Search and Hit Enter

9 wspaniałych: futuryzm, free, site-specific, minimalizm i piosenki

Futurystyczne brzmienia, dźwiękowa rzeźba, piosenki na kwartet, nieoczywiste wykonania perkusji czy elektronika grana na fortepianie. Oto 9 płyt, na których jazz jest teoretycznie punktem wyjścia, ale prowadzą w oryginalne kompozytorskie obszary.

>>> Read in English <<<

BLED Roots & Futuristic Sci​-​Fi Sounds / Comet Sessions, Alpaka

2/5 kwintetu niżej opisywanego Chyły, ale i założyciele Alpaka Records, prezentują swój nowy projekt. Inni niż rzeczy, które robili dotychczas, nad Wisłą dosyć niepowtarzalny, chociaż nietrudno wyłapać tu porównania zarówno do Sao Paulo Underground, jak i Mikrokolektywu. Punkt wyjścia to brzmienie trąbki i perkusji, poszerzonych o arsenał klawiszy i syntezatora modularnego. Efektem tej mikstury jest album przestrzenny, transowy, spowity elektroniczną mgłą, która wciąga i buduje oniryczny dźwiękowy krajobraz. Zarówno w bardziej zastałych fragmentach, kiedy Miszk daje się ponieść we frywolnej grze na trąbce, ale też eksploracjach syntezatora modularnego Koryzno w duchu reprezentantów sceny brytyjskiej – tu czuć futuryzm, chociaż szyty subtelnie, bez wykładania wszystkich kart od razu. Dopełnieniem, które ukazuje tę misterność Bled, jest kaseta Comet Sessions – bardziej ambientowa, rozwlekła, będąca efektem tej samej sesji. Ale tu znalazło się miejsce dla utworów bardziej abstrakcyjnych, dłuższych 

IRREVERSIBLE ENTANGLEMENTS Open the Gates, International Anthem

Chicagowski kwintet na każdej kolejnej płycie odkrywa nowe karty. Debiut był mocnym uderzeniem, Who Sent You wyrazem złości i frustracji, powiązanej ze społeczną sytuacją w Stanach Zjednoczonych. Open the Gates, nagrane w ciągu jednego dnia w styczniu tego roku, to monumentalne na tle tamtych wydawnictwo, a utwory wahają się tu od kilku do kilkunastu minut. Otwierająca kompozycja tytułowa to sjesta utrzymana w karaibskim duchu. „Keys to Creation” to pierwszy raz w historii zespołu syntezatorowe brzmienie, mroczny i wyrazisty groove sekcji Stewart/Holmes ze świetnymi wstęgami Aquilesa Navarro na trąbce, do którego później dołącza rozszalały saksofon Keira Neuringera. Całe wydawnictwo, mimo że rozwlekłe, wydaje się bardziej spójne niż poprzedniczki, mniej tu chaosu, więcej skrupulatnie rozłożonych wątków, otwartego podejścia do kompozycji, ale trzymania wszystkiego w ryzach. Ale i gęstego szaleństwa czy nieokiełznania („Storm Came Twice”), co świetnie domykają recytowane, a czasem wykrzyczane teksty Camae Ayewy.

CECILIA LOPEZ, GERALD CLEAVER, BRANDON LOPEZ Red (DB), Relative Pitch

Red (DB), pomimo, że powstał w intencji jako performance site-specific, broni się w formie wydawnictwa płytowego. Ta utkana skrupulatnie forma ma wymiar monumentalnej rzeźby dźwiękowej, która poraża siłą, napięciem i cedzeniem dźwięku. Warto zobaczyć wideo – poza trójką muzyków mamy monumentalne instalacje: sieć z kontrabasami i perkusją, które w myśl graficznych zapisów nutowych porusza Julia Cavagna. Prowodyrka zamieszania, Cecilia Lopez buduje gęste pasmo na syntezatorach, łapiąc pogłos dźwiękowy wydawany przez te konstrukcje. Dopełniają je frazy grane przez Brandona Lopeza na kontrabasie i dźwięk perkusjonaliów Geralda Cleavera. Kolejne warstwy zasklepiają się, uwalniane powoli – w duchu The Necks jeśli chodzi o formę, w stylu Oneidy z „A list of Burning Mountains” gdy chodzi o mrok. Kompozycja pęcznieje z minuty na minutę, dramaturgia tężnieje, zachowuje trwanie, ale i pokazuje kapitalny potencjał symbiotycznego splecenia instrumentów akustycznych i elektroniki. Frapujący i wciągający materiał trwa 50 minut, ale nie ma mowy o przegadaniu.

LINDA FREDRIKSSON Juniper, We Jazz

Linda Fredriksson gra na saksofonie w takich składach jak Mopo i Superposition, ale po latach pracy prezentuje album Juniper. Płyta, jak na jazz, ale i wytwórnię We Jazz brzmi bardzo lirycznie, wręcz piosenkowo. Sprawdzam info prasowe, gdzie widnieje, że to „album singer-songwriterski”, a więc trop się zgadza. Słyszymy jednak nie tylko dęciak, ale całą Linda Fredriksson gra na saksofonie w takich składach jak Mopo i Superposition, ale po latach pracy prezentuje album Juniper. Płyta, jak na jazz, ale i wytwórnię We Jazz brzmi bardzo lirycznie, wręcz piosenkowo. Sprawdzam info prasowe, gdzie widnieje, że to „album singer-songwriterski”, a więc trop się zgadza. Słyszymy jednak nie tylko dęciak, ale całą gamę instrumentów, innych muzyków, dzięki czemu muzyka staje się barwna, nieraz przejmująca, ale przede wszystkim ma baśniowo rozpisaną dramaturgię. Słuchając „Neon Light [and the Sky Was Trans” albo „Nana Tepalle” mam wrażenie jakby zebrane w nich emocje opisywały przyglądanie się dzisiejszemu światu, z całym jego bagażem dobrodziejstw, ale i przerażających doświadczeń, które ciągną się za nami na co dzień. Fredriksson opowiada bez słów, a utwory aranżowane na gitarę, klawisze i wokal, przepisuje na cały skład. Jest w tym równowaga między instrumentami akustycznymi i syntezatorami, balans między graniem oszczędnym i orkiestralnym, rozmachem i osobistym wymiarem kompozycji.

TOMASZ CHYŁA QUINTET Da Vinci, Alpaka

Tomasz Chyła cały czas idzie do przodu i nie przestaje zadziwiać. Da Vinci, kolejny album po Eternal Entropy i Circlesongs, to efekt nowego składu, co wpływa na różnorodność: dołączyli Emil Miszk na trąbce i Krzysztof Hadrycha na gitarze elektrycznej. Tytuł wskazuje rozmach, ten jest spory. Otwierający „A Constant Stream of Consciousness” jest spowity mrokiem Pendereckiego, „Macchina Violante” uwypukla zapędy gitarzysty, który błyszczy na pierwszym planie, z kolei „The Ritual” to mistyczny zwrot z wyłaniającym się niespodziewanie żeńskim chórem. Muzycy dwoją się i troją, a zgrana sekcja – Sławek Koryzno i Konrad Żołnierek – dzielnie trzyma wszystko w ryzach, dzięki czemu temu dramaturgia prze do przodu. Odświeżenie przyniosło nowe życie, skład konkretnie lawiruje między rytmicznym groovem, sonoryzmem czy wyłaniającymi się z mroku progresywnymi etiudami. Czasem w barokowym natłoku jest tu wszystkiego za dużo, ale można to zrzucić na karb docierania się tej konstelacji, która kwintet prowadzi w intrygujące obszary.

GRZEGORZ TARWID Ay, Kold

Krótki album Plays sprzed roku przeszedł trochę niezauważenie. Szkoda, bo Grzegorz Tarwid ma łeb jak sklepi gamę pomysłów szeroką tak bardzo, że format płyty nie jest w stanie ich czasem pomieścić. Ay jest tego dobrym przykładem – od motywów inspirowanych popem, przez liryczne melodie, minimalizm, formy klasycyzujące czy zelektryfikowane utwory, nad których finalnym brzmieniem czuwał Albert Karch. Tarwid przyznaje, że chce wychodzić poza strefę komfortu fortepianu, szukać jak najdalej i jak najszerzej. To faktycznie mu się udaje, bo niejednokrotnie trudno pozbyć się wrażenia, że muzyk jest jak szafa grająca: co przyjdzie mu do głowy, serwuje w kolejnych utworach. Gorzej, jeśli chodzi o spójność materiału – dynamika i stylistyczny rozrzut często jest bowiem tak duży, że w efekcie trudno uciec od wrażenia zbioru elementów niż konceptualnie przemyślane wydawnictwo. Mój faworyt to „Nyege” – Tarwid pokazuje w nim, jak daleko można się posunąć traktując zupełnie niespodziewanie swój instrument w procesie produkcji.

EVAN PARKER Winns Win, Byrd Out

Evan Parker, jeden z najbardziej znanych europejskich reprezentantów free-jazzu, nagrał album wyjątkowy, pulsujący mocą, ale też siłą wykonawcza wirtuoza. Na Winns Win sięga jedynie po saksofon sopranowy i sam, zamknięty w pokoju, snuje liryczne zawodzenia. Odwołuje się w muzyce do architektury Williama Morrisa, ale też składa hołd wieloletniemu przyjacielowi, który odszedł w tym roku, gitarzyście Johnowi Edwardsowi. Sęk jednak w tym, że to wydawnictwo jest wymowne także i bez kontekstu – saksofonista dmie w swój instrument, gra minimalistycznie, kiedy wybrzmiewają jego huczące i zawodzące frazy, grane z czujnie prowadzoną cyrkulacją oddechu. Parker zdobył się na wypowiedź, na którą w tym wieku, ale i w ogóle stać niewielu – nie kokietuje za instrumentem, gra z głębi trzewi. Jeśli na początku całość przykrywa mieniąca się barwami pulsująca muzyka, w „WW6” słyszymy jego świsty, stukania w instrument, sonorystyczne wybrzmiewania, a „WW7” to już snucie motywów na tle ciszy, jakby muzyk chciał skontrastować hałas, którym zaatakował na początku. Przejmująca, niezwykle emocjonalna płyta.

KATHARINA ERNST le temps – a solo for drums and metal objects in five states, Trost

O ile na debiutanckim albumie Katharina Ernst swój zestaw perkusyjny nie raz kierowała w technoidalnym kierunku, na le temps traktuje go bardziej abstrakcyjnie. Tytuły, a w zasadzie to, co znajduje się w nawiasach daje jakieś pojęcie o tym, co jest punktem wyjścia – elementy zestawu perkusyjnego, które jednak perkusistka traktuje niezobowiązująco. „Ouverture” to popis na hi-hacie, nagranym i wyprodukowanym tak umiejętnie jakbyśmy chodzili za Ernst po sali; „Vague” na dwa tomy wymyka się prostemu rytmicznemu szkieletowi, krótkie „Brise” przykuwa uwagę metalicznym brzmieniem, a „Flus” to kakofonia szejkerów. Każdy utwór ma inne oblicze, a perkusistka różnicuje swoje pomysły dzięki czemu album jest treściwy, ale i wyczerpujący; nie tak oczywisty jak debiut w pewnych momentach. Wyznacznikiem jest tytułowy czas, trwanie i stany, których efektem są odmienne kompozycje, studia przypadku perkusjonaliów. Trwająca nieco ponad 20 minut epka to zarys, szkice idei, ale pod kątem barwy dźwięków, zabawy ich wybrzmiewaniem. To kapitalny zbiór eksploracji i dźwiękowych paternów, kolejny krok w poszukiwaniach artystki.

AMIRTHA KIDAMBI & MATTEO LIBERATORE Neutral Love, Astral Editions

Głos Amirthy Kidambi w zespołach Elder Ones czy Mary Halvorson’s Code Girl funkcjonuje jako instrument, ale niesie też za sobą tekst, często zaangażowany społecznie. Inaczej wygląda to w przypadku nagrań z Leą Bertucci, gdzie wokalizy są poddawane manipulacjom taśmowym, jeszcze inaczej w duecie z Matteo Liberatore, gdzie odsłania oblicze oszczędne. Neutral Love to podróż w mrok, brzmi jak wyciągnięta z horroru, pełno w niej napięcia. Wokalno-gitarowy duet redukuje swoje środki wyrazu; artyści brzmią, jakby coś ich krępowało, a dźwięk nie był w pełni w stanie wybrzmieć. Taki zabieg stwarza potężne napięcie, dźwięki na instrumencie są cedzone, w sposób jak najbardziej odległy od rockowego etosu. Kontemplacyjnym pociągnięciom na strunach towarzyszą świsty i posykiwania, między którymi duet kreuje opowieść. Są momenty kulminacyjne, głośniejsze, ale to przede wszystkim dobitny dowód na to, że generując mniej dźwięku można czasem osiągnąć porywający efekt.