Te płyty łączy wspólny mianownik: sięganie do tradycji – ludowej, klasycznej czy gitarowej – i przetwarzanie jej w język współczesnej, często rytualnej i głęboko emocjonalnej ekspresji. To przegląd muzyki, która nie tyle opowiada historie, co buduje doświadczenia – zawieszone między medytacją, eksperymentem a intensywnym przeżyciem.
WHITNEY JOHNSON, LIA KOHL, MACIE STEWART — Body Sound
(International Anthem)
Recipe For a Boiled Egg Macie Stewart i Lia Kohl jest jednym z najlepszych, jakie słyszałem w ciągu ostatnich lat. Teraz łączą siły z trzecią skrzypaczką, Whitney Johnson, i prowadzą tę muzykę na zupełnie inny poziom. To niekoniecznie improwizacja, swobodność, ekstatyczne wydawanie dźwięków. Trio gra medytacyjną, poruszającą (czasem bardzo wzruszającą jak w „dawn | pulse”) muzykę, która harmonijnie płynie i przynosi wyjątkowe struktury. Czasem smyki potrafią brzmieć perkusyjnie (laundry | blood), jednak często przypominają dronowe struktury pokroju Stars of the Lid. Do tego dochodzą uwodzące, jednostajne i zawodzące wokalizy, a w kilku momentach taśmowe odtwarzacze, podkreślające w tej emocjonalnie przejmującej muzyce syndrom przemijającego czasu, piękna, nieperfekcji. Słuchamy muzyki przejmująco smutnej, czasem medytacyjnej, rozciągniętej horyzontalnie, przez co wchodzimy w ten świat momentalnie, w którym gładkość smyków kontrastuje z szorstkością partii przepuszczonych przez taśmy. To muzyka skomponowana z czujnością, wyczuciem, co owocuje najpiękniejszą na ten moment płytą roku.
BILL ORCUTT — Music in Continuous Motion
(Palialia)
W przepastnej dyskografii Billa Orcutta można zagubić się niemal od razu, ale kluczowe że ten amerykański gitarzysta nie przestaje nagrywać i jego płyty wciąż pociągaja wirtuozerią i werwą, ale przede wszystkim pomysłami. Jego najnowszy album jest niejako kontynuacją nagranego cztery lata temu „Music for Four Guitars”, przetranskrybowanego potem na wybitny kwartet Four Guitars Live. Tegoroczna płyta to znów wielościeżkowa podróż, na której Orcutt do partii instrumentów dogrywa kolejne linie, tworząc osobliwe, polifoniczne i pulsujące kompozycje. Najczęsciej krótkie i zgrabnie prezentujące pomysły, a jednocześnie na swój sposób ekstatyczne, zapętlone w nieskończoność, mnie osobiście wprowadzające w niepisany stan euforii, swego rodzaju uniesienie. Zachwycające jest to, że tak doświadczony muzyk może wykrzesać z instrumentu tak frapujące i porywające barwy i struktury, pokazując błyskotliwość i niekończąca sie pomysłowość.
STINE JANVIN & MARTIN JOH — Or Gare – funeral procession music from Ryfylke, Norway
(Krets / Futura Resistenza)
Album „Or Gare” Stine Janvin i Mortena Joha to surowa, hipnotyczna interpretacja norweskich pieśni pogrzebowych, łącząca tradycję ludową z subtelną elektroniką. Nie jest to muzyka „o” żałobie, lecz raczej jej współczesne narzędzie – forma rytuału, który rozgrywa się między wspólnotą a ciszą. Twórcy wpisują się w nurt artystów czerpiących z folkloru, by tworzyć doświadczenia quasi-liturgiczne, podobne do dzieł takich jak „Treny” Jacaszka czy „Mirror Reaper” Bell Witch. Punktem wyjścia jest tradycja liksong – pieśni towarzyszących konduktom pogrzebowym, które prowadziły zmarłych ku zaświatom. Janvin i Joh traktują ją jak materiał archeologiczny: nie rekonstruują jej wiernie, lecz wydobywają i reinterpretują, nadając jej współczesną, niemal duchową formę. Efektem jest muzyka zawieszona między obecnością a oddaleniem, doświadczenie bardziej przeżywane niż słuchane.
DOBRAWA CZOCHER — State of Matter
(130701 / Fat Cat)
Wiolonczelistek, które wychodziły poza bańkę muzyki klasycznej, nie było wiele – jedną z najbardziej wyrazistych jest Islandka Hildur Guðnadóttir, odpowiedzialna m.in. za muzykę do filmu „Joker”, za którą otrzymała Oscara. Wywodząca się znad Bałtyku Dobrawa Czocher, która w pierwszej szkole muzycznej stawiała kroki razem z Hanią Rani (a później wielokrotnie z nią współpracowała), tworzy muzykę mroczną, podszytą chłodną morską bryzą. Zagrania na smyczku bywają tu poszarpane, innym razem rozciągnięte w czasie niczym dronowe smugi. Czocher dodaje im powabności wokalizami, dzięki czemu kompozycje zyskują przestrzeń, ale nie tracą przy tym filmowej dramaturgii. Nie ma tu przekombinowanej eksploracji instrumentu – jest za to spójna wizja tego, jak może brzmieć solo: z jednej strony lirycznie, z drugiej dostojnie i przejmująco.
Więcej: https://mintmagazine.pl/artykuly/10-najlepszych-plyt-na-wiosne-2026
SABA ALIZADEH — Rituals of The Last Dawn
(KarlRecords)
Oglądam to, co dzieje się w Iranie i muzyka Saby Alizadeh, który jest wirtuozem gry na kamanche i czołową postacią współczesnej muzyki irańskiej, wydaje mi się idealną scieżką dźwiękową. To już jego czwarty album, na których w przenikliwy i nieoczywisty sposób łączy perską tradycję z awangardowymi eksperymentami, tworząc utwory, które łączą przeszłość z teraźniejszością, w towarzystwie gitarzyści – Pietro Caramelli i Liew Niyomkarm grający na pedal steel. Folkowe wybrzmiewanie, które w First Ritual zaczyna się od pojedynczych i punktowych brzmień, później zagęszcza się i urasta. Muzyka jednak nie eksploduje, raczej delikatnie rezonuje, wypełnia przestrzeń, pogłosy przeplatają się z elektroniką, brzmiąc hipnotyzująco i medytacyjnie. Pociągnięcia na strunach kamanche uwodzą, niosą się, elekgroniczne tło, wzmaga ich surowe wybrzmiewanie, całość wydaje się rozwlekłą, niekonczacą się epopeją, tyle nostalgiczną i smutną, jak i refleksyjną. Alizadeh fantastycznie sięga po folklor, który osadza w kontekście elektroniki, zniekształceń brzmieniowych i budowanie wielowarstwowych światów, tworząc w ten sposób zakorzenioną w przeszłości, ale na wskroć współćzesną, emocjonalnie wybrzmiewającą historię.
IZTOK KOREN & RAPHAEL ROGIŃSKI — Nocturnal Consolations
(Instant Classic)
To spotkanie dwóch wybitnych instrumentalistów na szlakach Europy Środkowo-Wschodniej. Raphael Rogiński współtworzył nową falę muzyki żydowskiej przed dwiema dekadami, później grał m.in. utwory Coltrane’a, a Iztok Koren działa w znakomitym słoweńskim trio Širom. Razem poszukują archaicznych źródeł dźwięku i brzmień przyszłości – tworzą gęstą, zmienną polifonię z wykorzystaniem preparowanej gitary, banjo, gimbri i gongów, traktując muzykę jako przestrzeń dialogu – akustycznego i ideowego. Czerpiąc z tradycji wielu kultur, budują uniwersalny krajobraz dźwiękowy dla współczesnego słuchacza. Jak mówi Rogiński, jest to „bizantyjsko-stepowa opowieść” – współczesna historia odnosząca się do dzisiejszego spojrzenia na folklor. Choć zakorzeniona w określonej szerokości geograficznej, nie odwołuje się wprost do konkretnych tradycji – raczej wnikliwie poszukuje, by tworzyć własną.
Więcej: https://mintmagazine.pl/artykuly/10-najlepszych-plyt-na-wiosne-2026
TURNER WILLIAMS JR — Vipérine
(mistralph0ne)
Widziałem jakie cuda Turner Williams Jr. wyczyniał na shahi baaja (zelektryfikowana wersja bulbul tarang, indyjskiej cytry, do której dodano klawisze maszyny do pisania, naciskające dwie struny w celu zmiany wysokości dźwięku) podczas Le Guess Who 2022. Wyjątkowo wyglądający i brzmiący instrument pozwala mu całkiem szeroko kreślić paletę swoich możliwości. Na Vipérine, peirwszym albumie wydanym we własnym labelu mistralph0nez jednej strony zanurza się a Amerykańskim prymitywizmie, z drugiej eksploruje wibrujące, pełne pogłosów brzmienia, z trzeciej przypomina możliwości pedal steel guitar. Gdzieś w tym wszystkim przebija folkowa naleciałość, próba tworzenia własnej, odrębnej estetyki bazującej na raz na improwizacji a raz na bardziej zwartych strukturach. Muzyk kreśli szeroką ferię barw, raz bardziej rytmiczna i pulsującą, kiedy indziej rozmytą i oniryczna, co świetnie pokazuje finałowy, tytułowy utwór. To płyta odwołująca się do różnych tradycji, a jednocześnie na swój sposób tworząca własną, trochę oursiderską, zagubioną w pogłosach i zapętleniach, , świetnie bazująca na pogłosowym strunowym brzmieniu, które przyjmuje różne oblicza.
TOMASZ CHYŁA QUINTET — It’s not a Fake, It’s a Replica
(Alpaka)
Na swoją twórczość i pomysł na muzykę Tomasz Chyła z kwintetem zwracał uwagę już od wspaniałego debiutu „Eternal Entropy” z 2017 roku. Wielogatunkowe i możliwie szerokie spojrzenie na muzykę to jedno, skrzypek który dowodzi składowi i nierzadko dalekie odchodzenie od jazzowego idiomu to drugie. Przez niemal dekadę poszerzyły się zarówno horyzonty skrzypka jak i zmieniał skład, a jego najnowszy, piąty album można postawić gdzieś między ciężkimi progresywnymi i stonerowymi inspiracjami, a z drugiej bardziej jeszcze wyraźnymi fascynacjami dokonaniem Zbigniewa Seiferta, tutaj mocno podpiętymi do wzmacniaczy. Skryzpce wiodą zdecydowanie prym, tuż za nimi gitara Krzysztofa Hadrycha, która zdecydowanie naznacza rockowo-metalowy ciężar utworów. Sęk jednak w tym, że na tle riffów, gęstej sekcji rytmicznej, TCQ nie traci folkowej lekkości, świetnie kontrapunktowanej przez Emila Miszka na trąbce. I chociaż ten jazzgot i ciężar wydaje się przyciągać uwagę najbardziej, najciekawiej dzieje się na połączeniu, momencie, kiedy ściana dźwięku ze wzmacniaczy jest balansowana popisowymi partiami tak na skrzypcach jak i trabce.
NEUROSIS — An Undying Love For A Burning World (Neurot)
Neurosis, nawet jeśli miewał słabsze momenty, zawsze trzymał wysoki poziom, mimo rysy, jaka pozostała po wyrzuceniu Scotta Kelly’ego. Teraz do składu dołączył Aaron Turner (znany z ISIS i Sumac), który jako wokalista i gitarzysta współtworzy nowe oblicze grupy u boku Steve’a Von Tilla. W „Blind” słychać, jak zespół eksperymentuje z formą — podwójnie nagrane partie Turnera zestawione są z czystym wokalem Von Tilla, co buduje wielowarstwowe napięcie. Istotną rolę odgrywają też modularne syntezatory Noaha Landisa, które nie tylko dodają kolorytu, ale potrafią przełamywać dramaturgię utworów. Najlepszym przykładem jest „Mirror Deep” — kompozycja tak zróżnicowana, że mogłaby służyć jako wizytówka całej płyty: od gęstych riffów na początku, przez elektroniczne tekstury, subtelne partie gitar, aż po rozpędzoną, intensywną drugą część, wreszcie domknięcie początkowym motywem. Ten album jest trochę jak krzyk w „We Are Torn Wide Open”, po którym kolejne utwory mierzą się z mrokiem współczesności — ciężarem, który Neurosis od lat potrafią przekuwać w coś hipnotyzującego i przejmującego, a tu robią to w kapitalny sposób.
