Chaciński: Nośnik fizyczny nie pozwala o sobie zapomnieć

Bartek ChacińskiKupuję miesięcznie kilkanaście płyt, w różnej formie otrzymuję kilkadziesiąt. Więc w porywach do setki wydawnictw w miesiącach wysypu. O 10-20 miesięcznie piszę, prawie drugie tyle gram tylko w radiu, albo gdzieś sobie zapisuję, czy mi się podobały czy nie. Połowa zostaje gruntownie przesłuchana, w większości wielokrotnie, reszta tylko na wyrywki, a pewnie 1/3 z miejsca ląduje na redakcyjnej półce po pobieżnym przesłuchaniu i już do nich nie wracam – jako pierwszy w dyskusji „Jak trafić do krytyków?” głos zabiera Bartek Chaciński z magazynu „Polityka”.

Przeczytaj pozostałe głosy:

Jakub Knera: Jak młody zespół – zakładając, że nagrał ciekawą płytę – może do ciebie dotrzeć i zainteresować swoją muzyką? Co powinien zrobić w tym kierunku? Czego młode zespoły nie robią?

Bartek Chaciński: „Zakładając, że nagrał ciekawą płytę” jest dobrym założeniem. Na podstawie doświadczeń często zakładam, że docierają i próbują zainteresować – i to bardzo profesjonalnie – najczęściej ci, którzy mają muzycznie najmniej ciekawego do zaoferowania. Ale oczywiście dużo się w tej materii zmienia. Pierwsza zasada: trzeba wiedzieć, gdzie pracuję, znać adres, telefon, mail. Zdobycie tych informacji jest tak banalnie proste jak zakup „Polityki” w kiosku. Dobrze też posłuchać audycji i przeczytać gazetę czy zajrzeć na mój blog – to pozwoli uniknąć jakichś nieporozumień, a przy okazji czasem i przewidzieć reakcję. W końcu mój gust jest często łatwy do odczytania w tym, co piszę i mówię. Wiele zespołów popełnia proste błędy – wysyłają link przez Facebooka, zamiast zgrać demówkę czy promo płyty, włożyć do koperty i dorzucić jedną stronę informacji o zespole, nie bajki, tylko naprawdę istotnych informacji, które pozwolą w ciągu paru minuy pierwszego odsłuchu zorientować się, z kim mam do czynienia. Zdarza się, że raz brakuje informacji, innym razem – muzyki.

Na ile znaczenie ma tzw. rozpoznawalność – przez muzyka zespołu który przysłał ci płytę, który jednocześnie gra już w innym, znanym ci składzie; przez label, który ma rozpoznawalną markę albo przez opinię osoby/dziennikarza, z którym/którą się liczysz?

Zawsze ma znaczenie. I oczywiście w dużym stopniu. Z reguły losy muzyków już znanych, kojarzonych, są w pierwszej kolejności ciekawe dla czytelników. Opinie innych osób są bardzo ważne, choć rzadko w tej chwili daję się złapać na rekomendacje dwóch czy trzech znanych nazwisk. W dużej mierze jest to zjawisko towarzyskie, no ale fakt, że pojawienie się opinii jednego znanego muzyka potrafi wyostrzyć uwagę. Label jest i będzie zawsze ważny. To w ogóle fenomen naszych czasów: gdy już wydawało się, że labele odejdą w niebyt, bo artyści będą się wydawać sami, nazwa wytwórni stała się bardzo ważnym sitem selekcyjnym.

Czy środowisko dziennikarzy/krytyków muzycznych to hermetyczna i zamknięta grupa? Wiele osób uważa, że ciężko do niej dotrzeć ze swoją muzyką. Łatwo czy ciężko?

Padają nawet opinie, że środowisko te właśnie poglądy ze sobą uzgadnia. Ludzie są skłonni uwierzyć w istnienie spisku, gdy nikt nie chce recenzować ich płyt – podobnie jest w innych dziedzinach. Środowisko to jest w tej chwili grupą bardzo rozrzuconą, zdecentralizowaną, nie znamy się za dobrze, bo mało jest czynników integrujących (jak kiedyś wyjazdy na zagraniczne koncerty czy wywiady). Oczywiście w podgrupach dużo się rozmawia, mamy też wzajemnie do siebie szacunek i mam wrażenie, że się słuchamy i czytamy. Ale na pewno nie zawsze się zgadzamy i docierać należy nie do bliżej nieokreślonej grupy, tylko do każdego z osobna.

Czy ma dla ciebie znaczenie nośnik na którym dostajesz płytę do odsłuchania (link do muzyki w formie cyfrowej, streaming, winyl, cd lub kaseta)? Jaki preferujesz? Czy ma znaczenie gdy artysta przy okazji jakiegoś koncertu/festiwalu wręczy ci płytę osobiście?

Wydawało mi się, że nie ma, ale ma. Plik cyfrowy jest dla mnie najgorszą formułą, bo najłatwiej zapomnieć o jego istnieniu, gdy ląduje w czeluściach twardego dysku lub – co gorsza – jako link w przeglądarce. CD jest najbardziej użyteczne – mam możliwość odtworzenia tego nośnika niemal wszędzie, gdzie przebywam. A jak potrzebuję wersji cyfrowej do tramwaju – ripuję. Ten tramwajowy odsłuch bywa świetny, ale nie ma nań za dużo czasu. Winyl jest dobry po wymusza rytuał, więc wymaga też słuchania w skupieniu. Podobnie kaseta, ale magnetofony ostatnio bywają zawodne. Ideał to oczywiście łączenie nośników, np. cd + wersja cyfrowa. To mały – albo żaden – koszt dla nadawcy, a po mojej stronie, szczególnie w sytuacjach presji czasowej – może być zbawieniem. Nośnik fizyczny jest lepszy o tyle, że straszy na biurku, nie pozwala o sobie zapomnieć

Czy opinie recenzentów/krytyków mają znaczenie? (zwłaszcza w dobie blogerów i mnożących się bytów poświęconych muzyce) Jakie i dla kogo – promotorów, organizatorów festiwali, właścicieli klubów, słuchaczy? Co zespół może zyskać na pozytywnej, a co na negatywnej recenzji?

To właściwie nie do mnie pytanie. Ale zaryzykuję: mają. Dla wszystkich wymienionych. Są jeszcze jednym – może nie najważniejszym, ale zawsze – sitem selekcji materiału. Niewymuszony, a czasem nawet niespodziewany komplement w recenzji może być najlepszą formą rekomendacji – wiadomo. Co do ostatniego pytania: jestem przekonany, że nic nie zyska tylko ze źle napisanej recenzji, której nikt nie przeczyta. Do pewnego poziomu (podkreślam!) nawet złe recenzje mogą być lepsze niż te „średnie”, w których trudno w ogóle wyczytać cokolwiek poza tym, że album się ukazał.

Wiele osób zarzuca krytykom brak obiektywizmu, ale czy recenzowanie czegokolwiek nie ma być z góry subiektywne?

Ma być. W sumie to nawet źle, jeśli jest za bardzo zobiektywizowane. Źle podwójnie: dla czytelnika (który często kojarzy gust recenzenta) – bo nie wie, co ten krytyk właściwie myśli naprawdę, a dla krytyka – bo wymazuje z recenzji siebie. Kiedyś w „Machinie” pewnej obiektywizacji – czyli redakcyjnej dyskusji – bywały poddawane co najwyżej punktowe oceny przy notach o płytach. A i to moim zdaniem samo w sobie dyskusyjne.

Po co recenzować kiepskie wydawnictwa? Czy negatywne recenzje są potrzebne?

Owszem. Nic nie ma tak dużego czytelnictwa jak negatywne recenzje ZNANYCH wykonawców (sprawdzony dobrze i opisany fenomen – a proszę pamiętać, że dziennikarzy zatrudniają ich gazety/serwisy, którym, choćby się do tego nie przyznawały, zależy na czytelnictwie). Poza tym – co sprawdziły polskie serwisy muzyczne, z Porcysem na czele – nic tak nie pozwala rozwinąć skrzydeł jak recenzja negatywna. Nie na darmo większość tzw. sławnych krytyków z przeszłości budowała swój autorytet na negatywach. Tak bywa łatwiej. No właśnie tworzenie autorytetu bez różnorodności ocen nie wychodzi, także w odniesieniu do całego medium. Dlatego krytyczne teksty to skarb i moim zdaniem artyści doceniani powinni stawiać kolejkę tym mieszanym z błotem, bo dzięki tej różnorodności ich dobra ocena coś znaczy.

Ile płyt miesięcznie jesteś w stanie przesłuchać? Sumując te, które dostajesz z różnych źródeł, te które czujesz się w obowiązku zrecenzować/przedstawić (są takie?) oraz te na które potencjalnie możesz trafić (przypadkowo)?

Nigdy nie liczyłem, bo trochę szkoda na to czasu. Kupuję miesięcznie kilkanaście płyt, w różnej formie otrzymuję kilkadziesiąt. Więc w porywach do setki w miesiącach wysypu wydwnictw. O 10-20 miesięcznie piszę, prawie drugie tyle gram tylko w radiu, albo gdzieś sobie zapisuję, czy mi się podobały czy nie. Z połowa zostaje gruntownie przesłuchana, w większości wielokrotnie, reszta tylko na wyrywki, a pewnie z 1/3 ląduje z miejsca na redakcyjnej półce po pobieżnym przesłuchaniu i już do nich nie wracam.  Dlaczego? Musiałyby odebrać czas tym ciekawszym, a to nie ma sensu.

Co robisz w sytuacji, gdy artyści zarzucają Ci, że „nie rozumiesz” ich płyty i całkowicie mylisz się w recenzji? Polemizujesz? Czy zespoły potrafią przyjąć krytykę?

Rozmowa z autorem płyty na temat oceny tej płyty nie ma większego sensu. Jego perspektywa jest inna. Wie, co chciał powiedzieć. Ogólnie nikt tak się nie zna na własnym materiale jak autor. Recenzje w pewnym sensie zawsze są niesprawiedliwe, bo osobom z zewnątrz ciężko docenić pracę włożoną w nagranie, oceniamy efekt. Mam więc głęboki szacunek do tych wykonawców, którzy zbywają moje błędy i niedoskonałości – albo po prostu mój subiektywizm – milczeniem. Tak powinno być. Niestety, zdarzają się tacy, którzy nie potrafią przyjąć krytyki. Jeśli już dochodzi do wymiany zdań, wolę się przyznać, że nie rozumiem i nie polemizować. Najtrudniejsze jest to, że recenzent prawie zawsze jest jednocześnie dziennikarzem od wywiadów i innych form, więc siłą rzeczy nawiąże wcześniej czy później kontakt z wieloma wykonawcami. Fajnie mieć jednak otwarte pole do takiego kontaktu, nie zaogniać konfliktów. Choć nie ukrywam, że jedna z rzeczy, których się nauczyłem, to fakt, że dla wykonawcy jesteś zawsze tak dobry, jak twoja ostatnia recenzja. Jedno zdanie krytyki jest często w ich opinii w stanie wykasować parę lat pochwał. Nawet i to trzeba próbować zrozumieć – dla artysty zawsze ostatnie dzieło jest najważniejsze.

Czy polska krytyka muzyczna jest ostrożna przy ocenianiu płyt? Czy dziennikarze mają obawy przed wyrażaniem konkretnych, nawet negatywnych opinii czy jest dokładnie na odwrót? Jaka jest zagraniczna krytyka muzyczna?

Raczej ostrożna. Mało jest ostrej krytyki, szczególnie wobec debiutantów (to akurat niezłe), ale też nie brakuje świętych krów. Jesteśmy czasem też zbyt wstrzemięźliwi, jeśli chodzi o pochwały. Czasem uzależnieni od opinii anglosaskich kolegów, którzy prawie zawsze wypowiadają się na temat płyty pierwsi. W pewnych sytuacjach to nawet zrozumiałe. Zagraniczna krytyka jest bardzo różna – znam amerykańską i brytyjską, trochę francuską i niemiecką. Każda ma swoją specyfikę i swoje kompleksy. Pewność siebie w ocenach daje – nie zapominajmy – siła całej muzycznych mediów. W Polsce prasa muzyczna jest w stadium rozkładu, więc nie spodziewajmy się, że młody dziennikarz krytykujący na łamach nawet opiniotwórczej gazety jakiś znany zespół od razu poczuje, że przemawia za nim siła jakiegoś wpływowego środowiska, tradycji, niezależności (często jednak będącej wypadkową), i zdobędzie się na maksymalną szczerość, brawurę, napisze to, co naprawdę myśli.

Czy jest coś czego brakuje Ci w muzycznej publicystyce (zarówno polskiej jak i zagranicznej)?

Pracujmy na co dzień, mniej przejmujmy się sobą, pamiętajmy, że my decydujemy o tym, co jest „tematem dnia” dla mediów i my wprowadzamy pewne tematy do mainstreamu. Nie mam w tej dziedzinie wygórowanych oczekiwań, ale jedna gazeta będąca centrum krytyki muzyki rozrywkowej na nieprzesadnie niszowym poziomie w 40-milionowym kraju to chyba nie byłoby wygórowane oczekiwanie?

——————————————————————————————————————————————————————————————————————————

Co powinny wiedzieć zespoły, które chcą dotrzeć do reprezentantów mediów i jakie błędy zazwyczaj popełniają? Czy praca recenzenta jest łatwa? Czy w ogóle są nam potrzebni recenzenci muzyczni? Te trochę podchwytliwe pytania mają zachęcić do dalszej wymiany zdań. Nowe idzie od morza uruchamia kolejną dyskusję, której celem jest próba ujęcia polskiej krytyki muzycznej czy – jak wolą sami przepytywani – dziennikarstwa lub osób piszących o kulturze. We wtorek, jako drugi wypowie się Jarek Szubrycht z T-Mobile-Music.