Wywiady

Agata Królak. Ilustracje nie tylko dla dzieci

To, co robię, to projektowanie dla dzieci w każdym wieku. Gdy myślę, że robię coś dla dziecka, to traktuję je jako figurę retoryczną. Dziecko to jakby konstrukt, który jest w każdym z nas – to cecha człowieka, a nie jego wiek i zbiór doświadczeń; to sposób patrzenia, specyficzna wrażliwość. Te elementy są we wszystkich. Dzieci mogą z tego korzystać, ale w równym stopniu chciałabym, żeby to, co robię, dawało też coś dorosłym – opowiada Agata Królak*, graficzka i ilustratorka.

Fotografia: Renata Dąbrowska

JAKUB KNERA: Kiedy zaczęłaś rysować?

AGATA KRÓLAK: Bardzo wcześnie. Miałam może cztery lata i cały mój pokój był zabazgrany. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to się działo, ale jak dorastałam, to wszędzie były ślady mojej dziecięcej twórczości: na półkach, książkach, malowałam po ścianach czy suficie łóżka piętrowego. Sporo czasu spędzałam na rysowaniu z siostrą i mamą. Później zaczęło się to intensyfikować. W podstawówce bardzo mnie do tego zachęcał mój tata, który pokazywał mi dużo obrazów i zabierał na wystawy. Pamiętam nietypowe ekspozycje w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie albo w Muzeum Współczesnym Pałacu Opatów w Gdańsku Oliwie – twórczość wielu artystów wydawała mi się wtedy bardzo dziwna, ale dziś wiem, że dzięki temu wiele się nauczyłam. Miałam w dzieciństwie ogromną swobodę – nigdy nikt nie mówił mi jak mam rysować albo jak nie rysować, nie słyszałam „nie wychodź za linię”. To był też dobry sposób, żebym zajęła się sama sobą – dostawałam kartkę, farby, malowałam i nie zajmowałam nikomu czasu. Odpowiadało mi to.

To było coś przy okazji czy żyłaś tym?

W jakimś momencie stało się to moim głównym zajęciem. Już w podstawówce trafiłam do klasy plastycznej, więc kupę czasu spędzałam na rysowaniu nie tylko w domu, ale też w szkole. Bardzo szybko zaświtała mi w głowie myśl, że chciałabym to robić zawodowo. W drugiej klasie podstawówki wzięłam udział w konkursie, w którym zadaniem było narysowanie siebie, jak dorosnę, więc ja narysowałam jak stoję i maluję. Tak zostało – w gimnazjum wiedziałam, że chcę iść na grafikę. Poza tym dostawałam sygnały, że mi to wychodzi (śmiech).

Rysowałaś coś konkretnego czy po prostu to, co wpadało ci do głowy?

Dla mnie rysowanie od zawsze było magiczne. Pozwala na wykreowanie różnych światów i było zbieżne z tym, co działo się w moim życiu. W gimnazjum przeżywałam fascynację Władcą Pierścieni, więc rysowałam elfy i dziwaczne światy. W liceum rysowanie zastępowało mi pamiętnik. Ale nie miałam ulubionych motywów, po prostu robiłam tego dużo. Takie ulubione tematy pojawiły się dopiero po studiach i zajmuję się nimi teraz. Wcześniej próbowałam wszystkiego.

„Ciasta, ciastka i takie tam”, Agata Królak, Wydawnictwo Dwie Siostry, 2011.

Teraz to się zmieniło?

Cały czas staram się robić dużo różnych rzeczy, co w życiu zawodowym jest w pewnym sensie moim przekleństwem. Wydaje mi się, że będąc ilustratorem liczy się bardzo mocno sprecyzowany charakter obrazów. Ja czegoś takiego nigdy nie miałam, chociaż wiele osób mówi, że jestem rozpoznawalna. Pewnie tak jest, ale nie ze względu na bardzo wyrazisty styl. Wielu ilustratorów tworzy w swoim bardzo określonym świecie – kiedy zleceniodawca coś zamawia, wie czego się spodziewać. W moim przypadku nigdy nie wiadomo jakich środków użyję. Czasem, przed wydaniem książki, sprawiają wrażenie jakby czuli, że podejmują ryzyko, bo nie mają pojęcia, co z tego wyjdzie.

A wychodzi bardzo dobrze. Mówisz o sobie „ilustratorka”?

Bardzo długo się przed tym broniłam, bo nie do końca pasuje mi to określenie. Ilustracja w dużej mierze kojarzy się z wiernym towarzyszeniem tekstowi. A przecież coraz częściej wykracza poza klasykę gatunku – zaczyna być zaangażowaną i aktywną formą, tworzoną pod konkretny projekt, kontekst i środowisko, w jakim będzie występować. Zaczęłam nazywać się ilustratorką trochę z powodów marketingowych. Żeby mnie samej i innym ułatwić dookreślenie mnie. Bo doszłam do wniosku, że to jest to, co chcę robić i ilustracja najbardziej mnie cieszy.

Co najbardziej podoba ci się w ilustrowaniu?

Lubię opowiadać historie przez obraz. Nie chcę odwzorowywać tekstu, zależy mi, żeby obraz i tekst nawzajem się dopełniały. Ilustracja ma towarzyszyć słowu pisanemu, chociaż w dzisiejszej kulturze tekstem może być i jest wszystko, obraz też!

Od dawna robiłaś plakaty i grafiki, ale pierwszym wydawnictwem była książka „Ciasta, ciastka i takie tam” z 2011 roku. To coś więcej niż ilustracja do tekstów – wyciągniętych od przyjaciół i rodziny przepisów na słodkie smakołyki?

Zależy czym jest według ciebie ilustracja do tekstu! Ta książka faktycznie była pierwszą rzeczą, którą zrobiłam i dzięki niej zajęłam się ilustracją. Bo nigdy tego nie planowałam – myślałam raczej, że skończę grafikę i będę robić identyfikacje wizualne, logotypy czy okładki do płyt. Po jej publikacji zaczęłam dostawać kolejne zlecenia jako ilustrator, trochę czasu spędziłam też w ilustracji prasowej. Ale wracając do pytania: „Ciasta, ciastka i takie tam” – nazwijmy je książką kucharską – to nie tylko ilustrowanie tekstu w potocznym rozumieniu.

„Wytwórnik kosmiczny”, Agata Królak, Wydawnictwo Wytwórnia, 2016.

Trzeba wniknąć w nią głębiej?

Większość rzeczy, które robiłam do tej pory, nie były zaplanowane. Wynikają z obserwacji, refleksji czy czegoś, co mnie inspiruje – taka głupia mądrość. Nie zastanawiam się, czy coś jest czy nie jest klasyczną ilustracją, nie analizuję odniesień do np. popkultury. Często dochodzę do wielu rzeczy dopiero po fakcie – odnoszę to, co zrobiłam do tekstów kultury, dochodzę do kontekstów, w których odnajduję się z moją twórczością. Ale najpierw robię coś – zazwyczaj w szale – bo mi się to podoba. Dopiero potem wchodzę na drugi poziom zrozumienia, że moje prace mają odzwierciedlenie w tym, co oglądam i czytam.

Tak samo mają działać na czytelnika?

„Ciastka…” od początku miały zamysł nie tylko ilustracyjny. To próba oddania smaku czy faktury potraw, które były opisane przez ludzi, których znam. Nie chodziło tylko o rysunek tego, jak ugniata się ciasto. Przepis, czyli tekst główny, ma się właściwie nijak do ilustracji – one się dopełniają. I razem tworzą trzecią wartość. O nią mi chodzi i ona jest dla mnie kluczowa. Dlatego zajmuję się książkami obrazkowymi. Książka obrazkowa – a więc tekst i obraz – tworzą coś wspólnie, dopełniają się nawzajem, nie są tylko swoimi odbiciami. W tekście nie jest jedynie to, co w obrazie i na odwrót.

Ilustracja to jedyna rzecz, której się teraz poświęcasz?

Wydaje mi się, że określam się jako ilustrator, żeby doprecyzować to, czym się zajmuję, ale nie chcę ograniczać się tylko do książek i ilustracji. Lubię robić fajne i ładne (mam nadzieję) rzeczy. Ważne, żeby moje ręce były zajęte i mogły robić coś manualnego: kolaże, rysunki czy brudzić się farbą. Bo praca w środowisku manualnym jest dla mnie ważna, właśnie te prace ręczne, próby i błędy. Obecnie największą radość sprawia mi projektowanie wzorów. Sprawdzam jak coś działa po zmultiplikowaniu i jako struktura. Ale ważniejsze jest dla mnie to, jak będę pracować niż co to będzie. To wyzwanie i doświadczanie, a ja nie chcę zamykać się na konkretną formę.

Prace ręczne kojarzą mi się z robótkami ręcznymi. Twoje prace nie powstają na komputerze, działasz analogowo, prawda? To jest ten element, który cię charakteryzuje. Jakby to były zdjęcia twoich zeszytów.

To śmieszne, że o to pytasz, bo dla mnie to całkowicie naturalne. Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej i nigdy nie myślałam, że może to być odebrane inaczej. Zawsze wszystko robię ręcznie, nigdy niczego do ilustracji nie projektuję na komputerze. Czasem wspomagam się programami graficznymi, żeby przełamać analogowość, ale nigdy od tego nie zaczynam. Rysuję, skanuję, potem coś przerabiam w komputerze. Zacząć od robótek ręcznych jest mi o wiele łatwiej. Dla mnie to, co robię, to medytacyjna działalność. To mnie uspokaja, odkrywam coś nowego.

„O ja! Abstrakcja”, Agata Królak.

Wspomniałaś o trzeciej wartości, która powstaje w wyniki połączenia obrazu i tekstu. Dla mnie taką wartością, w tym co robisz, jest nostalgia. Za dzieciństwem?

Na pewno tak jest. Cały mój dotychczasowy dorobek opiera się na kulcie dzieciństwa. Stawiam dziecko i jego sposób patrzenia na świat na piedestale. Wydaje mi się, że mam w sobie bardzo dużo nostalgii i patrzenia z rozrzewnieniem w stronę dzieciństwa. Staram się nadrobić pewne rzeczy, których nie miałam w dzieciństwie, stworzyć sielankę tamtego okresu. Bo wtedy było nią rysowanie i malowanie. Zamykałam się w swoim narysowanym świecie. Jak nie miałam syrenki Barbie, rysowałam ją na papierze, wycinałam i wkładałam do miski z wodą (śmiech). To był ten boski pierwiastek rysowania – możliwością stworzenia czegoś. To wiąże się z myśleniem dzieci, które często bawią się, jeżdżą samochodem i mówią „jedzie jedzie jedzie” – tak jakby wydawało się im, że wymawianie i powtarzanie tego słowa jest jak zaklęcie; samochód jedzie dzięki temu, że tak mówią. U mnie tak jest z rysowaniem – tworzę coś i to się materializuje.

Wyobraźnia to nieodłączny element dzieciństwa, a temu sprzyja abstrakcja, której w twoich rysunkach nie brakuje.

Druga kwestia dziecięcego rysowania wynika z tego, że cały czas bawię się formą. Lubię upraszczać rzeczy, przez co to, co robię, jest dziecięce i naiwne – podoba mi się to. Kiedy patrzę przez okno, widzę blok i jego rytm okien. Gdy chcę to narysować skupiam się tylko na esencji. Mogę go tak uprościć, że ta pasteloza, banery i to, co mi się nie podoba, zminimalizuję do trzech trójkątów i rzędu kwadratów. To dziecięce spojrzenie umożliwia przepuszczenie rzeczywistości przez taki filtr. Ostatnio coraz bardziej idę w kierunku abstrakcji, czym też zajmuję się w moim doktoracie. Pociąga mnie świat geometryczny, niefiguratywny. Dzięki temu dostajesz historię, do której możesz dopowiedzieć sobie, co chcesz. Rząd okien może być dla ciebie czym innym niż dla mnie, bo masz inne doświadczenia i upodobania. W pewnym momencie przestaje być ważne, co ja chciałam powiedzieć, a kluczowe jest to, co dostajesz, jak to odbierasz. A zdarza się, że to się pokrywa i to jest najfajniejsze!

„Skrytki”, Agata Królak i Mateusz Wysocki, Ładne Halo, 2014 / Limonero, 2016.

Ludzie chcą jeszcze ilustracji w XXI wieku?

Tak! Jest ich o wiele więcej. To naturalne następstwo tego, że jesteśmy społeczeństwem informacyjnym, przepełnionym kulturą wizualną. Większość treści, które dostajemy, to obraz. Coraz więcej oglądamy, oko się ćwiczy, a wydawcy i ilustratorzy mogą sobie pozwolić na więcej. W pewnym momencie nie będzie żadnym ryzykiem wydanie czegoś bardziej niszowego i sprzedanie tego. Powstaje coraz więcej wydawnictw i książek. Wielu z nowych autorów już nawet nie kojarzę, tak dużo ich jest.

Ale jest też tak, że ilustratorzy i wydawcy obracają się w swoim środowisku. Jesteśmy specyficznymi odbiorcami i nawet jeśli wydaje się, że jest lepiej, to – patrząc na całe społeczeństwo – cały czas dużo ludzi wybiera te łatwiejsze projekty, bo są do nich przyzwyczajeni. Reagują na to, co kolorowe i błyszczące, bo to bardziej rzuca się w oczy w masie dostępnych rzeczy. Może potrzebujemy więcej czasu, a jeśli kogoś to nie interesuje, nie uczył się tego, nie czytał o tym, nie ma doświadczenia w obcowaniu z solidnie zaprojektowaną książką czy ilustracją to i tak wybierze coś, co szybciej zobaczy na półce, bo najmocniej zwraca jego uwagę. Ale idzie ku lepszemu.

Wróćmy do nostalgii. Robisz książki dla dzieci, ale przecież trafiają też do dorosłych. Są dla nas ważne?

To bardzo ciekawy temat. Z jednej strony bardzo często ludzie postrzegają projektowanie dla dziecka jako projektowanie gorszego sortu (śmiech). Jak zaczęłam się tym zajmować i mówiłam, że lubię rzeczy dla dzieci, że to dla nich projektuję, wiele osób mówiło mi, że może lepiej żebym się tym nie zajmowała albo że niekoniecznie muszę mówić, że rysuję dla dzieci. Z jednej strony wydaje mi się, że to był swego rodzaju lęk: często spotykam się z przekonaniem, że jeśli coś powstaje dla dzieci to jest to głupsze, gorsze i infantylne. Że nie będzie o czym gadać, bo mogę zrobić wszystko i powiedzieć, że to dla dziecka.

Jest też druga skrajność, którą dostrzegam, bo ostatnio urodziła mi się córeczka: nastał czas kultu dziecka. Wszystko jest dla dziecka, wszystko musi być przygotowane dla dziecka, bo dziecko jest idealne i trzeba bardzo uważać, żeby go nie zepsuć. Najlepiej na każdym kroku go pilnować. Oczywiście, powinniśmy traktować dzieci jak ludzi, ale teraz to poszło w jeszcze inną stronę: dziecko staje się najważniejsze, jest ponad wszystkim, a wydaje mi się, że to przynosi mu szkodę. Razem z Mateuszem Wysockim zrobiliśmy książkę „Skrytki” – zbiór pomysłów na miejsca, w których można ukrywać skarby. Jest w niej rozdział „Skrytka na najwyższej półce” i wiele osób panicznie komentowało, że jeśli dziecko to przeczyta, będzie chciało wejść na półkę i na pewno z niej spadnie. Coraz więcej osób popada w nieuzasadnione i przesadne obawy, chcą zabezpieczyć dziecko przed mieszkaniem i światem…

Ubrać w kask, kiedy chodzi po domu, żeby się nie uderzyło!

…a jak to dziecko ma się nauczyć czegoś o świecie, jeśli dajesz mu jego przefiltrowaną wersję: zabezpieczoną, bez kantów, pełną dobroci, wypełnioną wszystkim co piękne i słodkie? Ja w dzieciństwie chodziłam po półkach, to była najlepsza zabawa na świecie i nic mi się nie stało.

Projekt Ping Pong, Agata Królak / pingtopong.tumblr.com

Projektujesz dla dzieci i dorosłych dzieci?

Myślę, że należy znaleźć złoty środek. To, co robię, to projektowanie dla dzieci w każdym wieku. Gdy myślę, że robię coś dla dziecka, to traktuję je jako figurę retoryczną. Dziecko to jakby konstrukt, który jest w każdym z nas – to cecha człowieka, a nie jego wiek i zbiór doświadczeń; to sposób patrzenia, specyficzna wrażliwość. Te elementy są we wszystkich. Dzieci mogą z tego korzystać, ale w równym stopniu chciałabym, żeby to, co robię, dawało też coś dorosłym.

Zdarza się, że ludzie pytają: co jeśli dziecko nie zrozumie tego, co robię? Co jeśli coś mu się stanie? Co jeśli to zbyt dziecinne? A przecież ktoś te książki z dzieckiem ogląda! W tym jest rola dorosłego, żeby dziecko wkraczało w świat ilustracji razem z nim. Poza tym dziecko świetnie poradzi sobie samo – już bardzo wcześnie wie, co jest symbolem rzeczywistości, a co rzeczywistością. Jak pokażę mu rysunek kota to nie będzie oczekiwać, że będzie pić mleko.

Ale uwierzy w szczęśliwe zakończenia bajek Walta Disneya, które często różnią się od pierwowzorów. Są wygładzone i kończą się inaczejdlaczego bajki często takie są?

Dziecko nawet jeśli czegoś nie zrozumie – bo wielu rzeczy nie zrozumie – to odbierze to po swojemu. Disney wiąże się z dzisiejszą kulturą wizualną: wygładzaniem zdjęć, aspirowaniem do czegoś, co nie jest rzeczywiste, ludźmi, którzy się nie starzeją, brakiem chorób, tym że bierze się ślub i jest się szczęśliwym do końca świata. Moje pokolenie było tak wychowane, teraz przynajmniej częściej mówi się o tym, że zdjęcia w gazetach są retuszowane. Ale mi nikt nie tłumaczył, że coś się dzieje po tym, jak film się kończy. Że „żyli długo i szczęśliwie” to bajka, a nie rzeczywistość i coś było potem. A co, jeśli pojawiają się problemy? Psują się relację albo zmienia się nasz wygląd? Czy to znaczy, że jesteśmy gorsi?

Pamiętam baśnie, które ja czytałam w dzieciństwie: bajka o Czerwonym Kapturku pożeranym przez wilka z dziwnym podtekstem seksualnym! Nie mieliśmy po tym traumy, bo nie widzieliśmy tego okiem dorosłego. Na szczęście to się zmienia, więcej się o tym mówi dzieciom, a w ilustracjach pojawiły się tematy tabu. Dziecko poradzi sobie z czymkolwiek.

Nie doceniamy dzieci?

Dziecko to cecha każdego z nas, której czasem mamy za mało. Szkoła ją temperuje, oduczamy się pewnych rzeczy, na które dzieci sobie pozwalają: spontaniczności, twórczego podejścia. Dzieci nie boją się zadawać miliona pytań, nie obawiają się złych odpowiedzi. Eksperymentują ze wszystkim i to te cechy do mnie przemawiają – często są w nas głęboko zakopane, ale każdy je ma.

*Agata Królak (agatakrolak.com) to ilustratorka i autorka książek obrazkowych. Laureatka plebiscytu MUST HAVE Festiwalu Łódź Design, nagrody KTR, wyróżnień IBBY i Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. Jej ilustracje były prezentowane na festiwalach i wystawach m.in. w Nowym Jorku, Tokyo, Londynie, Brukseli i Paryżu; doktorantka i asystentka na Wydziale Grafiki ASP w Gdańsku. Stypendystka programu NCK „Młoda Polska” w 2016 roku. Urodziła się, mieszka i pracuje w Gdańsku.