Rattle: kompaktowe perkusistki

„Koncentrujemy się na rytmie i wchodzeniu w tę główną przestrzeń, w której jesteśmy medytacyjne i jednocześnie powtarzalne. Jeśli jako słuchacz poświęcisz na to więcej czasu, możesz wejść w to jeszcze bardziej. Bardziej się w to zaangażujesz.”

Zdjęcie: Simon Parfrement

>>>Read in English<<<

Wybór perkusji za główne źródło muzyki jest popularny na scenie alternatywnej od dobrych kilku lat. Instrument wykorzystany w bardzo oryginalny sposób mogliśmy w minionych miesiącach usłyszeć w intrygującej odsłonie u takich artystów jak chociażby Eli Keszler czy zespół Tigue.

Wywodzący się z Nottingham duet Rattle również bardzo innowacyjnie czerpie z możliwości dwóch zestawów perkusyjnych (a w zasadzie jednego współdzielonego, o czym przeczytacie poniżej). Katharine Eira Brown i Theresa Wrigley wspólną przygodę z muzyką zaczęły w 2011 roku – najpierw chciały się wzajemnie uczyć gry na instrumentach, na których nie grały we wcześniejszych zespołach, ale szybko okazało się, że znalazły wspólny język, grając na razem na perkusjach. Surowe repetycje, wokalizy i błyskotliwe podejście do rytmicznego minimalizmu stanowiły o ich sile i od razu zwróciły na siebie uwagę.

Na efekty nie trzeba było czekać długo – w 2016 roku ukazał się ich debiutancki album Rattle, który zachwycał osobliwym naciskiem na rytm, metrum i budowane napięcie między dwoma artystkami. O ile najpierw zespół koncertował w Nottingham i okolicach na Wyspach Brytyjskich, o tyle jesienią minionego roku dziewczyny objechały Stany Zjednoczone u boku Protomartyr i Preoccupations. Właśnie nakładem Upset the Rhythm ukazał się ich drugi album Sequence, na którym duet jeszcze bardziej redukuje swoje brzmienie, wydłuża utwory, zapętla się w mantrycznych powtórzeniach, czasem przyozdabianych wymownymi wokalizami. W dobie rockowych zespołów, które atakują hałasem i kaskadą dźwięków, Brown i Wrigley zdają się zachęcać do zwrócenia się w kierunku muzyki na granicy ciszy, oszczędnego cedzenia dźwięków i mantrycznego wybijania rytmu, który w zaskakujących momentach potrafią sprawnie dekonstruować. Zapraszam do rozmowy z artystkami o możliwościach perkusji, odnajdywaniu jej nowych stron, ale też jej melodyjności i umiejętnym zespołowym graniu.

Jakub Knera: Jak doszło do powstania Rattle?

Katharine Eira Brown: Zapytałam Theresę, czy może dać mi lekcje gry na perkusji, a ja zaproponowałem jej kilka lekcji gry na gitarze. Zaczęłyśmy spotykać się grając na perkusji i dzieląc się wskazówkami, jak używać tego instrumentu. Nie czułyśmy potrzeby, aby zakładać zespół. W tym czasie Tez mieszkała w domu z przyjaciółmi i miała przestrzeń do ćwiczeń. W końcu stworzyłyśmy wspólnie trochę muzyki, którą nagrałam na swoim telefonie. Podobała nam się i stwierdziłyśmy, że warto to kontynuować. Na początku myślałyśmy, żeby zaprosić do zespołu kogoś jeszcze, myślałam też, że mogę grać na gitarze, ale potem okazało się, że jedynie dwa zestawy perkusyjne brzmią na tyle dobrze, że zostałyśmy tylko z nimi.

Rattle nie jest waszym pierwszym zespołem – Katharine była gitarzystką, która niedawno zaczęła grać na perkusji w zespole Kogumaza, a Theresa jest perkusistką w grupie Fists.

Katharine: Oboje grałyśmy w wielu różnych zespołach. I dlatego czułam, że Rattle musi być czymś innym, w czym widziałybyśmy sens, aby się zaangażować, nie chciałam zakładać zespołu o tradycyjnym składzie, w których byłyśmy już wcześniej. Wiedzieliśmy, że musi być inaczej.

Theresa Wrigley: Myślałyśmy o tym, żeby dodać coś jeszcze, ale jednocześnie odczuwałam swego rodzaju wyzwanie. Mogłyśmy pisać rzeczy, które były przyjemne, także wtedy, gdy myślimy z perspektywy koncertu. Fajnie było zacząć tę dziwną koncepcję.

Katharine: Na początku nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego to robimy, dlaczego używamy tylko perkusji. A teraz możemy zagrać koncert naprawdę dobrze i wiemy, że nie będziemy mieć problemu z basem czy piecem, który będzie brzmiał strasznie.

Uczyłyście się grać na instrumentach samodzielnie czy macie muzyczne wykształcenie?

Theresa: Grałam na perkusji, odkąd skończyłam 15 lat. Próbowałam gry na różnych instrumentach, ale nie interesowało mnie to tak bardzo, ponieważ jestem przede wszystkim perkusistką.

Katharine: Nigdy wcześniej nie grałam na perkusji. Theresa jest o wiele lepiej wykształcona w graniu na tym instrumencie. Ona zna muzykę perkusyjną, a ja zdecydowanie robię rzeczy, o których dobrzy perkusiści mogą pomyśleć „ona naprawdę łamie zasady” i pewnie popełniam wszelkie złe praktyki. Zaczęłam grać na gitarze w wieku 15 lat – dostałam taką, o którą prosiłam (śmiech) i uczyłam się przez kilka lekcji, ale szybko zdałam sobie sprawę, że nie potrzebuję ich, bo i tak samodzielnie ćwiczyłam dzień w dzień. Facet, który mnie nauczył, był uroczym mężczyzną, ale tak naprawdę nie nabyłam takiej wiedzy, jakiej oczekiwałam. Bardzo szybko zrozumiałam, że chcę się uczyć na swój sposób, bo choć można sobie pozwolić na różne dziwactwa, człowiek nie zawsze jest w stanie nauczyć się wszystkiego. To nasze dwa różne podejścia.

Czy pamiętacie dokładnie moment, w którym obie grałyście na perkusji i uświadomiłyście sobie „wow, powinniśmy to kontynuować!”?

Theresa: To nie był moment, gdy miałyśmy jakąkolwiek kompletną piosenkę. Zaczęłyśmy właśnie od pomysłów. Katie nagrała coś na próbie na telefon, a ja o tym nie wiedziałam – to znaczące, gdy podczas gry nie myślisz o tym, że będzie to zarejestrowane i potem znów to usłyszysz. Kiedy Katharine odesłała mi nagranie, brzmiało to naprawdę dobrze. Przez pierwsze kilka miesięcy robiłyśmy wszystko bardzo powoli, ale nasz pierwszy koncert odbył się raptem pół roku po tym, jak zaczęłyśmy grać

Sposób w jaki gracie w Rattle może być postrzegany jako bardzo akademicki – mam tu na myśli jego matematyczność, czasem ten minimalizm i wyliczenia są wręcz bliskie „Drumming” Steve’a Reicha. Katherine, nie grałaś wcześniej na perkusji, więc co cię tak pociąga w tym instrumencie?

Katharine: Byłam bardzo zafascynowana tym, jak bardzo melodyjny on jest, o czym do tej pory nie myślałam. Kiedy wcześniej grałam na gitarze w różnych zespołach, pytano mnie, jak słyszę bębny, mam też swoich ulubionych perkusistów, których uwielbiam. Ale jako gitarzystka nigdy nie zainwestowałem tyle czasu w to, jak brzmi moja gitara.

Miałam gitarę, która mi się podobała, lubię jej brzmienie, ale nie poświęciłam tak dużo czasu na szukanie najlepszego wzmacniacza lub najlepszych pedałów itp. Myślę, że dość szybko osiągnęłam taki dźwięki, jaki mnie interesował i nie zawracałam sobie głowy zakupem „wypasionego Fendera czy czegoś, żeby instrument brzmiał inaczej. Ale kiedy zaczęłam grać z Theresą”, znalazłam tę melodyjność w perkusji, czułam, że to nowy sposób tworzenia muzyki. Pomyślałam „o, to jest zupełnie nowy świat”, nowe słownictwo. Perkusja okazała się znacznie mniej ograniczająca.

To zabawne, że mówisz, o tym, że to matematyczne – wydaje mi się, że Tez zawsze gra tak jakby była metronomem zespołu.

Theresa: Wydaje mi się, że kiedy pisałyśmy piosenki na nowy album, byłyśmy bardzo wolne. Z „DJ”, pierwszym utworem w Sequence, było tak, że nie grałyśmy go nigdy tak samo dwa razy. Kiedy nagrywałyśmy utwory, zdałyśmy sobie sprawę, że nie udało nam się tego osiągnąć tak, jak chcemy. Często mamy takie napięcie między czymś, że chciałybyśmy brzmieć bardzo luźno. Dobrze się z tym czuje. Ale to ważne, żeby grać za każdym razem tak samo i upewnić się, że materiał brzmi się dobrze cały czas – wtedy musisz pojąć, co faktycznie grasz i zrobić to ponownie, dopóki nie zrozumiesz, jak brzmi właściwie.

Theresa: Wydaje mi się, że kiedy pisałyśmy piosenki na nowy album, byłyśmy bardzo wolne. Z „DJ”, pierwszym utworem w Sequence, było tak, że nie grałyśmy go nigdy tak samo dwa razy. Kiedy nagrywałyśmy utwory, zdałyśmy sobie sprawę, że nie udało nam się tego osiągnąć tak, jak chcemy. Często mamy takie napięcie między czymś, że chciałybyśmy brzmieć bardzo luźno. Dobrze się z tym czuje. Ale to ważne, żeby grać za każdym razem tak samo i upewnić się, że materiał brzmi się dobrze cały czas – wtedy musisz pojąć, co faktycznie grasz i zrobić to ponownie, dopóki nie zrozumiesz, jak brzmi właściwie.

Co skłoniło was do podjęcia decyzji, aby podzielić między siebie zestawy perkusyjne? Teresa gra na hi-hatach, talerzach, cowbellu, werblu, ale też na low flor tomie a Katherine na bębnie basowym, tomach i werblu.

Theresa: Po pierwsze, było to całkowicie praktyczne. W jakiś sposób musiałyśmy się podzielić. Katie grała dużo na tomach i przez to nadawała muzyce napędu. Moja część jest bardziej ozdobna, mniej napędzająca, jest czymś pomiędzy. Słychać to zwłaszcza gdy gram na talerzach.

Katharine: Na pierwszej lekcji gry na perkusji nawet nie przyniosłam hi-hatów. Potem zaczęłam grać na bębnie basowym. Byłam przy zestawie perkusyjnym, a potem Tez siedziała na oddzielnym krześle z werblem. W pewnym momencie kupiła nowy masywny floor tom i pomyślałyśmy: „och, zaangażujmy go w to”. Było to bardziej naturalne, ale w pewnym momencie zdałyśmy sobie sprawę, że musimy uważać, abyśmy nie dodawali do tego nic więcej. Całkiem fajnie było, gdy zdałam moje lekcje prawa jazdy, dzięki czemu mogłyśmy grać koncerty w różnych innych miejscach niż w Nottingham, gdzie mieszkamy.

Miałam bardzo mały samochód, ale nasz zestaw pasuje do niego jak ulał. Tak więc mamy moduł, który nam odpowiada i możemy go przewozić, gdzie chcemy. Nie budujemy konstrukcji jak Phil Collins.

Theresa: Grałyśmy kilka koncertów i ważne było dla nas, aby dźwięki, które generujemy, nie nachodziły na siebie. Nie mamy dwóch perkusji, obie mamy jeden duży zestaw. Dbamy o to, aby wszystko pasowało do siebie nawzajem, więc staramy się nie grać nad sobą. To działa, właśnie dzięki temu, że ​​mamy różne bębny.

Powiedziałaś, że takie wykorzystanie perkusji jest dla ciebie naturalne. Bardzo często, gdy widzę dwa zestawy perkusyjne, nie jest łatwo rozpoznać kto co gra, bo często perkusiści grają niemal to samo. Tymczasem słuchając Rattle często mam wrażenie, że gra czteroręki perkusista.

Katharine: Mamy zasadę: nie uderzać w tę samą część zestawu w tym samym momencie. Prawie zawsze. Zwykle staramy się nie grać tego samego. Staramy się wzajemnie uzupełniać, grać inaczej – dzięki temu nasza muzyka zyskuje więcej.

Theresa: Istnieją zespoły, które chcą przykryć słuchaczy hałasem dźwięku – fajnie jest je oglądać i widzieć jak muzycy uderzają w instrumenty, ale czasami tak naprawdę niewiele słyszysz.

Często żywacie określenia „piosenka”. Na debiutanckim albumie Rattle z 2015 wasze kompozycje były krótsze, śpiewacie w nich, to swego rodzaju piosenki. Co rozumiecie pod tym pojęciem?

Katharine: Masz na myśli nasz stosunek do wokalu czy tworzenia piosenek w ogóle?

Pytam ogólnie. Odtwarzanie muzyki lub ćwiczenie to jedna kwestia, ale jej struktura jest inna i w pewnym momencie musi powstać. Czy skonstruowanie tego pomysłu oznacza piosenkę lub cokolwiek innego?

Theresa: Myślę, że jedno i drugie. To etapy, przez które przechodzisz.

Katharine: Myślę, że dodaję dodatkowy punkt, kiedy muszę odsunąć się od muzyki, żeby stworzyć wokal, a następnie umiejscowić go w utworze, który go ukształtuje.

Theresa: Zazwyczaj mamy pomysł na coś między nami. Katie zabiera się za pisanie tekstów, pokazuje mi je i całość nabiera większego sensu. Słyszę wtedy jak utwór staje się czymś więcej. Ponieważ na początku czasami brzmi jak zbiór bitów. Na nowym albumie muzyka kształtuje się właśnie wtedy, gdy Katie dodaje wokale.

Katharine: Te formy zmieniają się w piosenkę, gdy jest tam wokal. Zmieniają się z bycia czymś eksperymentalnym na jakiś czas, abyśmy mogły stwierdzić „och, to jest teraz coś konkretnego i tak to brzmi”.

Theresa: Piosenka jest wtedy, gdy ustaliłyśmy strukturę i formę całego utworu, a potem możemy do niej wrócić.

Katharine: O piosence myślę wtedy, gdy mogę powtórzyć ją wiele razy. Oczywiste jest, że zmiany można wprowadzać bardzo często. Słowa mają uzupełniać to, co gramy Theresa i ja. Ona słucha tekstu, który przygotowałam i czasami zmieniamy to, co powstaje na perkusji. Czasem gdy wyłania się wokal, moja perkusja trochę zanika – wtedy mój głos i gra Tez wybrzmiewają razem.

Jak to się stało, że kompozycje na Sequence są dłuższe niż te na Rattle? Na albumie znalazły się tylko cztery utwory, ale każdy z nich trwa około dziesięciu minut.

Katharine: To wyszło całkiem naturalne. Najprawdopodobniej miałyśmy jakieś nagranie z próby, w którym grałyśmy przez długi czas i zaczęłam już pisać wokale do tych wersji utworów. Ale lubię, gdy coś długo trwa. W innym zespole, w którym gram – Kogumaza, zawsze gramy naprawdę długie piosenki. Poza tym w sztuce uwielbiam długie filmy, długie ujęcia. Czas może mijać, kiedy tego doświadczam. Mogę myśleć, że to tylko trzy minuty lub coś w tym stylu, a tak naprawdę wszystko trwa godzinę albo i więcej.

Theresa: Myślę, że takie posunięcie było właściwe, szczególnie gdy grałyśmy na żywo. Myślałam, że może piosenki nie powinny być tak długie, ale potem zobaczyłyśmy, że to działa na ludzi, wchodzą w to. Taka jest z resztą idea.

Jesteśmy perkusistkami, koncentrujemy się na rytmie i wchodzeniu w tę główną przestrzeń, w której jesteśmy medytacyjne i jednocześnie powtarzalne. Jeśli jako słuchacz poświęcisz na to więcej czasu, możesz wejść w to jeszcze bardziej. Bardziej się w to zaangażujesz. Ma to większy sens.

Oczywiście, potrafię grać na perkusji przez wiele godzin, czasami jest to coś naprawdę nudnego (śmiech). Ale chodzi o to, żeby wybrać rzeczy, które mogą być dobrym punktem wyjścia i wyciągnąć z nich esencję. Im dłużej wykonywaliśmy dłuższe utwory, tym bardziej było oczywiste, że powinny przyjąć tę strukturę.

Przypomina mi to trochę ideę „głębokiego słuchania” Pauline Oliveros. Po każdym powtórzeniu jestem w waszej muzyce coraz bardziej. Ponadto kluczowa jest napędzająca się gra między wami obiema. Trudno jest wyobrazić mi sobie, że tej płyty nie nagrałyście razem, bez podziału na ścieżki.

Theresa: Mogłybyśmy zrobić to osobno!

Katharine: To dość długie piosenki i możemy się zmęczyć w pewnym momencie, a potem wszystko zacznie się nieodwracalnie zmieniać. Ale materiał na album zawsze nagrywałyśmy razem na żywo. Dopiero później dodawałyśmy wokal na wierzchu. Raz próbowałyśmy nagrać osobno – Tez jest bardzo dobrą perkusistką, który potrafi grać poprawnie i gdybym też taka była, mogłybyśmy spróbować nagrać ścieżka po ścieżce. Ale znam swoje ograniczenia. Wiem też, że Mark Spivey, który rejestrował ten materiał, chciałby to zrobić właśnie z podziałem na ścieżki – wtedy łatwiej jest wszystko edytować. Ale sposób w jaki gramy razem, jest bardziej interesujący, aby nagrać go za jednym razem.

Theresa: Staraliśmy się przekazać na albumie to, w jaki sposób gramy na żywo i energię jaka się wtedy tworzy. Te części, kiedy pozwalamy się ponieść, w których również wzajemnie się napędzamy, nie miałyby zbytniego sensu, gdybyśmy nie grały razem.

Katharine: Tempo zmienia się naturalnie i nie jest tak, że możesz ustawić szybkość, w której Tez i ja zagramy od początku do końca. Jest w naszej muzyce ten ludzki element, który sprawia, że ​​bardziej interesujące jest nagrywanie razem.

Gracie do siebie i reagujecie na siebie nawzajem, jest to również interesujące, ponieważ na koncertach nie siadacie patrząc na publiczność, ale sobie nawzajem, twarzą w twarz. Wasza muzyka na żywo brzmi zupełnie inaczej, kiedy Mark siedzi za konsoletą, aby dodawać dodatkowe dźwięki do muzyki.

Katharine: Mark gra w Kogumaza i wtedy również zwraca na to uwagę. Kiedy zaczęłyśmy grać jako Rattle, chciałyśmy, żeby „grał” z nami żeby zobaczyć, jak to działa. Jest nieodłącznym elementem muzyki Rattle na koncertach, czymś komplementarnym i dopasowanym dzięki temu co robi. Odnajduje się ze swoimi efektami pomiędzy tym, co robimy. Dodaje efekty do wokalu i perkusji, a my gramy inaczej z nim na żywo. Udaje mu się stworzyć coś w rodzaju atmosfery, coś co sprawia, że nasza muzyka brzmi zupełnie inaczej, gdy go nie ma – tak też występujemy. Zdałyśmy sobie sprawę, że kiedy staramy się nagrywać naszą muzykę bez niego, jest sucha, zupełnie inna. Z nim zyskuje drugi wymiar.

Theresa: On tworzy rodzaj akustycznego hałasu – jest tak dużo przestrzeni między tym, co robimy, którą wypełnia. Byłoby to zbyt surowe bez niczego, a on dodaje trochę ciepła z efektami. Często wykorzystuje delay, dlatego też nie gramy dokładnie w tym samym momencie, bo mamy świadomość ze pojawi się ten efekt. Słuchamy się nawzajem i to wpływa na finalny kształt muzyki.

Katharine: Wciąż gramy koncerty akustyczne, czasem nie gramy z nagłośnieniem. W końcu na początku zaczęłyśmy grać tylko w pokoju z perkusją i wokalem. Ale bardzo często gramy z zespołami w takich miejscach, które są dość duże dla konfiguracji, którą mamy. Nagłośnienie jest konieczne i wtedy naprawdę wspaniale jest mieć Marka, który dodaje dźwięki i efekty oraz pracuje z akustyką i przestrzenią.

Wasz dźwięk jest bardzo czysty, mogę sobie nawet wyobrazić, kiedy gracie w naturalnym środowisku. Są efekty na wokalu, jest pogłos na perkusji, ale nie potrzebujecie efektu jak wzmacniacze lub pedały przy gitarze.

Katharine: Jesteśmy tym bardzo podekscytowane. Grałam tak wiele koncertów jako gitarzystka i nie mogłam się z nich cieszyć, ponieważ coś było nie tak z gitarą lub miałam złego inżyniera dźwięku. Czasami ludzie wchodzą na scenę, żeby zmienić nagłośnienie mojej gitary albo odsłuch. Muszę znaleźć kompromis między dźwiękiem, który słyszę, a dźwiękiem, który słyszą odbiorcy. Kiedy zaczęłam grać na perkusji, zdałam sobie sprawę, że nie ma opcji, że nie będę słyszała perkusji – przecież one są tuż przede mną, na dodatek to ich naturalne brzmienie. Ale to, co jest najlepsze, to fakt, że brzmią inaczej za każdym razem, kiedy na nich gram.

Często gram na wypożyczonych perkusjach; niektóre elementy z backline są z różnych elementów, gram w różnych pomieszczeniach o różnej przestrzeni akustycznej. Nie robię czegoś, żeby sprawić, aby zawsze grać tak samo, a tak właśnie się czułam, grając na gitarze. Jeśli coś nie zabrzmiało, jak chciałam, czułam to była porażka. Tym razem mam tak minimalistyczny sprzęt, że mogę to zaakceptować bez względu na przestrzeń. Zauważyłam to także przy śpiewie – jeśli robię to, jak chcę, to robię to najlepiej. Dostrajam dźwięk do konkretnej przestrzeni i nie martwię się, jak powinien brzmieć. Dla mnie to najbardziej ekscytujące w przypadku perkusji w porównaniu z gitarą.

Na płycie śpiewasz „przyłóż ucho do ziemi / to jest niesamowity dźwięk”, co oznacza dla mnie odkrywanie potencjału perkusji i różnorodności jej palety dźwięków. Czysty dźwięk perkusji jest inspirujący.

Katharine: To prawda! Kiedy zaczęłam grać na perkusji, moja pierwsza myśl była taka: to, co tu robię, to melodie! A nigdy nie myślałem, że to, co mogłabym grać na perkusji, mogłoby być tak melodyjne. Byłam przekonana, że każdy bęben będzie taki sam. Ale to nie prawda – może się zmienić i brzmieć inaczej. Chcemy zachęcać ludzi do słuchania inaczej.

Sequence ukazała się nakładem Upset the Rhythm.
Odsłuch materiału 🎶 Tidal 🎶 Spotify 🎶 Deezer 🎶 Apple Music.