Od mistycznego folku z pogranicza Europy Środkowo-Wschodniej, przez ambient i drone music, które rozciągają się w czasie i rezonują, perkusyjną ekwilibrystykę, żywy kreskówkowy jazz i hołd dla tureckich korzeni. Zapraszam na przegląd najciekawszych płyt lutego.

MAGDA DROZD – Divided By Dusk (Präsens Editionen)

Magda Drozd współtworzy duet Sopraterra z Nicolą Genovese – ich album „Seven Dances to Embrace the Hollow” eksploruje transowość, repetycję i cielesny wymiar dźwięku. „Divided by Dusk” łączy inspiracje polskim folklorem i przedchrześcijańską tradycją Europy Środkowo-Wschodniej z doświadczeniami z Japonii. Drozd splata słowiański mistycyzm z japońską wrażliwością na ciszę i przestrzeń, m.in. dzięki brzmieniu bambusowego fletu shinobue. Muzyka rozwija się jak mroczna opowieść ludowa: ciężkie skrzypce, drony, nagrania terenowe i syntezator Lyra-8 tworzą oniryczny pejzaż. Folklor nie jest tu rekonstruowany, lecz przywoływany jak wspomnienie czy zjawa – w duchologicznej, rytualnej formie.

Cały tekst: Radiowe Centrum Kultury Ludowej – Chocholi folk

KMRU – Kin (Editions Mego)

Jednym z owoców pandemii był „Peel” pochodzącego z Nairobi KMRU (Josepha Kamaru), na którym artysta w wyjątkowy sposób połączył codzienne pejzaże dźwiękowe w monolityczny, wielowarstwowy ambient. „Kin” w pewnym sensie odnosi się do debiutu KMRU, lecz w nieoczywisty sposób. Muzyka opiera się na zniekształceniach i drgających strukturach, w których prym wiodą syntezatory, szumy i przestery – soniczne magmy wprowadzające w stan zadumy i zawieszenia. To eksploracja chropowatych, gęstych brzmień przypominających dokonania Fennesza (który pojawia się w jednym z utworów), ale w cięższej, nieco apokaliptycznej odsłonie.

Cały tekst: MINT Magazine – 10 najlepszych płyt na wiosnę

ALTIN GÜN – Garip (Glitterbeat)

Altın Gün od ponad dekady z dystansem i ciekawością przyglądają się spuściźnie tureckiej psychodelii i anatolijskiego rocka lat 60. i 70., spod znaku Erkina Koraya, Barışa Manço czy Seldy Bağcan. „Garip” to hołd dla Neşeta Ertaşa – jednej z najważniejszych postaci tureckiej muzyki ludowej, mistrza tradycji aşık i wirtuoza bağlamy. Altın Gün nagrali płytę złożoną wyłącznie z reinterpretacji jego kompozycji. Brzmieniowo „Garip” pozostaje mocno zakorzenione w anatolijskich skalach i charakterystycznej melodyce tureckiego folku, a obok tradycyjnych motywów pojawiają się rozbudowane aranżacje smyczkowe, partie saksofonu oraz warstwy syntezatorów. Mniej tu psychodelii, więcej dramaturgii i przestrzeni – wspaniałe doświadczenie.

Cały tekst: MINT Magazine – 10 najlepszych płyt na wiosnę

SHANE PARISH – Autechre Guitar (Palalia)

Jak minimalistyczną, oszczędną elektronikę brytyjskiego duetu przełożyć na gitarę akustyczną? Shane Parish, który wcześniej grał w avant-rockowym Ahleuchatistas, współtworzy kwartet Billa Orcutta, a na gitarę akustyczną przełożył już m.in. Kraftwerk czy Aphexa Twina, wyszedł z tego zadania obronną ręką. Wybrał materiał z pierwszych płyt Autechre, a zapętlone frazy przełożył na akordy, tworząc osobliwą, pełną liryzmu muzykę. Punktowe, pulsujące melodie zyskują tu ciepło i folkowy posmak, a to, co u Brytyjczyków wybrzmiewało w nieskończoność, tutaj jawi się jako muzyczna mantra. Parish pokazuje, że interpretacji jest nieskończenie wiele, a jego kreatywność nie zna granic.

Cały tekst: MINT Magazine – 10 najlepszych płyt na wiosnę

BOOKER STARDRUM – Close-up on the Outside (We Jazz)

Od niemal dekady coraz wyraźniej widoczny jest zwrot ku graniu solo – zagłębianiu się w instrumenty wcześniej eksplorowane zespołowo, ich kontemplowaniu, swoistemu studium możliwości. I chociaż Booker Stardrum wymyka się prostym klasyfikacjom, jego album dla We Jazz jest fascynującym poszukiwaniem w palecie brzmieniowej perkusji. To muzyka pulsująca, ale delikatna, jakby nieco wytłumiona, nieskupiona na demonstracji możliwości instrumentu, lecz na rytmie i powtarzalnych motywach (zarówno w otwierającym utworze, mantrycznym „Telluric”, jak i hipnotyzującym „Third Nature”). Perkusjonalia są często dopełnione elektroniką czy dęciakami, co potęguje oniryczny, impresyjny wydźwięk całości.

WERNER DURAND & JOHN KRAUSBAUER – Black Seraphim (Moving Furniture)

Przed siedmioma laty pisałem o genialnej płycie Wernera Duranda „Processions”, gdzie dźwięk rozciągał się do maksimum, tworząc niekończące się suity, wciągające nieoczywistą, zespoloną polifonią. Z Johnem Krausbauerem Niemiec zgłębia możliwości własnoręcznie stworzonych instrumentów drewnianych, podczas gdy Amerykanin eksploruje wybrzmiewające dźwięki skrzypiec. Długie, niekończące się utwory, elektroakustyczne brzmienia i zróżnicowane systemy strojenia owocują harmonicznie bogatą suitą, w której ziarnisty dźwięk pochłania i wciąga z każdą kolejną minutą. Muzyka do kontemplacji, ale zarazem rozwarstwiona, jazgotliwa i szorstka – dzięki czemu zyskuje wyjątkową dramaturgię.

VIC BANG – Oda (Mondoj)

„Oda” Vic Bang to kameralna, eksperymentalna opowieść o samym dźwięku. Płyta zbudowana jest z drobnych elementów – sampli, syntezatorów, mikro-melodii i subtelnych rytmów – które powoli się rozwijają i zmieniają, tworząc spójną, skupioną całość. Muzyka jest delikatna, intymna i nieco melancholijna, przypominająca „odę małym rzeczom” – tonom, rytmom i rezonansom. W nagraniach pojawiają się zarówno brzmienia akustyczne, jak i elektroniczne, budujące oniryczną przestrzeń między ambientem, eksperymentalną elektroniką i wyobrażonym folklorem. „Oda” nie narzuca się słuchaczowi – raczej powoli wciąga w swój mikroskopijny świat dźwięków, gdzie najważniejsze stają się niuanse, subtelne zmiany i uważne słuchanie.

Cały tekst: The Quietus – Vic Bang

RÓŻNI WYKONAWCY – Aman Aman – Greek Anatolian Laments (Mississippi Records)

Wykopalisko z przeszłości – wyjątkowe nagrania z początku XX wieku, dokumentujące poruszające pieśni osób opłakujących przymusowe wygnanie z anatolijskiej ojczyzny. „Aman aman” znaczy tyle co „ratunku” albo „litości” – tak wołają śpiewacy na odrestaurowanych płytach 78 rpm. To nie są krystalicznie czyste utwory ani studyjne nagrania, lecz zniszczone zębem czasu pieśni pełne tęsknoty. I nie o to chodzi – w tej prostocie kryje się ogromny ładunek emocji, który buzują w tych lamentach, gdzie zawodzącym głosom towarzyszą skrzypce, santouri, gitara i oud, przywołujące kulturę basenu Morza Śródziemnego początku XX wieku.

STEPHEN O’MALLEY – Spheres Collapser (XKatedral)

O’Malley znany jest od kilku dekad z działalności w Sunn O))), gdzie ciężkie drone-metalowe brzmienia rozciąga w czasie, operując hałasem, formą i barwą gitar podpiętych (dosłownie) do ścian wzmacniaczy. Nie mniej ciekawe są jego solowe eksploracje jednostajnej, wolno wybrzmiewającej muzyki, wykorzystującej podobne narzędzia, lecz w bardziej stonowany sposób. Kluczową rolę odgrywa tu wykorzystanie ogromnych organów w jednym z kościołów w Lozannie, co sprzyja muzyce medytacyjnej, dronowej, o jaśniejszych barwach. To dźwięk rozwijający się niemal bez końca, z drobnymi zmianami, silnie rezonujący – wprowadzający w trans, rodzaj letargu, a może nieoczywistego uniesienia.

TOMEKA REID – dance! skip! hop! (Out of Your Head)

Jestem fanem Tomeki Reid od jej kapitalnej płyty tria Hear, jestem też fanem Mary Halvorson (przypominam wywiad), a także młodej amerykańskiej sceny jazzowej – może nie aż tak free, ale mocno eksplorującej rozbudowane aranżacje na stosunkowo proste składy, jak kwartety czy kwintety. Tutaj, pod wodzą wiolonczelistki, dzieją się cuda – muzyka płynie lekko i swobodnie, a jednocześnie czuć gęstość kompozycji i zróżnicowanie barw instrumentów, zwłaszcza znakomitego kontrapunktowania wiolonczeli i gitary na tle sekcji rytmicznej. To muzyka zgodna z tytułem – lekka, frywolna, pełna niespodzianek, momentami wręcz kreskówkowa, ale jednocześnie erudycyjna, pełna wibrujących brzmień i pomysłów. Jazz żywy, otwarty, nieustannie eksplorujący, z poczuciem humoru, lekkością i brawurą.