykładzie zespołu Kormorany, który w awangardowej formie łączył swoją twórczość na styku sztuk teatralnych i muzyki. Albo działań Galerii Wyspa Piotra Wyrzykowskiego, Marka Rogulskiego z pogranicza sound-artu.

Inny wątek to działalność klubów muzycznych, które w momencie wkraczania w gospodarkę wolnorynkową, miały niełatwą rolę pogodzenia ambicji artystycznych z szansą na przetrwanie w nowej rzeczywistości. Księżyk zaprasza więc czytelników do warszawskich Filtrów czy Fugazi, jedzie nad morze do sopockiego Sfinksa, ukazując wywrotowość tych miejsc i kolosalne znaczenie dla ówczesnej sceny alternatywnej, a przede wszystkim jej fermentu. Fugazi funcjonowało krótko, ale było kamieniem milowym dla polskiej alternatywy, przykład Filtrów z kolei pokazuje jak trudno było oprzeć się post-prlowskiej rzeczywistości, w której scena niezależna styka się z kwitnącymi działaniami mafijnymi. Z kolei historia Sfinksa to przykład tego, jak zachodnie trendy udało się przekuć w artystyczne imprezy i happeningi na gruncie polskim – w końcu to właśnie tam odbyło się pierwsze w naszym kraju Halloween.

Dzika rzecz pokazuje reakcję twórców na zastaną rzeczywistość. Performance CUKT odnosiło się do wyborów prezydenckich, z kolei poświęcając cały rozdział Aptece i ich albumowi Ujaranecałemiasta autor podkreśla, jak frapująco zespół ten ujął przełom w psychodelicznych oparach muzyki, będąc jakoś ponad zastaną rzeczywistością. Szkoda, że dziś lider tego składu, Andrzej Kodym Kodymowski odpłynął niestety za bardzo, najczęściej głosząc prawicowe hasła czy grając na imprezach narodowców. Oszczędnie, ledwie liżąc temat przygląda się Księżyk emancypacji kobiet na scenie – przykładem działania Post-Regimentu i Oczi Cziorne, dwóch stylistycznie odległych biegunów; chciałoby się jednak w tę reprezentację płci pięknej zagłębić bardziej, bo wciąż wydaje się być traktowana po macoszemu.

Co rozdział to przeskok między innym zjawiskiem na scenie – czemu trudno się dziwić, bo był to gorący okres. Od reklam wyrobów tytoniowych na festiwalach (i w magazynach muzycznych, chciałoby się dodać, bo bez nich wiele by nie przetrwało), po jarocińskie festiwale, ich wpływ na formowanie się sceny, ale też chuligańskie incydenty, które zaprzepaściły ich kontynuację. Od pirackiego rynku kasetowego (kto nie pamięta łóżek polowych wypełnionych podróbkami na lokalnych rynkach, aż wreszcie hologramów potwierdzających oryginalność) po proces transformacji polskich wytwórni muzycznych w zgarniającą wszystko piątkę majorsów. Księżyk pokazuje też jak rozwijał się polski rock alternatywy, pop-rock czy grunge z takimi kapelami jak Houk, Hey czy Wilki na czele.

Okres transformacji ustrojowej był czasem burzliwym, pełnym zmian, niepewnych kroków i częstych zwrotów o 180 stopni. Podobnie można czasem poczuć się przy lekturze Księżyka – kieruje się on przede wszystkim do słuchacza, który z polską sceną jest zapoznany. Z jednej strony to dobrze, bo wiadomo ze punktem wyjścia jest osoba, która pewne podstawy zna, więc wie jak pomiędzy historiami lawirować. Z drugiej strony szkoda, bo w tym nadmiarze faktów, historii, postaci, scen, miast i zespołów nie odnajdzie się ktoś, kto chciałby w historię lokalnego undergroundu się zagłębić.

A historia jest to fascynująca, bo kiedy wszyscy działali w myśl zasady zrób-to-sam autor unaocznia jak wiele osób, chociażby krótkotrwale było sobie w stanie poradzić w raczkującej sytuacji wolnorynkowej, bez wsparcia grantowego czy dotowanych z samorządów imprez i miejsc krzewienia kultury alternatywnej. Księżyk w natłoku informacji wychodzi z tarczą pokazując jak artyści przystosowali się i wykorzystali moment przełomu. Świetnym przykładem jest tu historia Yacha Paszkiewicza, który zainicjował polskie teledyski i nagrodę Yach Film, po godzinach korzystając ze studia w gdańskim oddziale TVP. Efektem były nowatorskie jak na owe czasy klipy – zarówno dla takich tuz jak Kazik, Varius Manx, De Mono czy Hey po zespoły, którym tylko dzięki tym klipom chociaż na chwilę udało się zaistnieć jak IMTM. Pełno tu chałupniczych przykładów organizowania koncertów, działalności klubowej czy promocyjnej – ważnej, bo z nich potem wyklarowały się wieloletnie kariery. Ale też zastanawiającej, bo książka Księżyka pokazuje jak wiele z anarchistycznych i niezalowych ideałów wyparowało. Żadne z funkcjonujących miejsc nie przetrwało, większość artystów wypłynęła na pole mainstreamu, część z nich odkleiła się od rzeczywistości. Jedyną trwającą dziś przy dawnych ideałach jest wytwórnia Antena Krzyku, która nieprzerwanie ponad trzy dekady prowadzi działalność.

Księżyk zostawia nas więc na koniec z pytaniem otwartym, wspominając chociażby ważną dla przełomu Stocznię Gdańską, w której pod koniec lat 80. zagrali Twinkle Brothers & Trebunie-Tutki, a dwie dekady później The Scorpions i Kylie Minogue. Pyta, co się stało, że scena tak bardzo uległa przemianie. Czy to nieuchronny napływ współczesności, w którym media muzyczne zastepuje blogosfera? Czy artyści działający w myśl zasady DIY, którzy nie są w stanie przetrwać dłużej, a tych najbardziej popularnych wciąga pop? A może to był właśnie taki osobliwy moment historii, który funkcjonował tylko na chwilę, aby zniknąć i pozostać we wspomnieniach? Może więc trzeba się pogodzić, że okres ten był nie tylko rzeczą dziką, ale i ulotną? Warto poszukać odpowiedzi na te pytania z tą książką.

Rafał Księżyk, Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993, Wydawnictwo Czarne, 2020