Druga strona perkusji

Sequence pomimo niemal matematycznej precyzji brzmi lekko i spontanicznie. Zachwyca prostota i ograniczanie możliwości, ale też paleta barw, które oferuje perkusja, a które Rattle bez wyrachowania pięknie odkrywają na nowo.

>>>Read in english<<<

Od powstania pamiętnego „Drumming” Steva Reicha za trzy lata minie pół wieku, ale perkusja w muzyce bez akompaniamentu innych instrumentów nieustannie przeżywa renesans. Pochodzący z Nottingham duet Rattle osobliwe wykorzystanie dwóch zestawów perkusyjnych, którym towarzyszy minimalistyczny wokal, eksploruje już od siedmiu lat, chociaż ich debiutancki album ukazał się dopiero w 2016 roku.

Przeczytaj wywiad z Rattle:
„Koncentrujemy się na rytmie i wchodzeniu w tę główną przestrzeń, w której jesteśmy medytacyjne i jednocześnie powtarzalne. Jeśli jako słuchacz poświęcisz na to więcej czasu, możesz wejść w to jeszcze bardziej. Bardziej się w to zaangażujesz.”

Sequence, drugi album, który stworzyły Katharine Eira Brown i Theresa Wrigley, to znów popis oszczędnej gry i wzajemnej interakcji. Ale też skrupulatnego podziału pomiędzy instrumentami tak, żeby poszczególne elementy brzmiały selektywnie i nie pokrywały się wzajemnie – Theresa ma hi-hat, talerze, cowbell, werbel i floor toma, Katherine bęben basowy, tomy i werbel. Czasem więc brzmią jakby za zestawem siedziała jedna osoba, ale zróżnicowana i gęsta gra co chwilę z tego złudzenia wyprowadzają. Na czterech utworach, z których każdy trwa około 10 minut,w porównaniu do debiutu redukują brzmienie, wydłużają formę, ale treści jest jeszcze więcej. Mantryczne otwarcie w „DJ” ciągnie wytrwale narastającą repetycję, aby w pewnym momencie nastąpił kontrapunkt, rezonująca wokaliza i finalna dekonstrukcja. W „Disco” tytuł przekornie gra ze skojarzeniami – charakterystyczny dla tego gatunku hi-hat i kakofonia polirytmii są zwolnione, bardziej rytualne, miarowe, a nawet plemienne, a zwiewny głos Brown ciekawie podkreśla ich wydźwięk. W uderzenia trzeba się wsłuchać, wczuć jak rezonują niskie basy, a nad nimi unosi się mgiełka pogłosu wokaliz, zwłaszcza w drugiej części, kiedy – urywane powoli – nikną gdzieś w tle.

Badanie możliwości perkusji, jej wybrzmiewania w ciszy kulminację osiąga w „Signal”, kiedy w końcu pojawia się tak długo wyczekiwane zdanie put your ear to the ground / it’s an incredible sound. To clou muzyki Rattle: zwróć uwagę na detal, przysłuchaj się perkusji inaczej niż dotychczas; to w końcu nie tylko sekcja rytmiczna zespołu i autonomicznie brzmi niesamowicie. Niby truizm, ale duet pokazuje jak instrument odarty ze wszystkich ornamentów, efektów i etosu rockowego zgiełku, fascynuje swoją korzennością i możliwościami akustycznymi. Rattle brzmią post-reichowsko, ale wykorzystując wokale, przypominają mi szwedzkie Wildbirds & Peacedrums, równie minimalistyczne, ale bardziej piosenkowe. Repetycje i muzyczny trans przywołują nowojorskie Tigue, a redukcja przypomina japońskie Nissenenmondai, chociaż trio z Tokio lubuje się w metrum 4/4. Brown i Wrigley ze swoich pomysłów tworzą piosenki, ale nie te radiowe z chwytliwym tekstem i płynnymi przejściami między zwrotkami a refrenem. Jeśli są „piosenkowe” to raczej za sprawą wciągającego rytmu, który mimowolnie zostaje w głowie, grania z ciszą czy wielogłosowego zawodzenia, które właśnie w „Signal” daje wskazówki zafascynowanym instrumentem perkusyjnym: go on and hit it head on / come on and hit it head on.

Sequence pomimo niemal matematycznej precyzji brzmi lekko i spontanicznie. Nie słychać tu kalkulacji, to raczej młodzieńczy zryw, wyprawa w nieznane możliwości brzmieniowe i ich niefrasobliwe odkrywanie. Zachwyca prostota i ograniczanie możliwości, ale też paleta barw, które oferuje instrument, a które Rattle bez wyrachowania pięknie odkrywają na nowo.

SŁUCHAJ: 🎵 Spotify 🎵 Tidal 🎵 Apple Music

Rattle, Sequence, Upset The Rhythm.