Wywiady

Nagrobki: kontekst śmierci zawsze pasuje jak ulał

– Gdybyśmy nazywali się Poziomki to identyczne wersy byłyby prawdopodobnie zupełnie inaczej rozumiane. Zarówno ja jak i Maciek mamy jeszcze wiele innych projektów, w których temat śmierci nie występuje w tak oczywisty sposób. Pułapka myślowa polega jednak na tym, że kiedy spojrzysz na dowolną istotę lub rzecz i dodasz do tego kontekst śmierci, to zawsze pasuje jak ulał. Świat jest dualny i być może potrzebujemy tego drugiego bieguna, po to aby żyć opowiadają Adam Witkowski i Maciek Salamon z zespołu Nagrobki w czwartym z wywiadów o Gdańskiej Szkole Śmierci, opisanej w Tygodniku Polityka.

 

 

JAKUB KNERA: Czy widzicie związek w tym, że dosyć spora grupa artystów z Trójmiasta – Nagrobki, Trupa Trupa, Stefan Wesołowski czy Michał Jacaszek – tworzy muzykę, która porusza się tematycznie wokół śmierci?

MACIEK SALAMON: Być może oddziałujemy na siebie w jakiś nieświadomy sposób? Jednak nie ma w tym żadnego planu, ani wspólnego założenia. Na nic się z nikim nie umawialiśmy.

ADAM WITKOWSKI: Jestem pewien, że tak uniwersalny temat nie może być przyporządkowany wyłącznie do wąskiej grupy osób, zamieszkałych w jednym mieście. Myślę, że poza miłością to właśnie przemijanie i nietrwałość są najczęstszymi bohaterami dzieł sztuki, które powstających na całym świecie.

Czy faktycznie tak często? Czy nie jest przez popkulturę odpychany?

AW: Jest odpychany przez popkulturę, ale ta jest jedynie wycinkiem tego, co w swojej historii stworzyła ludzkość. Kiedy to się zaczęło? W latach pięćdziesiątych albo sześćdziesiątych? To zaledwie chwila w całej historii człowieka. Być może teraz ten temat się tak wyraźnie nie przewija, ale to nie znaczy, że nie jest ważny dla ludzkości. Podejrzewam, że gdyby prześledzić dokładnie tytuły filmowych blockbusterów, to śmierć jest tam obecna często. Tyle, że raczej jako groźnie brzmiące słowo albo jakiś inny efekt specjalny, niż coś namacalnego.

Wy zwracacie na nią uwagę już samą nazwą. Czy to wpłynęło na tematykę tekstów? Narzuciliście sobie ten śmiertelny temat?

AW: Przyjęliśmy pewne założenie dla tego zespołu i tego się mniej więcej trzymamy. Oczywiście zdeterminowała to nazwa, ale proces dochodzenia do tego był całkiem długi. Dla mnie zaczął się już w zespole Samorządowcy, w którym grałem kiedyś ze swoją córką Mają.

MS: Potem na ostatniej płycie Gówna pojawiła się piosenka „Spowiedź umarłego”. Uciekliśmy nią od polityki i innych typowych punkowych tematów. Zespół jednak przestał funkcjonować, a w podobnym czasie powołaliśmy Nagrobki. Tak więc była to jakaś ewolucja.

AW: Z taką nazwą logiczne wydało się trzymanie tego wątku. Nazwa jest tu kontekstem dla tekstów. Jeśli któryś z nich nie dotyczy śmierci bezpośrednio, to trochę czyta się go przez pryzmat nazwy. Gdybyśmy nazywali się Poziomki to identyczne wersy byłyby prawdopodobnie zupełnie inaczej rozumiane. Zarówno ja jak i Maciek mamy jeszcze wiele innych projektów, w których ten temat nie występuje w tak oczywisty sposób. Pułapka myślowa polega jednak na tym, że kiedy spojrzysz na dowolną istotę lub rzecz i dodasz do tego kontekst śmierci, to zawsze pasuje jak ulał. Świat jest dualny i być może potrzebujemy tego drugiego bieguna, po to aby żyć.

MS: Ale możemy też się przyznać, że kiedy nie mieliśmy już pomysłu na kolejny tekst na płytę „Stan Prac”, to pomyśleliśmy sobie o dedykacji dla Grześka Kwiatkowskiego z zespołu Trupa Trupa. W ten sposób powstał tekst do piosenki „Dla Grzesia”, który choć brzmi bardzo poważnie jest tak naprawdę koleżeńskim żartem skierowanym w stroną literatury i jego osoby.

AW: Czyli mamy wątek środowiskowy, o który tobie chodziło! (śmiech)

Od razu mieliście zamysł, jaki efekt chcecie osiągnąć u słuchaczy?

AW: Poza warstwą tekstową, wiedzieliśmy mniej więcej jaką paletę brzmień chcemy stosować. Zamarzyłem sobie melotron i chór. Barwy miały być kiczowato-horrorowe i trochę „pożyczone” z różnych kanonów. W ogóle słowo Nagrobki w samym brzmieniu jest bardzo pokraczne. Trochę jakby było zmiękczeniem od słowa „nagroby”.

MS: Mi się to kojarzy z kreskówkami ze Scooby Doo, albo teledyskiem „Lullaby” The Cure.

AW: Jak jaskinia strachu, ale tak tandetna, że to musi być jednak wesołe miasteczko.

W Nagrobkach o śmierci mówicie w stylu danse macabre. Oswajacie ją?

MS: Prawdopodobnie trochę tak. Robimy to jednak przy okazji dobrej zabawy w muzykę, która dla nas jest najważniejsza w tym projekcie. Ale skoro jest piosenka, to ona przecież musi posiadać tekst. Trudno by się nam śpiewało jakieś przeźroczyste zdania.

AW: Zdarzyło się kilkakrotnie, że ktoś po koncercie podchodził i mówił, że go zmusiliśmy do refleksji i że gdyby nie ta brutalna dosłowność, to by nie pojął pewnych rzeczy. Bo my nie tworzymy jakiś złożonych metafor romantycznych o odchodzeniu. Śpiewamy: „nie mam Ci dzisiaj nic do pokazania, oprócz wyników mojego badania”. Pozwalamy sobie na banalność rymu, na użycie kiczu i teatru. Staramy się być jednak jak najdalej od piosenki aktorskiej, mimo że studenci Marcina Czarnika w Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie śpiewają nasze piosenki na egzaminie (śmiech).

A jak ważne jest to, że nie śpiewacie już tak surowo i punkowo jak w zespole Gówno, ale inaczej, czasem nawet bardziej jak Skaldowie? 

MS: Takie wspólne śpiewanie, trochę chóralne powstało na koncertach, czyli bardzo naturalnie. Nie śpiewamy w jakiś harmoniach ani w standardach estradowych, ale przez częste przebywanie razem doszliśmy do czegoś, co dla siebie samych nazywamy „multivoice”. Zdarza się czasami tak, że nie jesteśmy w stanie stwierdzić, który z nas śpiewa na danym fragmencie nagrania. Nie raz wyciszaliśmy pozostałe ścieżki, aby się przekonać.

AW: Zjawisko „multivoice” bardzo utrudnia pracę przy miksie piosenek (śmiech). Wiemy co robimy i jakie efekty chcemy osiągać, ale to intuicja i ekspresja są zawsze pierwsze. Jasne jest dla nas, że każdy ma własną percepcję, że tymi samymi słowami można wyrażać bardzo różne rzeczy oraz, że rozumienie przekazu często jest możliwe dzięki kontekstowi kulturowemu. Dlatego cudzysłów jest dla nas bardzo ważny. Bierzemy w niego cytaty z kultury i świata, który nas otacza. Chciałbym, żeby można było powiedzieć o Nagrobkach, że naszą formą wyrazu jest balans. Potrafimy go jakoś wspólnie osiągnąć.

MS: Chyba z tego powodu tak dobrze się nam pracuje i nie wyobrażamy sobie poszerzenia składu Nagrobków. Mimo, że już drugą płytę nagraliśmy razem z Olem Walicki, Mikołajem Trzaską, Buniem i Tomkiem Ziętkiem i mimo tego, że mamy nadzieję zagrania z nimi wszystkim kilku wspólnych koncertów. Nagrobki są jednak i raczej pozostaną duetem.

AW: Gdy nagrywaliśmy z chłopakami, ważne dla nas było pilnowanie czystości przekazu. Włączyliśmy ich do pracy dopiero kiedy gotowy był mocny szkielet piosenek, ograny przez nas wielokrotnie na koncertach. Choć brzmi to bardzo zaborczo i egoistycznie, to jednak jestem przekonany, że tylko dzięki temu możemy jechać po krawędzi. Ktokolwiek by do nas nie dołączył, to raczej byśmy się w trójkę wywrócili. Znam to ze współpracy artystycznej z moją żoną Anią. Tam jest to oczywiście jeszcze dalej posunięte, ale jest w tym coś z tej symbiozy.

Dlaczego ważne jest dla was, żeby przez swoją sztukę mówić o śmierci?

AW: To ważny temat w ogóle, daje szerszą perspektywę. Potrafi być mocno uwalniający, jeśli pozbyć się strachu. Ale chcę jeszcze raz podkreślić, że to nie tylko tym się zajmujemy jako muzycy i artyści.

A czy widzicie potencjał muzyki w jej oswajania?

MS: Olo Walicki, który nagrywał z nami płytę, powiedział, że nasza muzyka daje nadzieję. Bardzo mi się to spodobało. Wolę dawać nadzieję niż dołować tym, że i tak wszyscy umrzemy.

AW: To o czym mówi Maciek, to jest chyba jednak sprawa tekstów, a nie samej muzyki.  Płyt Michała Jacaszka i Stefana Wesołowskiego w ogóle nie potrzebuję intelektualnie interpretować. Cieszę się ich muzyką jako abstraktem, którego nie potrzebuję rozumieć by w mocno go odczuwać. Pielęgnuję takie podejście do muzyki, w którym nie używam analizy i intelektu. W ogóle preferuję sztukę oddziałującą na bardziej na zmysły niż na intelekt.

Ale może ze śmiercią można oswajać nie u jej progu, ale teraz, wcześniej? Społeczeństwo nie lubi o niej myśleć i odpycha ten temat. A wy wchodzicie na scenę i śpiewacie „gdziekolwiek idę, idzie śmierć / cokolwiek robię, robię śmierć / gdziekolwiek będę, będzie śmierć”.

MS: Sugerujesz, że skłonimy tłumy do refleksji? Wydaje mi się, że muzyka nie ma takiego potencjału. Poza tym nie jesteśmy Beatlesami. Fajnie byłoby gdyby ktoś słuchając naszych tekstów trochę się zastanowił, ale to raczej utopijne myślenie.

AW: Jestem przekonany, że nie kierujemy przekazu do społeczeństwa, ale do jednostki, ewentualnie jednostek. Kiedy byłem mały napisałem jednozdaniowy wierszyk: „Społeczeństwo, to przekleństwo!”. Do teraz tak uważam (śmiech). Zacytowałeś przed chwilą fragment tekstu piosenki „Dla Grzesia” i to jest ten pamflet na niego i dla niego z dedykacją napisany. Pisząc go staraliśmy się, aby tekst miał znaczenie bardziej uniwersalne i ponure, ale tak naprawdę w piosence ukryty jest dowcip. W ogóle tytuły są ważnym narzędziem artystycznego wyrazu. Palmę autorstwa Joanny Rajkowskiej, która stoi na rondzie de Gaulle’a w Warszawie znają wszyscy, ale dopiero tytuł „Pozdrowienia z Alei Jerozolimskich” daje pełne zrozumienie tej pracy, ten dodatkowy wymiar. W wywiadzie z Kubą Banasiakiem Wilhelm Sasnal nazwał to psychodelicznym wymiarem sztuki. Nagle nie jesteśmy już na tym rondzie, ale na wszystkich zdjęciach i filmach z tą palmą w tle. Oczywiście potrzebna jest odrobina wyobraźni, dobrej woli oraz komfortu, aby takie rzeczy przeżywać. Ale jest to możliwe.

Wasza druga płyta ma bardzo wymowny tytuł „Granit”, który przebija się z reklam cmentarnych.

MS: Granit to też klub w Zakopanem, w którym graliśmy. Po koncercie  w nim to słowo bardzo nam się spodobało jako tytuł. Wiedzieliśmy, że album zacznie się od śpiewu „co z nami będzie pokaże czas”, który miał brzmieć jako góralskie niesienie się po turniach. Płyta miała być trochę folkowo-góralska. Granit kojarzył się więc nam na początku raczej z górami, a dopiero potem zdaliśmy sobie sprawę, że przecież to też nagrobki. Więc temat śmierci w granicie wrócił do nas górskim echem.

AW: Poza tym wiedzieliśmy, że chcemy na płycie zawrzeć trochę wątków z muzyki popularnej końca lat 90-tych. Od dawna śmiejemy się, że spełnieniem naszych marzeń jako autorów jest pisanie piosenek dla Kasi Kowalskiej i Edyty Bartosiewicz. Słowa typu – amulet, kamień, granit, cień, sen – to jest ten słownik, z którego się korzysta w tego typu twórczości.

Ale niektóre teksty mają wręcz wymowę światopoglądową jak: „chcę być skremowany, a nie pochowany”, który brzmi jako silna deklaracja ideologiczna.

AW: To praktyczna rzecz. Utwór nazywa się „Testament mój” i gdyby ktoś miał wątpliwości co należy zrobić z moim ciałem po mojej śmierci, to tam jest to napisane wyraźnie „Powiedz Adam jakie masz plany? Chcę być skremowany, a nie pochowany!”. Moja mama miała z tym problem – reszta mojej rodzina nie chciała uznać jej woli, bo podobno nigdy o czymś takim nie słyszał. Ja słyszałem wielokrotnie i dopilnowałem, aby sprawa została załatwiona jak należy. Więc ten tekst powstał doraźnie na potrzeby testamentu, który został spisany w formie piosenki. To forma czysto użytkowa.

Czy śmierć twojej mamy miała wpływ na twoje spojrzenie na śmierć w ogóle?

AW: Nie, raczej nie. To pytanie brzmi jak sugestia jakiejś manii, a tak nie jest. Na rawdę nie zajmujemy się wyłącznie kontemplowaniem odchodzenia. Wiesz, gdyby ktoś się mnie spytał o wyznanie, to bym unikał odpowiedzi. Ale jeśli ta osoba chciałaby mnie nazwać ateistą, to powiedziałbym, że jest buddystą na standby’u (śmiech). Tam sprawę się załatwia kubłem zimnej wody na wstępie i to mi bardzo odpowiada.

Dużo zespołów śpiewa o śmierci?

AW: To chyba zależy w jakim kręgu stylistycznym. W takim death metalu, to pewnie procentowo wygląda inaczej. Tam gdzie my się pojawiamy, jesteśmy niemal wyjątkiem, no może poza Trupą Trupa (śmiech). Chodzi mi oczywiście o taką dosłowność w nazwie. Wiadomo, że to nie jest temat cool, tyle, że potem czas weryfikuje uniwersalność i wagę pewnych wątków. Spacerując po rożnych muzeach można zaryzykować, że to co tam jest zachowane, bardzo często odwołuje się do tego ostatniego fragmentu życia. W naszym wypadku czuję jednak mocniejsze konotację z dadaizmem, niż np. ukrzyżowaniem Matthiasa Grunewald’a.

W jaki sposób?

AW: Przez taki nieoczywisty twist – bo trochę nie wiadomo czy się śmiać czy płakać, czy być oczarowanym czy zniesmaczonym.

MS: Wydaliśmy z Nagrobkami dwie pełne płyty i miałem nadzieję, że na drugiej będzie się czuło, że odchodzimy powoli od tego tematu. Dla mnie bardzo ważnym tekstem na albumie „Granit” jest „odkąd mam dzieci, nie chcę myśleć o śmierci”. To dla mnie klucz, bo odkąd urodziło mi się dziecko, nie chcę mi się już temu tematowi tak poświęcać.

AW: Jednak z faktami trudno dyskutować. Jesteśmy Nagrobki. Umrzemy!