OFF Festival po raz kolejny pokazał, że hierarchia festiwalowa coraz mniej mówi o tym, gdzie wydarzy się coś naprawdę ważnego. Wielkie nazwiska często bledły, a najlepsze koncerty grali ci, którzy zamiast zabiegać o aplauz, po prostu mieli coś własnego do powiedzenia.
Cztery koncerty zostaną mi z tego OFF-a w pamięci najmocniej: Vojdi, Los Thuthanaka, Einstürzende Neubauten i Tercet Imperial. Wszystkie, na swój sposób, były o autentyczności, zakorzenieniu i o tym, że muzyka nie potrzebuje wielkiej scenografii, żeby wciągnąć ludzi. Trzy z nich, oszczędnymi środkami, stworzyły na scenie inny świat.
Vojdi zagrali wtedy, kiedy na głównej zameldował się Johnny Marr, niegdyś z The Smiths. Bezpretensjonalny gitarowy zespół, który brzmiał, jakby muzykę Johna Zorna, Meshuggah i The Dillinger Escape Plan polać avantrockową psychodelią, matematycznymi strukturami, ale też hippisowską swobodą. Jeden z tych koncertów, na które trafiasz trochę przypadkiem, bo przecież obok gra ktoś, na kogo czeka znacznie więcej osób. Była autentyczność, sami z siebie żartowali z siebie. Ich piosenki miały ciężar muzyczny i lekkość wykonania. „Wybuczcie nas najgłośniej, jak umiecie, zamiast oklaskiwać” śmiali się się, a cały namiot Trójki w to wchodził. Chwalmy naszych sąsiadów.
Drugi moment to Los Thuthanaka – zespół kosmiczny, odjechany, grający zaraz po The Flaming Lips, przebrany w dziwaczne stroje przypominające trochę kostiumy Björk: z nenufarami, baśniowymi stworami na łokciach, a jednocześnie do bólu prawdziwy. Ajmarskie rytmy przeplatały się z sugestywnym bitem, pulsacją i psychodeliczną gitarą. Wszyscy wpadli w trans, a nagle, w połowie koncertu, dostaliśmy ambientowy, mieniący się moment zawieszenia – i uniesienia. Przeciwieństwo rozbuchanego headlinera tego samego dnia: minimalistyczne, wciągające i taneczne. Nie trzeba wielkiego show, żeby zrobić wielki koncert.


Na tej samej scenie dzień później występowali Einstürzende Neubauten. Zespół, który – trochę tak jak Kraftwerk w zeszłym roku – jest z innej epoki, przestrzeni i czasu. Gra na swoich warunkach, wyjmuje instrumenty stworzone z urządzeń, beczek, rur i sprężyn, ale nie zatraca się w tej formalnej otoczce. Blixa Bargeld poetycko opowiadał o mieście (Berlinie), relacjach, czasie, o tym, co z nas zostanie, o swoim transpłciowym dziecku. Niezwykłe instrumenty i przedmioty były ważne, ale nie przesłoniły tego, co najważniejsze: człowieka, charyzmy i piosenki.
Kolejny koncert, w którym zakorzenienie miało znaczenie, to Tercet Imperial. Niełatwe zadanie, bo to niemal otwarcie festiwalu, ale też dowód na to, że tradycję można opowiedzieć na nowo tak, by zwróciła uwagę ludzi, którzy nie mają z nią zbyt wiele wspólnego. Piotr Zabrodzki grał na syntezatorach, Jan Emil Młynarski na padach perkusyjnych, Joanna Sztucka śpiewała. Oni jak dresiarze, ona jak pieśniarka z pola. Efekt: jakby Nyege Nyege powstało pod Radomiem albo właśnie tam elektryfikowano wieś na wzór tego, co robiono z maloyą na Reunionie. Biorą lokalność, rytm i tradycję i przepuszczają je przez współczesną elektronikę. A ludzie do tego tańczyli, niezależnie od tego, czy wiedzieli, że to oberki grane na innych niż zazwyczaj instrumentach.
Autentycznością pociągał także palestyński DAM – kiedy mówił o sprawach ważnych, był bezpretensjonalny i otwarty na publiczność, którą porywał swoim rapem.
Zaczynam od tych koncertów, bo najciekawsze rzeczy działy się nie tam, gdzie widniały największe nazwy – co wiadomo od dawna, a co tegoroczna edycja Off Festivalu dobitnie pokazała. Bo headlinerzy wybadli blado. To ich nazwiska ściągają ludzi, ale to właśnie oni coraz częściej bywają przereklamowani, a forma wygrywa z treścią. Miałem takie poczucie na The Flaming Lips, kiedy Wayne Coyne cały czas zagrzewał ludzi, jakby wszyscy brali udział w konkursie na aplauz. Tęcza, dmuchane roboty, konfetti, które leżało pod sceną przez trzy dni – tak jakby muzyka nie wystarczała. „Co wymyślą?” – krążyły pytania przed koncertem. Forma stała się kalką.


Oklou ze swoją intymną płytą próbowała post-sypialnianą i post-internetową elektronikę przełożyć na język sceny. Miała huśtawkę, kamerzystów, instrumentalistów, scenografię. Teatralizacja gdzieś tu jednak wszystko pogubiła. Amyl and the Sniffers grali jednostajnie, głośno i donośnie. Była w tym nuda, brzmienie płaskie, cały czas te same riffy. Wrażeniowo fajnie, treściowo zapomniałem o nich po kwadransie. Arthur Verocai – sympatyczne i miłe przypomnienie. Sam bohater raczej dyrygował, niż śpiewał; oczywiście ma swoje lata, ale daleko temu koncertowi do reaktywacji pokroju Zbigniewa Wodeckiego z Mitch & Mitch. Było uroczo, sympatycznie, tylko tyle. Black Country, New Road od początku wydawało mi się reinkarnacją altpopowej Abby. Nie wytrwałem długo.
Jedyny w zasadzie koncert na scenie głównej, który naprawdę mnie porwał, zagrali Sunny Day Real Estate. Gitarowa fala, brak pozerki, emocje – nie tylko emo – szczery przekaz. Szkoła Seattle obroniła się po dniach konfetti, orkiestr i oczekiwania na scenie na nie wiadomo co. Nie spodziewałbym się, że najbardziej porównają mnie faceci we flanelach. Podobnie jak przeniesiony koncert Wednesday, który z powodu erupcji Etny odbył się w niedzielę o 16:30. Bezpretensjonalne piosenki, wspólne granie zespołowe. Szczerość, radość, bez napinki. A jednocześnie dowód na to, że tłumy w Dolinie Trzech Stawów mogą pojawią się bardzo wcześnie
Najwięcej czasu spędziłem w tym roku na Scenie Trójki i Orlen Leśnej. Starałem się też bywać na scenie jazzowej, która znów przeżywała oblężenie; na szczęście krzesła mające imitować smooth jazzowy klub, w efekcie czego mniej ludzi mogło wejść do środka, a drugie czekało na zewnątrz, usunięto (czy naprawdę chociażby tylna ściana nie może być odsłonięta, jak dzieje się to w dwóch innych namiotach?). Pierwszego dnia trafiłem tam na Błoto, o którym różnie mówi się w kontekście młodej polskiej sceny jazzowej, ale coraz śmielej można to określenie odrzucić, bo ich set bardziej przypominał hipnotyczne elektroniczne wojaże Shackletona. Kiedy Olaf Węgier odkładał saksofon, pojawiał się jeszcze mocniejszy puls klubowy. Błoto odbiło od jazzu daleko, niech płynie jeszcze dalej.


Ki Ki Ki grało kwaśnie na trzy syntezatory. To, co robią Baliński, Tarwid i Zabrocki, jest fenomenalne: psychodeliczny odjazd, w którym instrumenty klawiszowe czasem są sekcją rytmiczną, czasem perkusją, czasem snują melodyjki. Muzycy świetnie się bawią i pokazują, jak wiele można z tych instrumentów wyciągnąć. Ale też wplatają urywki melodii szlagierów w iście zappowskim stylu. Ostatniego dnia wpadłem na SZAJS – zespół postgitarowy, mathrockowy, trochę ironiczny, ale bardzo zwarty, wciągający eksplozją, rytmiką i napięciem. Wpisują się w kanon polskiej szkoły gitarowej: z luzem, precyzją, napięciem i dystansem. Fajne, że „jazz” w offowym namiocie jest rozumiany możliwie szeroki. Jest miejsce na groove i obłędne solo, awangardowe pomysły i taneczne formy.
Przyglądałem się też polskim piosenkom. Wrażenie zrobiły na mnie Mlecze, które otwierały drugi dzień festiwalu na scenie głównej. Porwali mnie młodzieńczą energią. Na takie perełki tekstowe jak: „Jak jest się blisko, to boli, odparzenia na dłoni / Co jak puszczę, ty mnie nie zaczniesz gonić” czekam.
Równie fajnie wypadł shoegazowy zespół Duszno, chociaż mam problem ze ścianami dźwięku na scenie Blik. Kontrast był mocny zwłaszcza w porównaniu z przerysowaną w stylu opolskich i sopockich festiwali Zuzanną Malisz dzień wcześniej.
Czymś zupełnie odmiennym były Koty bez Oczu, Psy bez Nóg, które grały wtedy, kiedy na Leśnej występowała Nu Genea. Do brzmienia harmonii wkradał się czasem bit z drugiej sceny, ale kontrabas, klawisze, a przede wszystkim przykuwający uwagę głos Rozalii Grabowskiej budowały niezwykłą aurę. Na płytach często przypominają Svitlanę Nianio albo Księżyc, na koncercie zyskują charakter i brzmią bardziej jak coś wsobnego.
Świetnie wypadł również Atol Atol Atol, który otwierał festiwal. Pod sceną było sporo osób. Pulsujące, agresywne, rytmiczne piosenki wciągnęły publiczność w festiwalowy świat. Wiwat post-punkowa i krautrockowa piosenka z nerwem i przestrzenią.


Często przekornie chodziłem nie na główne koncerty, ale na to, co działo się na mniejszych scenach. Kilka z nich ominąłem – jak Chat Pile, Madra Salach, Współgłosy czy Swada i Niczos – bo już je widziałem i logistyka festiwalowa mi na to nie pozwoliła. Nie była to na pewno najlepsza edycja OFF-a – te wciąż były dekadę temu, ubolewam nad małym zróżnicowaniem stylistycznej sceny eksperymentalnej (kto pamięta Omara Souleymana? Taki Mohammad Syfkhan mógłby świetnie kontynuować ten kierunek) – ale wśród nieoczywistych nazw można było znaleźć sporo perełek. I może jakąś prawdę o muzyce, a przy okazji o nas.
To, co nie siliło się na aplauz, lajki, kliki i wyświetlenia, wygrywało. Nad rankingi najciekawszych koszulek i czapek przekładam kolejkę w barze Śmigło, który na dobre stał się MEDIUM SPOŁECZNOŚCIOWYM festiwalu – nieoficjalną afterownią, miejscem nietkniętym przez kapitalizm, gentryfikację i hipsterię. I oby tak zostało jak najdłużej. Ostatniego dnia wylądowali tam kosmici – w okularach wyglądali niczym mrówki i zagrali set. Dzisiaj jeszcze tańczę, chciałoby się powiedzieć. A pani wydawała frytki do gitarowych ścian Sunny Day Real Estate.
Na jednym z fanpage’ów przeczytałem relację o tym, jak największe gwiazdy zaspokoiły największe oczekiwania. O jednym z moich topów napisano, że to przystawka – trochę jakby świat się nie zmienił: „Gwiazdy ze świata, dodatki z Polski”. Kiedyś takie spojrzenie było archaiczne, dziś jest przedpotopowe.
Mówienie, że na festiwalach odkrywa się to, czego się nie spodziewamy, jest oczywistością i powtarzanie tego non stop przed Offem, trąci myszką. A jednak festiwalowa hierarchia wciąż podpowiada nam, gdzie mamy patrzeć. Myślę o Słowakach z Vojdi: skąd się tu wzięli? Doskonały koncert. Chciałbym, żeby OFF szerzej otworzył się na grupy z Europy Środkowo-Wschodniej, które nie są tak hajpowane. A mało znane i warte uwagi. Może wtedy w opisie Słowaków na stronie nie widniałyby tylko odniesienia do brytyjskich i amerykańskich kapel, ale chociażby do zespołu Mat’kovia – w sierpniu ukaże się reedycja ich jedynego albumu, którego echa słyszałem na Scenie Trójki.
I właśnie do Vojdi wracam na końcu. Chłopaki, którzy się nie silą, nie pozują. Żartują z siebie, rozmawiają z publicznością, grają swoje dziwne, połamane piosenki, podczas gdy kawałek dalej, na wielkiej scenie, stoi gwiazda. Podobne momenty znajdowałem u Los Thuthanaka, Einstürzende Neubauten i Tercetu Imperial. Przekaz, melodia, bit, które od razu wciągają w swój muzyczny świat. Bo koniec końców to niewielkie show, konfetti i reflektory do nas wrócą – na tym festiwalu czy na kolejnym. Wróci piosenka.
Śpiewał o tym na finał koncertu Einstürzende Neubauten Blixa Bargeld: „We didn’t die / We give you a different song”. On wie: słuchacza czy słuchaczkę zaczarujesz tylko prawdą.


