Search and Hit Enter

Globaltica: słuchanie nie tylko muzyki

Na festiwalu Globaltica można usłyszeć, jak wyciągnąć z tradycji to, co najświeższe. Albo jak mówić współczesnym językiem. Albo jak ważne jest poruszanie na scenie takich tematów jak feminizm albo kryzys migracyjny.

Tekst i zdjęcia: Jakub Knera

>>>Read in English<<<

Zobacz całą galerię zdjęć z festiwalu na FLICKR

Brzmi jak Globaltica – powiedziała moja znajoma na początku lipca, kiedy słuchałem albumu Chega de saudade João Gilberto, zaraz po jego śmierci. W domyśle to „globaltikowe brzmienie” zrozumiałem jako szeroko kreślone world music, czyli muzykę z nie-zachodnich zakątków świata, pełną naleciałości tradycyjnych. Ale kiedy Globaltica się odbyła, patrząc na ogromny napis „world cultures festival”, coraz to określenie jawiło mi się jako zdezaktualizowane. Kiedy tradycyjne gatunki, wplatane we współczesne brzmienia, święcą triumfy na wielu festiwalach, a zachodni artyści czerpią z dorobku wielu kultur, tę postkolonialną naleciałość należy odłożyć do lamusa. Zaraz po festiwalu moje przemyślenia na esej przelał Ammar Kalia, który na łamach The Guardian rozpisał się o bezzasadności używania terminu “world music”. W końcu wszystko jest konglomeratem kultur, bardziej lub mniej zanurzonych w tradycji, więc podział na muzykę Zachodu i nie-Zachodu (czy „nie-zachu” jak pisał kiedyś Bartek Chaciński) zdezaktualizował się. Bossanova stworzona przez Brazylijczyka według mnie bliższa jest kanonu muzyki popularnej niż jakiejkolwiek egzotyki. A zespoły, które grały na Globaltice widzę w tym samym szeregu co inne, jazzowe i elektroniczne.

Opowieści biesiadne

Globaltica ma bardzo rodzinny charakter – swoją wierną publicznośc, która tłumnie gromadzi się już w pierwszych godzinach trwania festiwalu w piątek. Piknikowa atmosfera sprzyja zróżnicowanej i żywiołowej muzyce, także dzieci świetnie się bawią (gdyby tylko te kable na linii akustyk-scena były zabezpieczone…). Najlepiej było to widać podczas dwóch koncertów, które zamykały festiwal w Parku Kolibki. Gyedu-Blay Ambolley trochę jak Kamashi Washington kilka tygodni wcześniej na Openerze stworzył muzyczny showcase doskonałych instrumentalistów. Ghański saksofonista na instrumencie udzielał się sporadycznie, raczej dyrygował sporym składem (trzy dęciaki, dwa zestawy perkusyjne, klawiszowiec i kontrabasista), jednocześnie śpiewając i rozwijając kontakt z publicznością. Im dłużej tym było lepiej i intensywniej; bardziej jazzowo niż tradycyjnie. Z kolei Boban Marković Orkestar opowiedział bałkańską epopeję – na początku zawodzącą i stonowaną, potem coraz bardziej intensywną, weselną, taneczną; cały skład dęciaków zabrał na wyżyny radosnej muzycznej uczty. Mi do gustu bardziej przypadł Ambolley, Marković był zbyt przaśny, ale jednocześnie bardzo mocno słowiański. Tyle, że to rozrywkowe łączenie gatunków nie zawsze przynosiło ciekawy rezultat.

Mało efektownym romansem muzyki tradycyjnej z współczesnymi brzmieniami były koncerty Fifidorki i Krzikopy – sięgając po elektronikę albo siermiężny rock, składy pokazały pomysły męczące i wtórne. Podobnie Kalascima, której bliżej do stadionowego porywania tłumów zwartym rytmem i rockową prominencją. Lekkim zawodem okazało się Trio Abozekrys, którzy zagrali koncert otwarcia w Gdyńskim Centrum Filmowym. Frapująco wypadli bracia Abozekry na lutniach oud, o niesamowitym brzmieniu i unikalnych skalach – niestety psuła je perkusja Bastiena Thé, który dosyć nieudolnie próbował ich dogonić i dodawać zachodniego, scenicznego sznytu. Czasem muzyka czysta, odarta z ornamentów brzmi najciekawiej – na szczęście takich momentów było kilka.

Opowieści rdzenne

Tych, którzy silnie zakorzenieni w tradycji byli w stanie ożywczo powiedzieć coś nowego, było sporo. Potężnie brzmiąca i przejmująca Burónka stworzyła sugestywne interpretacje pieśni kurpiowskich. Wowakin sięgnął w kierunku bardziej tanecznych polek, mazurków, oberków i kijawiaków wywodzących się w tradycji regionów radomskiego i kieleckiego. Z kolei dziewięcioosobowe Tęgie Chłopy grzebią w tradycji Kielecczyzny, którą podali w wielobarwnej i ujmującej formie orkiestry podwórkowej. Wszyscy grali muzykę tradycyjną z wielu regionów, ale nadali jej swojego, przefiltrowanego przez współczesność charakteru. Mocno czerpiąc z folku, zwyczajów wiejskich pieśniarzy i instrumentalistów, ale jednocześnie nowatorskich pomysłów, zbudowali barwną opowieść o Polsce – tej dalekiej od metropolii, o której często się zapomina, a która najlepiej transmituje tradycje muzyczne.

Pokazał to też francuski San Salvador oraz dwa intymne koncerty na finał festiwalu. Francuzi – bazują na polifonicznym wykorzystaniu głosów i brzmieniu dwóch bębnów – śpiewali w języku oksytańskim, wywodzącym się z Prowansji, ale jakże odmiennym od francuskiego. Ich złożone i przejmujące wokalnie utwory były pełne napięcia i sugestywnego rytmu, chociaż poprzez podobną konstrukcję z czasem trochę nużące.

Kontrastujące z główną sceną koncerty miały miejsce ostatniego dnia festiwalu w Wozowni. Kim So Ra najpierw grała na bębnie janggu spokojnie i delikatnie, potem rozpalając instrument do szaleństwa, cienką pałeczką uderzając po jego obu stronach. Koreance towarzyszyli muzycy z innymi tradycyjnymi instrumentami – bębnem, cytrą gayageum i przypominającą obój piszczałką piri – które suchemu brzmieniu bębnów dodawały barwnego i lirycznego kolorytu. Grający zaraz po nich Adama Drame zagrał dla odmiany bardzo surowo na djembe, w Polsce kojarzonym przede wszystkim z reggae. Barwy instrumentu poszerzył o grzechoczące metaliczne elementy rozmieszczone wokół niego – ten wachlarz rytmów z Burkina Faso prowadził od donośnych i głębokich uderzeń, po delikatne szurnięcia czy tlące się w ciszy przestrzeni rytmy.

Zobacz całą galerię zdjęć z festiwalu na FLICKR

Opowieści współczesne

W programie znalazły się też zespoły, które tradycję potraktowały jako luźny punkt wyjścia, nadając mu barwnego i współczesnego kolorytu. Najlepszym przykładem była przypominajaca rockową gwiazdę Gaye Su Akyol – wokalistka wystąpiła w błyszczącym kostiumie, reszta muzyków w opaskach w stylu Zorro, co świetnie wprowadziło kosmiczny i surrealistyczny klimat z jej ostatniej płyty. Zespół zagrał żywiołowo, Turczynka śpiewała wyłącznie w rodzimym języku, a jednocześnie jej piosenki miały silny posmak anatolijskiej tradycji. To nie było odkurzanie opowieści, ale współczesne, złożone, elektroniczno-gitarowe brzmienie, którego autorzy tradycję tureckiej sceny mieli cały czas z tyłu głowy. Drugim mocnym momentem był koncert Ladama, zespołu złożonego z artystek z czterech różnych państw. Muzyczne historie Brazylii, Kolumbii, Wenezueli i Stanów Zjednoczonych przewijały się przez cały czas, ale kwartet w swoim koktajlu instrumentalnie i tekstowo wyniósł je na barwny, mocno popowy i uniwersalny poziom. – Cumbia pochodzi z Kolumbii, ale to cumbia brasileira – zapowiedziała jeden z utworów perkusistka Dani Serna. – Tyle, że może być grana wszędzie: w Polsce to może być cumbia polska, bo gramy ją tutaj – dodała zachęcając do tańca. To świetnie pokazało współczesną wielokulturowość, jej odmienne i wspólne konteksty, stały element zglobalizowanego świata. Ale było też politycznie, kiedy Wenezuelska gitarzystka Mafer Bandola, przypomniała, że w jej kraju wciąż walczy się o prawa człowieka i że wszystkie są feministkami. Przede wszystkim jednak Ladama zagrała pulsujący i dynamiczny set, w sobotnie popołudnie otwierając koncertowy wieczór, porywając wszystkich do tańca.

Bombino, który tuareski blues gra wręcz po hendriksowsku był badzo daleko od wspomnianego “world music”. Jego rozbujane i gęste melodie mają fascynujący rockowy posmak i trans, urodzony rockman jak Akyol. Frapujące połączenie elementów muzyki berberyjskiej i rock’n’rolla.

Free-jazzowo do tradycji podeszło Odpoczno – muzycy zbierający tradycyjne pieśni od grajków z Opoczna wkroczyli na idiom rockowy, jazzowy, łącząc brzmienie skrzypiec i wiolonczeli z zelektryfikowaną gitara i bardzo free perkusją. Sutari (jeden z najlepszych koncertów festiwalu) – sięgają do wielogłosowych pieśni sutarines, które były punktem wyjścia do ich kobiecych opowieści o życiu, problemach i niespełnionych miłościach – stworzyły tajemniczy i bardzo kobiecy nastrój, przede wszystkim za sprawą tekstów. Ale też delikatnego brzmienia, które kontrastowały wielogłosowe, potężne zaśpiewy. Ciekawie widzieć po raz kolejny jak ten zespół się rozwija. Podobną tajemniczą aurę stworzyły Mehehe, instrumentarium miały całkiem bogate, zwiewnie i tajemniczo odwołując się do szamańskiego świata  za sprawą instrumentów tradycyjnych ale i loopera, który zapętlał ich wokalizy. Jeśli Sutari to jeziorne rusałki to Mehehe są wiedźmami z mokradeł. Kobiece zespoły na tegorocznej edycji wypadły najlepiej.

Zobacz całą galerię zdjęć z festiwalu na FLICKR

Te ostatnie koncerty jak w soczewce pokazywały ile treści zgromadziła Globaltica. Jak opowiadać o swojej kulturze we współczesny sposób. Jak wiele można z niej wyciągnąć. Jak nie popaść w patos i archaiczność. Każdy robił to inaczej, każdy we właściwej sobie manierze. Kiedy brzmiał saharyjski blues Bombino, damskie szepty i śmiechy Sutari albo barwny konglomerat Ladama, jak na dłoni było widać, że to nieodłączne elementy współczesnej muzyki, które nie wymagają specjalnych szufladek.