Od mauretańskiego popu i eksperymentalnego czerkieskiego folku, przez ambientową elektronikę, duchowy jazz, elektroakustyczną improwizację i intymną muzykę gitarową.

Tych piętnaście albumów łączy cierpliwość, dbałość o fakturę dźwięku i uważne słuchanie. Razem pokazują, że tradycja, pamięć i eksperyment wciąż pozostają siłą napędową najbardziej poszukującej muzyki współczesnej.

EMER feat. UGNĖ UMAYou and Me (Stroom)

Leniwy, oniryczny nastrój, basowe linie, niespiesznie wplatane bity, perkusyjne detale, które nie zawsze wysuwają się na pierwszy plan, a nade wszystko upalna, gęsta atmosfera – idealna na środek lata i odsłaniająca różne oblicza basowej elektroniki, błyszczących syntezatorów oraz obłędnych wokaliz. Emer i Ugnė Uma pochodzą z Wilna, ale ich drogi przecięły się gdzieś między Berlinem a Brukselą. Wspólnie stworzyły jedną z najlepszych płyt 2026 roku – impresyjną, minimalistyczną, skupioną na detalu i dopracowanej produkcji. Emer z wyczuciem rozkłada ciężar między ospałymi bitami, majaczącymi syntezatorami i dźwiękowymi ornamentami, często rozmytymi pogłosem. Ugnė Uma swoim głosem wyczynia cuda – prowadzi słuchacza za ucho, raz brzmi eterycznie, innym razem zostaje zdeformowana, baśniowa i fantasmagoryczna.

MATT GOLD & DUSTIN LAURENZI – Devotional Fade (We Jazz)

Wszystko płynie tu bez pośpiechu. Muzyka rozwija się powoli, a powracające motywy (zwłaszcza znakomity tytułowy opener) hipnotyzują i stopniowo wciągają. Dustin Laurenzi na saksofonie tenorowym i klarnecie prowadzi oszczędne linie, wzmacniając je pogłosem, dzięki czemu nabierają niemal sakralnego charakteru, podkreślanego przez bas i syntezatory. Matt Gold uzupełnia całość perkusjonaliami i bitami, otwierając pole do dialogu i wspólnego transu. Muzyka nie opiera się jednak na prostym podziale instrumentów na melodyczne i rytmiczne. Choć często przybiera wyraźnie pulsujące formy, artyści nieustannie badają wzajemne możliwości, zostawiają sobie oddech i tworzą subtelną, liryczną całość. Jazz pozostaje tu ważnym punktem odniesienia, ale nigdy nie staje się ograniczeniem. Efekt jest swobodny, ulotny i wyjątkowo przekonujący.

TADEUSZ CIEŚLAK – Sonostoria (Fundacja Badania Możliwości)

Tadeusza Cieślaka kojarzyłem dotąd z Teo Olter Quintet, Adamant, Brutah czy Sekta Denta. Teraz zdecydował się na płytę solową, zarejestrowaną w synagodze w Lesku. To obszerne wnętrze długo niesie dźwięk, a Cieślak świadomie wykorzystuje jego właściwości, wchodząc do środka z saksofonem tenorowym, klarnetem basowym i fletem poprzecznym. Gra przemyślane, rozwijane motywy – czasem gwałtownie je urywa, innym razem pozwala im zawisnąć w powietrzu. Przypominają mi się nagrania Lea Bertucci czy Mazena Kerbaj realizowane betonowych przestrzeniach. To zaledwie trzydzieści minut, a materiał pozostaje niezwykle zróżnicowany, co słychać choćby w zestawieniu następujących po sobie „Pasach” i „Niflheim” – w pierwszym instrument przeraźliwie skrzeczy, w drugim majestatycznie unosi się w pogłosie.

SOFIE BIRCH – Bivabippabualukka (Stroom)

Czy byłem zaskoczony, kiedy włączyłem nową płytę Sofie Birch? Tak! Czy byłem zachwycony? I to jak! Artystka, dotąd kojarzona przede wszystkim z hipnotyczną, ciepłą, choć nieco outsiderską elektroniką ambientową, zrobiła skok w bok i razem z bratem nagrała album inspirowany bossa novą – w jej ciepłym, elektronicznym i lekko skandynawskim wydaniu. To muzyka przypominająca wyprawę przez bujną dżunglę dźwięków. Współtworzą ją liczni goście grający na saksofonie, flecie poprzecznym, harfie, trąbce i wielu innych instrumentach, a także nagrania terenowe, szepty oraz szelesty. Płyta tryska dziecięcą radością, chwilami przypomina słuchowisko, kiedy indziej niewielką orkiestrę. Kojarzy mi się ze ścieżkami dźwiękowymi z dzieciństwa – pełnymi naiwności i otwartości, ale zarazem erudycji oraz zaskakującej dojrzałości.

MACIEJ FORREITER – Do Less (self-released)

Powiedziałem kiedyś Maciejowi Forreiterowi, że nie przepadam za gitarą w jazzie, i zdanie podtrzymuję. Gdybym jednak miał je zmienić, to między innymi za sprawą jego twórczości. Podoba mi się to, co robi z instrumentem w sneaky jesus – na solowym albumie idzie w stronę easy listening, ale robi to zachwycająco. Tytuł znakomicie oddaje jego filozofię, choć w praktyce dzieje się tu nie tak mało. Gitarzysta zapętla kolejne figury, cierpliwie je nawarstwia i z prostych gestów wydobywa ciepło brzmiące pejzaże. Powstają instrumentalne piosenki, trochę przypominające dokonania Jeffa Parkera, trochę Sama Gendela. Do Less pozostaje muzyką niezobowiązującą, a zarazem liryczną, pełną pomysłowych detali i subtelnych rozwiązań (choć zdarzają się dłuższe formy, jak „ain’t no love in the countryside” czy reinterpretacja Coltrane’a).

KIRI RA! – nen (We Jazz)

Skandynawskie spotkanie na szczycie – Kiri Ra! tworzą Laura Naukkarinen (Lau Nau), Linda Fredriksson oraz szwedzki pianista Matti Bye. Efektem tej współpracy jest muzyka łącząca ich dotychczasowe światy i zamieniająca je w impresjonistyczną improwizację, momentami przywodzącą mi na myśl The Necks. Muzycy nieustannie wymieniają się rolami, podchwytują pomysły i prowadzą cichy dialog. Bogate instrumentarium – saksofony, pianino, Wurlitzer, syntezator modularny, wiolonczela, balafon czy wibrafon – wykorzystywane jest z ogromną dyscypliną, dlatego nigdy nie przytłacza. Czasem wystarcza pojedynczy motyw, innym razem jedna fraza prowadzi całą kompozycję przez kilka minut. Największą siłą tej płyty pozostaje jednak uważność – rzadko trafia się na muzyków słuchających siebie nawzajem z taką cierpliwością.

COLUMBIA ICEFIELD – A Silence Opens (Out of Your Head)

Choć nad trzecim albumem zespołu zainicjowanego przez Nate’a Wooleya (o pierwszym pisałem tu) unosi się widmo żałoby – utwory opierają się na kompozycjach Rona Milesa, a w nagraniach uczestniczyła również Susan Alcorn; oboje odeszli – jest to zarazem najbardziej intensywna i żywiołowa odsłona projektu. Pojawienie się Avy Mendozy w miejsce Mary Halvorson wyraźnie przesuwa środek ciężkości tej muzyki, choć równie istotna pozostaje reszta składu: donośna trąbka Wooleya, szeroko rozlewająca się pedal steel Susan Alcorn oraz motoryczna perkusja. Wszystkie te elementy splatają się w dzieło, które domyka siedmioletnią historię zespołu. Nie chodzi tu o efektowny finał, lecz o dojrzałe podsumowanie wspólnej drogi – pełne wyobraźni, wzajemnego zaufania i rzadko spotykanej umiejętności słuchania siebie.

MAX KOHYT / MAJA MIRO / JERZY MAZZOLL / KATARZYNA PODPORA – Okręty/Trumny (Bocian)

Zainicjowane przez Maxa Kohyta nagranie poświęcone jest pamięci ofiar II wojny światowej, które zginęły na morzu. Nie jest to jednak muzyka ilustracyjna ani odwołująca się do konkretnego pejzażu. Zamiast opowiadać historię, stopniowo wyznacza miejsce pamięci – ostrożnie, cierpliwie, warstwa po warstwie. Wyjątkowy kwartet instrumentalistów działa z niezwykłą uważnością. Każdy gest ma znaczenie, każdy dźwięk zostawia ślad, a całość opiera się bardziej na słuchaniu niż graniu. Preparowany fortepian, elektryczny kontrabas oraz charakterystyczne dla Katarzyny Podpory obiekty – kości czy fragmenty drewna – nie ilustrują wydarzeń, lecz powoli zagęszczają obecność. Improwizacja nie prowadzi tu do kulminacji – krąży wokół ciszy, nieustannie do niej wracając. Dzięki temu album zostaje długo po wybrzmieniu ostatnich dźwięków.

MICHAELA TURCEROVÁ – Šumum (Mappa)

O tym, jak daleko można odejść od idiomu saksofonu i jego tradycyjnego brzmienia, Michaela Turcerová przekonała już dwa lata temu na kapitalnym solowym alone et, gdzie jej instrument przypominał chwilami perkusjonalia i nieustannie wymykał się własnym ograniczeniom. Tym razem słowacka artystka, zaprasza całe ensemble do pełnej pogłosu przestrzeni Brønshøj Water Tower. Początkowo instrumenty dęte pozostają jeszcze rozpoznawalne, ale z każdą kolejną kompozycją indywidualne głosy zaczynają się zacierać. Siedmio-, a momentami dziewięcioosobowy skład zamienia się w jeden organizm, który oddycha wspólnym pulsem. Dęciaki nie dominują nad smyczkami ani odwrotnie – oba żywioły powoli się przenikają. To muzyka monumentalna, ale nigdy ciężka. Jej siła bierze się z cierpliwości.

MATT EVANS – Daydream Observatory (AKP Recordings)

Zetknąłem się z Mattem Evansem w Tigue – jednym z najbardziej fascynujących współczesnych trio, którego Strange Paradise pozostaje dla mnie jednym z najważniejszych wydawnictw po 2000 roku. Później śledziłem jego twórczość w projekcie Neti Neti z Amirthą Kidambi. Perkusista od dawna traktuje instrument nie jako narzędzie odmierzania rytmu, lecz sposób organizowania faktur i ruchu. Ta wrażliwość przenika Daydream Observatory od pierwszych sekund „Analemmy”, gdzie zestaw perkusyjny rozpływa się w elektronicznej mgle. Perkusja pozostaje osią, ale wokół niej nieustannie przesuwają się syntezatory, instrumenty dęte blaszane i goście. Raz wszystko zwalnia niemal do bezruchu („Dirt Fish”), innym razem gwałtownie się rozszczelnia („Stone Eater”). Evans znakomicie kontroluje ten przepływ, dlatego nawet najbardziej intensywne momenty nigdy nie tracą kierunku.

VARIOUS ARTISTS – Shyshagh: Imaginary Circassian Underground (Ored)

O Ored Recordings i ich filozofii pisałem na początku roku w The Guardian. W okolicach 21 maja – Dnia Pamięci Ofiar Wojny Rosyjsko-Kaukaskiej, upamiętniającego zakończenie wojny (1763–1864) – wydają oni nagrania dokumentujące muzykę tradycyjną Czerkiesów. Tym razem wykonują jednak krok w bok. Shyshagh skupia się na współczesnej scenie niezależnej. Cherim splata emocjonalne teksty z estetyką lo-fi folku, Temir rozbiera archiwalne nagrania na części i składa je na nowo w eksperymentalnej elektronice, Zafaq przepuszcza tradycyjne melodie przez blackmetalową energię, a Shkhafit kieruje się ku hipnotycznemu drone folkowi. To zestawienie pokazuje, że tradycja nie jest zamkniętym archiwum i nie stoi w miejscu, a raczej inspiruje, zmienia kierunek i znajduje nowe sposoby przetrwania.

HENRY FRASER – Pneuma (Kou)

O tym, że kontrabas nie jest wyłącznie instrumentem sekcji rytmicznej, można przekonać się choćby w twórczości Ville Herrali, Brandona Lopeza, Mike’a Majkowskiego, Luke’a Stewarta, Wojtka Traczyka czy Àlexa Reviriego. Henry Fraser podąża podobną drogą. Zamiast akompaniować, pozwala kontrabasowi przejmować kolejne role. Instrument raz śpiewa, raz szorstko chropowacieje, innym razem niemal rozpada się na rezonanse i szumy. Fraser zestawia kompozycję z improwizacją, a ciszę traktuje jak równorzędnego partnera. Najciekawsze dzieje się jednak pomiędzy tymi biegunami – kiedy pojedynczy gest zaczyna się rozrastać, odbijać od pudła rezonansowego i przeobrażać w coś znacznie większego niż jego źródło. Potwór możliwości. Pneuma przypomina, jaki to niewyczerpany instrument.

VÁCLAV HAVELKA – A Snake Crawling Up a Broken Ladder (Animal Music)

Gdzieś pomiędzy Jamesem Blackshawem a Starą Rzeką – nowy album Havelki porusza się po mrocznych gitarowych terenach, rozwijając się w transowych fragmentach albo gwałtownie eksplodując. Gościnne występy Bena Chasny’ego, Marisy Anderson, Thora Harrisa, Vojtěcha Havla, Tomáša Niesnera i Radwana Ghaziego Moumneha nie przesłaniają jednak najważniejszego – bardzo osobistego punktu wyjścia. Nagła kontuzja sprzed trzech lat zatrzymała życie Havelki i zmusiła go do wielomiesięcznej rekonwalescencji. Przykuty do łóżka zaczął szkicować te utwory na iPhonie. Później oddał je współpracownikom, pozwalając im swobodnie dopisywać kolejne warstwy. Co ciekawe, zamiast rozproszyć materiał, ten gest jeszcze mocniej go scalił. Album sprawia wrażenie wspólnego organizmu, którego serce bije w jednym miejscu.

CINDER WELL – A Blooming Body (Hen House Studios)

Cinder Well, pociągający, mroczny i uwodzący projekt multiinstrumentalistki Amelii Baker, widziałem przed rokiem na Supersonic w Birmingham. Wystąpiła wtedy sama z gitarą, śpiewając osobiste pieśni, często dotykające żałoby. „August” (You should have been standing here / fingers wrapped round a can of beer / whispering goss in my ear / you should have been standing here) zabrzmiał przed stojącą publicznością z niemal obezwładniającą siłą. Nie drgnąłem przez cały koncert. To nie był występ, lecz wspólny rytuał. Na nowym albumie Baker otacza się tuzinem muzyków, ale nie traci nic ze swojej bezpośredniości. Rozbudowane aranżacje jedynie poszerzają perspektywę, nie odciągając uwagi od piosenek. A te wybrzmiewają bardzo mocno i przejmują – są kruche, melancholijne, czasem bolesne, lecz zawsze prowadzone z niezwykłą czułością.

YASSINE NANA – Modern Pop from Mauritania (1984–1989) (Les Disques Bongo Joe)

Yassine Nana przez lata pozostawał nieznany poza Mauretanią, choć jego muzyka wyprzedzała własny czas. Pochodził z rodziny Ahl Nana, która odegrała kluczową rolę w modernizacji mauretańskiej muzyki po uzyskaniu przez kraj niepodległości. Połączył lokalne tradycje z popem, reggae, soulem, funkiem i nową falą, śmiało sięgając po syntezatory oraz automaty perkusyjne. W latach 80. zespół cieszył się ogromną popularnością w Mauretanii, koncertował w Maroku i krajach Zatoki Perskiej, ale później został wyparty przez falę muzyki raï. Nana zmarł w 2013 roku, nie doczekawszy się uznania poza ojczyzną. Dopiero francuski antropolog Simon Debarbieux dotarł do oryginalnych taśm, co zaowocowało reedycją. Efektem jest wydawnictwo, które przypomina, że historia muzyki pełna jest fascynujących białych plam do odkrycia.