Piękne intymne domowe nagrania wykonane przez etiopską zakonnicę zastanawiającą się nad ideą wygnania w latach 70. i 80. XX wieku, prawdopodobnie nigdy nie miały być słyszane przez nikogo poza nią samą, nabrały zdumiewającej uniwersalności w 2024 roku.

Od końca lat 90-tych francuski muzykolog i producent Francis Falceto wydaje albumy z muzyką etiopską z lat 50-tych, 60-tych i 70-tych w ramach serii „Éthiopiques” w wytwórni Buda Musique. Głównie dzięki temu przedsięwzięciu ludzie na całym świecie rozpoznają różne cechy dźwiękowe etiopskich muzyków, takich jak Mulatu Astatke, Mahmoud Ahmed, Gétatchèw Mèkurya i Muluken Melesse. Ale numer 21 w serii był płytą, która istniała tak daleko, jak to tylko możliwe, od Ethiojazzu, a jednocześnie była rozpoznawalna z tego kraju. Zawierała ona muzykę Emahoy Tsege Mariam Gebru.

Jeśli Astatke i Mekuryia zwrócili etiopskie tradycje muzyczne w stronę jazzu, ona wykonała podobny manewr z muzyką klasyczną. Jej kompozycje odznaczają się niezwykłą płynnością i są pełne wirtuozowskich ornamentów, ale zagadką jest przypisanie ich do konkretnego gatunku i tradycji. Jest tu spokój Erica Satie w skalach pentatonicznych i delikatność Debussy’ego. A jeśli ktoś odnajduje w nich coś z jazzu, to raczej w złożonej muzyce Duke’a Ellingtona czy Mary Lou Williams.

Czytaj: THE QUIETUS