Recenzje

Algorhythm – Mandala

Trójmiejski jazz rośnie w siłę. Oczywiście ten nurt nad morzem nigdy nie osłabł, ale już od niemal dwóch dekad wisi nad nim widmo yassu, który rozświetlił Trójmiasto na mapie Polski w latach 90., a które potem – wydawałoby się – ucichło w temacie muzyki jazzowej.

Ale kolejne młode zespoły, które rodzą się wśród absolwentów Akademii Muzycznej w Gdańsku są koronnym dowodem na to, że w tym temacie jest i będzie się działo coraz lepiej. Kto odwiedza gdański Cafe Bruderschaft albo Pub Lawendowa ma szansę regularnie przekonać się o kondycji młodych trójmiejskich muzyków jazzowych. Wśród nich jest m.in. piątka osób, która połączyła siły pod składem Algorhythm. To Emil Miszk, Słąwek Koryzno, Szymon Burnos, Piotr Chęcki i Krzysztof Słomkowski. Czytając moją recenzję płyty Tomasz Chyła Quintet bez trudu można dostrzec, że tutaj pojawia się 4/5 muzyków obecnych na „Eternal Entropy”. Duch muzyki jest podobny, ale to odmienne składy, mimo że cechuje je inwencja, energia i doskonałe zgranie.

„Mandala” to drugi album Algorhythmu. W porównaniu do „Segments” jest bardziej zwarty, kompleksowy, a jednocześnie różnorodny. Teoretycznie mandala wskazuje na cierpliwość, spokój i opanowanie, ale na krążku ciężko doświadczyć tych emocji, które najbardziej słyszalne są w intro otwierającym płytę i tytułowym utworze. Poza nimi Algorhythm jest żywym i pulsującym organizmem, a ich muzyka nieustannie okazuje różne oblicza, polirytmiczne warstwy, zróżnicowane metrum i dynamikę, która potrafi niejednokrotnie zaskoczyć w obrębie jednego utworu. Muzycy zespołu grali z Leszkiem Możdżerem, Wojtkiem Mazolewskim, Tymonem Tymańskim czy Sławkiem Jaskułke i to zebrane doświadczenie słychać. Teoretycznie kompozycje na płytę stworzył duet Burnos-Miszk (jeden i drugi jest autorem pięciu utworów), ale czuć duch pracy zespołowej. „Taco Taco” otwiera intensywnie album grą z metrum pomiędzy fortepianem Burnosa a perkusją Słąwka Koryzno. Silna sekcja rytmiczna daje pole do popisu dęciakom Emila Miszka (trąbka) i Piotra Checkiego (saksoson) – każdy z nich znajduje dla siebie miejsce, zarówno wtedy gdy razem prowadzą poszczególne motywy jak i w momentach wysuwania się na pierwszy plan.

Młode zespoły często nagrywając płyty, pokazują jak silnie oddziałuje na nich muzyczna tradycja z Polski czy Europy. „Mandala” to album nagrany na europejskim poziomie (w przepięknie położonym i specjalnie zaprojektowanym Monochrom Studio – warto zobaczyć to miejsce!), ale kwintet nie idzie wiernie ścieżkami wyznaczonymi przez poprzedników. Skrupulatnie budowaną muzykę w pewnym momencie dekonstruuje, niszczy, przeżuwa według własnych pomysłów – co dobrze ukazuje porównanie do mandali, której finałem jest przecież zniszczenie. Słychać, że Algorhythm pracuje nad swoim stylem i konsekwentnie go rozwija, czasem za pomocą drobnych detali jak sample japońskich (tybetańskich, chińskich?) wokali w „VJ”. Ta płyta wciąga, pulsuje i zaskakuje, podobnie z resztą jak koncerty. Równolegle z jej wydaniem, muzycy założyli wytwórnię Alpaka Records, która będzie wydawać płyty młodych trójmiejskich zespołów. Nic tylko czekać na kolejne wydawnictwa, bo wszystko wskazuje na to, że ukaże się jeszcze dużo ciekawej muzyki.

Algorhythm, Mandala, Alpaka Records, 2017.

Jakub Knera