Search and Hit Enter

California Stories Uncovered: Każdy fragment musi być dopieszczony

Poprzednie wydawnictwo tczewskiego zespołu California Stories Uncovered, długogrający album „Confabulations”, ukazało się w 2009 roku. Od tego momentu zagrali sporo koncertu, ale po pewnym czasie nic nie było o nich słychać, a muzycy zaszyli się w salach prób występując okazjonalnie na festiwalu Streetwaves dwa lata temu. W styczniu zagrali w Królewskiej Fabryce Karabinów w ramach pierwszego koncertu z cyklu Nowe idzie od morza, a teraz wracają z trzema utworami na „EP 2”. O tym jak zespół obecnie funkcjonuje, jak powstawał materiał, a także jakie ma plany na przyszłość, opowiada gitarzysta, Paweł Plotta.

Jakub Knera: Bardzo długo was nie było. Czy po tak długim okresie przerwy, łatwo jest wrócić do wspólnego grania? Podchodząc do komponowania nowego materiału, mieliście jakieś założenia?

Paweł Plotta: Tak naprawdę nie było przerwy we wspólnym graniu. Trochę rozluźnił się harmonogram prób, ale zespół cały czas istniał, choć nie był aktywny koncertowo i wydawniczo. Komponując nowy materiał założenie było jedno, bardzo ogólne: nie chcemy się spieszyć i ulegać jakiejkolwiek presji. Bez obciążenia, bez złudnych nadziei i oczekiwań. Chcieliśmy by między nami powstał naturalny, niezakłócony i niewymuszony „flow”. Wydaje się nam, że udało się to osiągnąć i to chyba słychać w naszych kompozycjach. Ponadto chcieliśmy zabrzmieć świeżo i rozciągnąć jeszcze bardziej ramy gatunkowe – epicki post-rock z wszechobecnym tremolo na gitarach to dla nas zdecydowanie za mało.

To już drugi raz kiedy wypuszczacie epkę. Czy to zapowiedź albumu? A może to jeszcze zobrazowanie pewnej krystalizującej się wizji co do waszej aktualnej muzyki? Chyba że taka forma na tę chwilę was satysfakcjonuje, to w końcu ponad 20 minut muzyki.

Format EP wydaje się być najbardziej odpowiedni dla powracającego bandu. Jest to tak naprawdę swoisty papierek lakmusowy: zanurzamy go w rzeczywistości dookoła nas i sprawdzamy jaki jest odczyn. „EP2” to komunikat: wracamy, jesteśmy gotowi na większe rzeczy. Jeśli pojawi się chętny wydawca to zapewne wejdziemy do studio i przygotujemy nasze drugie LP.

Jak kształtują się Wasze nagrania? „Coast is Clear” to bardzo repetywny utwór, zwłaszcza w trzeciej, ostatniej części. Na ile kompozycje to wynik improwizowania podczas prób i sesji, a na ile spotykacie się z gotowymi pomysłami, które potem szlifujecie?

Zazwyczaj wygląda to tak, że jeden z nas przynosi jakiś motyw, riff, fragment muzyki, a następnie drogą jammowania i sprawdzania różnych opcji kompozycyjno-aranżacyjnych dochodzimy do finalnej formy. Po prostu… Jeśli jakiś pomysł „nie zaskoczy”, odkładamy go na później i bierzemy się za kolejny bazowy temat. Podstawową zasadą jest to, aby ten pierwotny temat został zaakceptowany przez wszystkich i wprowadzał w podobnie entuzjastyczny nastrój każdego z nas.

Jeśli chodzi o trzecią część utworu „Coast is Clear” to jej transowy charakter jest jak najbardziej zamierzony. Powtarzalność tego tematu jest trochę złudna, bo gdy posłucha się tego w skupieniu, na słuchawkach i zagłębi w ambientowe tła oraz zmiany w figurach perkusyjnych to nagle się okazuje, że całość podskórnie pulsuje i wciąga dyskretnymi zamianami. Koresponduje to także z tytułem utworu – już jest czysto na horyzoncie, bezpiecznie, nikt nas nie widzi, a my podążamy na przód i robimy swoje. (śmiech)

Gracie teraz w kwartecie, więc w pewnym stopniu w zespole nastąpiła redukcja brzmień i instrumentów. Czy to dobrze wpływa na zespół – redukcja jako coś pozytywnego czy negatywnego?

W tym przypadku redukcja ilości instrumentów zadziałała zdecydowanie pozytywnie. Każdy fragment musi być dopieszczony, nie ma mowy o „zapchajdziurach”. Utwory są skomponowane z większą precyzją, brzmienie dobrane z uwagą i odpowiednio dozowane. Mniejsza ilość instrumentów to także okazja do większego wykorzystywania naturalnej przestrzeni pomiędzy dźwiękami, operowanie ciszą i pauzami. Z kolei jeśli jest potrzebne zagęszczenie faktury dźwięku to mniejsza ilość instrumentów popycha nas do korzystania z looperów i samplingu, co znacząco przyczynia się do tego, że muzyka CSU jest coraz mniej rockowa pod względem soundu i nabiera bardziej eksperymentalnego i ambientowego posmaku.

Wasza muzyka, zwłaszcza na koncertach, zyskała pewną motoryczność; mniej w niej impresyjnych pejzaży i emocjonalnych zrywów, a więcej rytmiki i agresji wręcz, co słychać w „Still Glowing”. Czy coś zmieniło się w spojrzeniu na muzykę CSU?

Nie zgodzę się z tym, jakoby element motoryczności, rytmiki czy wręcz agresji przeważał nad pozostałymi. Myślę, że nadal w naszych utworach są – jak to ująłeś – impresyjne pejzaże i emocjonalne zrywy. Fakt, utwór „Still Glowing” jest bardzo motoryczny, perkusja jest szybka, dynamiczna, ale w kwestii melodycznej to chyba najbardziej rozmarzony, oniryczny i słodki utwór na naszej aktualnej setliście koncertowej. Dobrze ukazuje swoisty dualizm naszej muzyki – z jednej strony ujmujące melodie, z drugiej strony ścianę dźwięku i atonalne tąpnięcia. Na koncertach ten drugi element jest trochę bardziej podkreślony, stąd też może taka jest twoja opinia.

Czy epka to zamknięta część czy już planujecie długogrające wydawnictwo?

Na chwilę obecną promujemy „EP2”. W najbliższych tygodniach lądujemy w sali prób i szlifujemy dalej nowy materiał. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem (choć w przypadku sztuki niekoniecznie tak bywa), w niedalekiej przyszłości powinna się pojawić nasza druga płyta długogrająca. Format dający odbiorcy 40-60 minut muzyki nadal nas interesuje, nie poddajemy się nowym standardom i nie będziemy wydawać tylko EPek i singli. Wierzymy, że ludzie nadal chcą słuchać albumów jako całości i przeżywać sny na jawie. Dobrze byłoby nawiązać współpracę z jakimś ciekawym i prężnie działającym labelem. Jeśli tak się nie stanie, na pewno zadamy sobie trud by nasza muzyka w jakiś sposób dotarła do ludzi, którzy będą nią zainteresowani.

California Stories Uncovered zagra razem z zespołem Klimt i Spoiwo w klubie Sfinks700 20 czerwca. Więcej szczegółów w zakładce KONCERTY.