MENT w Lublanie jest festiwalem kontrastów – od ascetycznych, niemal mistycznych koncertów w kaplicach po klubowy chaos elektroniki – który z niezwykłą czułością splata współczesną scenę eksperymentalną z pamięcią i tradycją Europy Środkowo-Wschodniej.

Juli Deák oddycha. Oddycha powoli, równomiernie, w długich, czasem jednostajnych frazach. A my razem z nią. Z tą różnicą, że ona wdmuchuje powietrze w flet poprzeczny. Zapętlone, cyrkulacyjne linie tworzą minimalistyczną powłokę, która wciąga w wir swojej opowieści. Nagłośnienie jest oszczędne – tylko dwa mikrofony przyczepione do instrumentu i dźwięk wybrzmiewający w małej kaplicy (zbudowanej w 1489 roku, ale przemodelowanej na styl barokowy w 1747 roku). Repetycja wybrzmiewa w nieskończoność, niesie się po wnętrzu. Przypomina mi się Colin Stetson w Igreja de St. George w Lizbonie albo Lea Bertucci w Silo City w Buffalo. Ale Juli Deák nie ma do dyspozycji pogłosu wielkiej hali ani dodatkowych mikrofonów. Są momenty, kiedy wydobywa dodatkowy głos z głębi płuc, tworząc obłędną polifonię, basowe podbicie. Minimalistyczne, zapętlone frazy płyną  przestrzeń powierzchni, a my w skupieniu słuchamy kolejnych utworów. Jest w tym pewna rozpacz i uniesienie. Siedzę kilka metrów od niej – artystka przemieszcza się w promieniu metra, to schyla to unosi z fletem, jakby dzięki temu instrument miał mocniej rezonować. Wszyscy słuchają w skupieniu. Oszczędne brzmienie, jeden instrument, bez niepotrzebnych efektów.

Chwilę wcześniej słucham Valentiny Magaletti. W ciągu ostatniego roku widziałem ją kilkukrotnie – z Moin, z Holy Tongue, z rozbudowanymi aranżacjami Hani Rani, drugie tyle w różnych projektach na albumach. Na MENT gra specjalny koncert, myślę sobie: czym może mnie jeszcze zaskoczyć perkusja solo? Od pierwszych minut widać jednak, że – jak powiedziała wcześniej w rozmowie, którą prowadziła Lucia Udvardyova – lubi zaskakiwać samą siebie. Zaczyna więc od gry na podłodze sceny (przypomina mi się Han Bennink na festiwalu Konfrontationen w Nickelsdorfie). Valentina uderza pałeczką w podłogę, w mały talerz, korzysta z mikrofonu, który zbiera pogłos a soundsystem niesie go po sali. Później sięga po dzwonki, wibrafon, w końcu siada za perkusją. Jej muzyczny rytuał to swego rodzaju eksploracja instrumentów perkusyjnych. Skupiona, miarowa, muzyka; artystka kontemplująca instrument. Magaletti nie próbuje go ujarzmić, wygląda raczej jakby chciała z nim dialogować.

Dźwięk niesie się także wtedy, gdy Andriana-Yaroslava Saienko śpiewa utwory z albumu „Гільдеґарда (Hildergard)”. Zaczyna się od ciszy w ogromnej Sali Kina Šiška (niestety przerywanej basowymi uderzeniami na soundchecku w dolnej Sali Katedrala), a napięcie stopniowo narasta. Razem z Heinali zmieniają kolejność utworów z płyty – ich muzyka ewoluuje, stopniowe syntezatorowe pasma narastają, podobnie jak wokal Saienko w „O Tu Suavissima Virga”. Zaczyna się od ciszy, która w napięciu narasta, aż pojawia się drugi utwór – ekstatycznie rozwijający się „O Ignis Spiritus” w którym w finale Saienko wręcz krzyczy, a brzmienie buzującego syntezatora przeistacza się w polifonicznie brzmiące organy. Powietrze Kina Šiška wypełnia gęsta, syntezatorowa fala dźwięku, podróż w miejscu i czasie – współczesna i archaiczna jednocześnie – upominająca się o pamięć.

„Pomijamy bardzo cenny utwór, bo goni nas czas, ale nie pomijajmy wspomnień” mówi w pewnym momencie w Stara mestna elektrarna wokalistka Svitlana Spajić.Razem z zespołem Gordan wykonuje mistyczne utwory z krajów Bałkańskich, brzmi jak wieszczka, która czaruje albo i rzuca klątwę na publiczność. A my słuchamy jak zaczarowani jej niezwykłego wokalu na tle miarowej i transowej perkusji Andreasa Stechera i basowych, pełnych zniekształceń fraz Guido Möbiusa. Jesteśmy we współczesnej podróży w głąb Bałkan – transowej, trochę industrialnej, trochę jak z jakiegoś undergroundowego klubu, a trochę jakby prowadziła nas współczesna gitarowo-elektroniczna trupa. Taka, która pamięta i muzyką przypomina.

Irena Tomažin gra z swoim trio w tej samej świątyni, co Juli Deák. Kiedy śpiewa po angielsku, brzmi bardziej bluesowo, a efekty tworzone na preparowanej lirze korbowej przez Samo Kutina znanego z Širom dodają jej kompozycjom dziwności, wyjątkowego tła. Gdy Tomažin sięga po język słoweński, brzmienie zmienia się zupełnie – nabiera mistycyzmu, mam poczucie, że wtedy czuję, że jest bardziej tu. Z bluesowych krajobrazów przenosimy się do słowiańskich lasów i na Bałkany. Na Bałkany zabiera nas także Dunjaluk– duet na gitarę i głosu wykonujący pieśni sevdah, żałobne melodie. Gitarzysta Luka Čapeta przywodzi na myśl Raphaela Rogińskiego – tego, jak surowo aranżuje utwory – a z jego rzewnymi, zelektryfikowanymi melodiami świetnie zespaja się głos Dunji Bahtijarević. Na gitarze, ale akustycznej, gra również Dominik Prok, tyle, że zupełnie inaczej – freakfolkowo, songwritersko nosi go (dosłownie) po kaplicy, a on sprawia wrażenie jakby bawił się dźwiękiem, piosenkami, tym jak je odbieramy. A jednocześnie niesie w tym bezpośredniość i szczerość, wariacko wyśpiewując wersy w niebogłosy.

Uczestniczenie w MENT, na którym jestem już drugi raz, to w dużej mierze chodzenie. Kino Šiška – Stara mestna elektrarna – Metelkova – Zamek, lawirowanie między lokalizacjami, przecinanie centrum wszerz albo wzdłuż rzeki Lublanica. Jednego dnia w kinie, między koncertami spotykam Chrisa Eckmana, założyciela Glitterbeat Records, które w tym mieście ma swoją siedzibę. Znaliśmy się wcześniej, ale teraz wreszcie spotykamy się twarzą w twarz. Lublana jest doskonałym miejscem do spotkań. Showcase’owa formuła nie zabija tu atmosfery – bliżej jej do domówki niż do nerwowego networkingu. Nawet jeśli nie planujesz rozmów, wkrótce prędzej czy później się wydarzą. Rozmawiam z Eckmanem o chodzeniu. Ljubljana jest do tego idealna. Poleca mi Tivoli – ni to las ni to park górujący nad miastem. Park, bo jest w środku miasta, wydaje się przez nie wchłonięty; las, bo jest obszerny, a kiedy idę po jego zakamarkach w festiwalową sobotę, czuję się jakbym był w górach. Kolejne mijane knajpy wyglądają jak schroniska.

Innego dnia spotykam Iztoka Korena z Širom, z którym też – paradoksalnie – nie gadamy o muzyce tylko o miejskich wędrówkach, z kolei on poleca mi jazdę po stolicy Słowenii na rowerze. Ljubljana ma w sobie coś z uzdrowiska i górskiego kurortu. To niesamowity widok, kiedy na końcu ulicy Cankarjeva widzę wśród drzew górujący budynek Międzynarodowego Centrum Grafiki. Albo kiedy na ulicy Miklošičevej mijam dom Vurnika, a daleko na horyzoncie między budynkami rozciąga się panorama masywu Alpy Kamnickich.

Na MENT swoją siłę pokazują też zespoły – wspomniany Holy Tongue stawia na trans. Prym wiedzie basowa pulsacja i przestrzenna elektronika, do której Megaletti dodaje wszelkiej maści perkusjonalia. Znów: robi to w nieoczywisty sposób, nie odpowiada tylko za rytm, ale za muzyczne ornamenty, wypełnia przestrzeń brzmieniem swojego instrumentu.

W klubie Gromka gra czeski skład Ida The Young – najbardziej klasyczny, rockowy zespół spośród tych, które widzę na tegorocznym MENT. Trochę shoegaze, trochę folku, gitary tworzą oniryczne ściany dźwięku i transowo rozwijające się utwory, przez które prowadzi nas wokal Iris Hobson-Mazur. Zapomniałem już o miejscach, gdzie płaci się tylko gotówką, ale tu, w punkowej kolebce miasta – dawnym garnizonie, w którym powstały kluby, a dookoła są abstrakcyjne instalacje – nie ma na to ratunku. Zamawiam burgera, gotówką ratuje mnie Philip, który przyjechał tu na festiwal specjalnie z Wiednia.

Podoba mi się to, że co lokalizacja to inne miasto: dostojnie w pałacu, bardziej nowocześnie w Stara mestna elektrarna, punkowo w Metelkovej. Co przynosi frapujące zestawienia – jak koncert grającej anatolijskiego blueso-rocka Meral Polat w znajdującej się obok Sali Gala Hala, do której udaje mi się dostać przed tym jak do wejścia ustawi się ogromna kolejka.

Do tego miasta nocą i jego nieoczywistości pasuje też irlandzki sekstet Madra Salach, u którego jako inspiracje wskazać można Lankum, Johna Francisa Flynna czy Lisę O’Neill. Śpiewają zarówno cudze, jak i własne utwory – te drugie wypadają najmocniej. Mroczne harmonie dobrze splatają się z gitarami i wokalem Paula Banksa, który z kolei manierą przypomina mi Griana Chattena z Fontaines DC. Irlandczycy właśnie wydali debiutancką epke, ale to na scenie mają niezwykłą moc. Uwagę przykuwa także Sujevera – gęsty, elektroniczny noise z elektryczną harfą na pierwszym planie, na której gra Urška Preis. Trudno tu szukać melodii – to raczej przestrzenne, dźwiękowe tło, narracyjne muzyczne widmo, które wciąga.

Kulminacją chaosu jest koncert Aya, która występuje ostatniego dnia festiwalu. Tworzy coś w rodzaju dźwiękowego śmietniska – ataku na zgliszczach. Scena przykryta folią, po której chodzi, spoglądając w punktowe lampy zawieszone pod sufitem, jakby szukała wyjścia z opowieści zapisanej na płycie Hexed – historii walki z uzależnieniem, budowaniu tożsamości i konfrontacji z samą sobą, wyrażony poprzez chaotyczne i surowe brzmienie. Klubowa destrukcja, atak, szaleńczy taniec.

Festiwal pełen różnorodności, myślę, kiedy zestawię tę dźwiękową, klubową apokalipsę z subtelnym koncertem Milana W – rzewnymi, slowcore’owymi i lirycznymi piosenki w avant-popowej formie, z transowym rytmem i syntetycznymi bitami w tle, wciągające w nieskończoność.

Myślę jest pełen kontrastów, ale MENT nie jest powierzchownie tworzonym showcase z zebranych propozycji Muzycznych Biur Eksportu, co jednego dnia na panelu zauważa Bob Van Heur, twórca festiwalu Le Guess Who? Słoweńska impreza ma swój zamysł kuratorski – zarówno w części panelowej jak i koncertowej – dlatego coraz bardziej jaśnieje na mapie Europy. Ma program budowany z myślą o lokalności i kontekście. Na jednym z wystapień Miloš Hroch opowiada o hegemonii muzyki z krajów anglosaskich i tym, jak rynek środkowoeuropejski jest postrzegany przez gigantów streamingowych. Spotify dzieli rynki muzyczne kontynentu na skalowane, wschodzące i główne. Europa Środkowo-Wschodnia trafia najczęściej do tej pierwszej kategorii. Czy lublański festiwal za sprawą postrzegania tego regionu stopniowo to zmienia? Myślę, że może nie w mainstreamie, ale w myśleniu wielu ludzi o Europie. A może i tworzy zupełnie nowe centrum – z inną perspektywą. Czy nie tak powinno być?