Od pieśni Kaukazu i reinterpretacji historii dawnych tkaczek, przez posttradycyjne brzmienia zainspirowane kulturą Gruzji oraz nagrania z obszaru dawnego Szlaku Jedwabnego, po bezkompromisowy awangardowy jazz i metal oraz futurystyczną, emocjonalną elektronikę — zapraszam na pierwszy w tym roku przegląd premier płytowych.
Od eksploracji dawnych harf z XVIII i XIX wieku, przez przejmujące pieśni Czerkiesji i Kaukazu Północnego, posttradycyjną muzykę z górskiego Karabachu inspirowaną Gruzją i Armenią, reinterpretacje historii barcelońskich tkaczek, aż po subtelną elektronikę stawianą w kontrze wobec dystopii, awangardowy jazz i metal oraz śpiewy przedwojennych kantorów osadzone w kontekście muzyki współczesnej — ten przegląd płyt układa się w wielowątkową opowieść o dźwiękach, które pamiętają, pytają i nie boją się emocji. Zapraszam do przeglądu najciekawszych płyt stycznia.
JULIANNA BARWICK & MARY LATTIMORE — Tragic Magic (InFinė)
Geneza tej współpracy wynika z fascynacji analogową przeszłością, ucieleśnionej w dawnych instrumentach. Lattimore i Barwick trafiły do paryskiego Musée de la Musique, gdzie ta pierwsza sięgnęła po harfy pozwalające prześledzić ewolucję tego instrumentu na przestrzeni niemal półtora wieku — od 1728 do 1873 roku. Barwick z kolei wybrała kilka ikonicznych analogowych syntezatorów, w tym Rolanda JUPITER oraz Sequential Circuits PROPHET-5. W swobodnym dialogu i wspólnym czasie spędzonym w mieście wykrystalizowała się opowieść — trochę baśniowa, trochę tragiczna, jednocześnie pełna uniesień — oparta na dosyć subtelnych aranżacjach, w których artystki budują swój magiczny świat. Uwodzicielskie wokale, czasem przypominające syreni śpiew, proste, ale ujmujące partie harfy oraz podbijające całość syntezatory tworzą współczesną muzyczną opowieść — wzruszającą, emocjonalnie przejmującą, bardzo liryczną, a na swój sposób także medytacyjną. Duet ogranicza się do subtelnej i delikatnej ekspresji, choć czasem ulatuje w dal niczym magiczny pyłek z Piotrusia Pana — jak w finałowym „Stardust”, które znakomicie domyka tę muzyczną opowieść.
HAŃBA! HIOBA DYLANA — Za kim idziesz (Antena Krzyku)
W jednej z dyskusji przeczytałem pomysłowe określenie ich twórczości jako „miejskie country” — i coś w tym jest. To perspektywa teoretycznie wielkomiejska, ale jednocześnie wyraźnie wyglądająca poza Warszawę, a także inne metropolie. „Alma Mater” jest formą samoironii — brzmi jak kompilacja hejterskich komentarzy z sieci, a jednocześnie jak prztyczek w nos wymądrzającego się społeczeństwa. „Za kim idziesz?” to adaptacja strajkowej pieśni górników z Kentucky, rozbujana i niepokojąca, podobnie jak „Cumbia Zosia”, odwołująca się do tradycji tzw. murder ballads. „Hau hau” to z kolei celne odniesienie do sytuacji z protestów na polskich ulicach, ale też przerażająco aktualne w szerszym, globalnym kontekście — wystarczy spojrzeć na to, co działo się na ulicach Minneapolis. Trochę śmiesznie, trochę strasznie, gdy okazuje się, że dawne pieśni brzmią zaskakująco aktualnie, a tekst z jednej strony globu może trafnie opisywać rzeczywistość gdzie indziej. I choć Hańba porzuciła tu reinterpretacje utworów z dwudziestolecia międzywojennego, to wspólnie z Hiobem, w estetyce miejskiego folku, komentują rzeczywistość jak nikt inny nad Wisłą.
COCANHA, LOS SARA FONTÁN, TARTA RELENA – 4132314 (Bongo Joe, Pagans)
Mamy tu prawdziwe combo wspaniałych duetów. Katalonkami z Tarta Relena zachwycałem się już dwukrotnie (RCKL, tQ) — ich interpretacje śpiewu z rejonu śródziemnomorskiego są wyjątkowe. Cocanha przypominają o kulturze oksytańskiej, z kolei Los Sara Fontan eksperymentują brawurowo (z Eduardem Pou rozmawiałem dawno temu przy okazji Za!, pamiętam też, jak kapitalnie reinterpretował azorską tradycję na festiwalu Tremor). Projekt 4132314 powstał, by upamiętnić pracownice dawnej barcelońskiej fabryki tekstylnej Fabra i Coats — stąd okładka i tytuł nawiązujące do numerycznego wzoru tekstylnego. Choć głos pozostaje podstawą tego albumu, nie wybija się on tak bardzo jak w nagraniach realizowanych przez duety samodzielnie; mimo to robi ogromne wrażenie w momentach zaśpiewów, przekrzykiwań i chóralnych uniesień. Wspomniany wzór bywa przywoływany melodycznie lub rytmicznie, czasem staje się punktem wyjścia do gier rytmicznych, które narzucają utworom sugestywną narrację i dramaturgię. Warto pamiętać, że jest to dokumentacja walki klasowej i kobiecej solidarności — od oryginalnych tekstów dawnych tkaczek, przez reinterpretacje popularnych pieśni, po utwory autorstwa współpracujących duetów. Tkwi w tym niezwykła siła.
ZU – Ferrum Sidereum (House of Mythology)
Włoskie trio Zu przez lata wypracowało swój charakterystyczny język i wyjątkową ekspresję, lokującą się na styku ciężkiego jazzu, metalu i industrialu, ujętych w progresywne, a zarazem silnie dramaturgiczne formy. Niemal 80 minut muzyki wypełnia ciężkie, gęste brzmienie, które we współczesnym krajobrazie dźwiękowym trudno porównać z czymkolwiek innym. Progrockowa rytmika perkusji i regularna żonglerka motywami Paolo Mongardi przeplatają się z masywnymi, basowymi riffami Massima Pupillo, kontrapunktowanymi obłędnie agresywnym brzmieniem saksofonu Luki Mai. Zespół nie bierze jeńców — muzyka jest ekstremalnie intensywna, prowadzona z matematyczną precyzją, gdzie heavy metal spotyka się z awangardowymi rozwiązaniami jazzowymi. Wszystko pędzi na złamanie karku: konsekwentnie, niezwykle ekspresyjnie, a jednocześnie z chirurgiczną wręcz precyzją. Każdy dźwięk ma tu swoje miejsce i mimo ogromnej intensywności nie ma mowy o mieliznach. Widziałem Zu na żywo przed rokiem; właśnie ruszają w trasę, a ten album stanowi znakomite podsumowanie ich obecnej formy.
NATHAN DAWIDOWICZ — FLUFF (Hell Yeah Recordings)
Nathan Dawidowicz ma polskie, litewskie i kameruńskie korzenie, a dorastał w ultraortodoksyjnej społeczności żydowskiej w Jerozolimie. Jego kolejny album, złożony z zaledwie trzech, ale długich utworów, zakorzeniony jest zarówno w świętej atmosferze miasta dzieciństwa, jak i w berlińskiej kulturze klubowej, gdzie artysta obecnie mieszka. Pozornie niekończące się kompozycje, sprawdzające się równie dobrze na parkiecie, jak i podczas psychodelicznych podróży przez meandry wyobraźni, zabierają słuchacza w transcendentalną, introspektywną wędrówkę pomiędzy rytmem, basem i kosmiczną syntezą. Dawidowicz wychodzi od repetytywnego, transowego motywu, który stopniowo rozwija, wzbogacając go ornamentami i drobnymi urozmaiceniami budującymi narrację tej psychodelicznej podróży. Jednocześnie rytm ten — na swój sposób medytacyjny — niesie w sobie coś sakralnego. Artysta tworzy muzyczną epopeję zanurzoną w kwaśnych motywach, dającą wrażenie nieskończoności i nieprzemijalności we współczesnym, miejskim transie. Celem nie jest tu taniec sam w sobie, lecz zagubienie, poszukiwanie i odkrywanie nowości w repetycji.
CANES OF KARABAKH — Canes of Karabakh (Rozdroża)
Canes of Karabakh wychodzi od brzmienia duduka — tradycyjnego ormiańskiego instrumentu o ciepłym, melancholijnym tonie, silnie związanego z pamięcią i tożsamością kulturową. Trio tylko pozornie opiera się na prostocie: pod minimalistyczną powierzchnią kryje się narastające napięcie i bogata faktura dźwiękowa. Flugelhorn Dokalskiego szumi, pohukuje i tworzy echa, które Bartnik wzmacnia elektroniką przypominającą stare taśmy, budując sugestywny akompaniament dla duduka. Projekt wpisuje się w nurt posttradycyjnej sceny europejskiej, gdzie instrumenty ludowe funkcjonują w nowych kontekstach. Duduk pozostaje w centrum, ale to współpraca tria nadaje tej muzyce właściwą siłę. Całość zbliża się do estetyki muzyki pamięci i rozpadu, znanej z twórczości Williama Basinskiego, Philipa Jecka czy The Caretaker. Choć narracja Canes of Karabakh jest linearna, a nie zapętlona, podobnie eksploruje przemijalność i zniekształcenie pamięci. To wyjątkowy lament — refleksja nad zanikiem tradycji, krajobrazu i historii oraz pytanie o to, jak tradycja może pozostać żywa we współczesnym świecie.
Cały tekst: Radiowe Centrum Kultury Ludowej – lament i trwanie wyduka
RÓŻNI WYKONAWCY – Music from the Caucasus – The Archive of ORED Recordings, 2013–2023 (TAL)
ORED Recordings zostało założone w 2013 roku przez Bulata Khalilova i Timura Kodzoko w celu dokumentowania tradycyjnej muzyki Kaukazu Północnego. Od tego czasu zarejestrowali setki nagrań terenowych podczas lokalnych spotkań i uroczystości, kładąc nacisk na autentyczne rytuały dźwiękowe górskich społeczności. Muzyka czerkieska i północnokaukaska opiera się przede wszystkim na głosie, pamięci i funkcji społecznej, a nie na widowiskowości. Dominuje tu śpiew solowy lub kameralny, z modalnymi melodiami i oszczędną ekspresją, gdzie emocje przekazywane są przez barwę, oddech i frazowanie, a instrumenty pełnią rolę podporządkowaną wobec głosu. Wszystko to doskonale słychać na tej kompilacji wydanej przez label TAL, założony przez Stefana Schneidera z To Rococo Rot. Są tu zarówno małe zespoły, jak i pojedynczy wykonawcy, a ich muzyka stanowi również dokument przemian społeczno-politycznych — pojawiają się lamenty, pieśni żałobne, opowieści historyczne, śpiewy rytualne oraz utwory o pracy, oporze i wysiedleniach. To wyjątkowy obraz świata pogranicza, który dopiero teraz w ułamku wyłania się na światło dzienne.
DIALECT — Full Serpent (RVNG Ltd)
Kiedy słucham Full Serpent – a słucham go w kółko, bo szybko się kończy – mam wrażenie, że został stworzony w mikroskali, specjalnie na potrzeby zimowego snu. To nie jest muzyka przeznaczona do potężnego systemu audio, lecz raczej do małego głośnika, może bluetoothowego, który można zapakować do plecaka i słuchać, niemal przytulając ucho do dźwięku. Chwilami przypomina folktronikę znaną z wczesnych albumów Four Tet czy Múm: delikatne, intymne melodie, w których folk nie oznacza brzmienia akustycznego, lecz subtelność – pętle, drobne zawirowania, emocjonalne uniesienia, fragmenty wokalu i poruszające sample. Jest tu również coś z estetyki japońskiego artysty Asuny, który w swoim projekcie 100 Keyboards wykorzystuje setki dziecięcych instrumentów, budując z nich własny muzyczny świat. To romantyczna, transowa karuzela z ukrytym, niemal niezauważalnym crescendo — nie wybucha, ale utrzymuje napięcie aż do samego końca. Zdehumanizowany śpiew, nadzieja. Muzyka w pudełku: próby, poszukiwania, uważne słuchanie. To podnosi na duchu. Być może właśnie w ten sposób najlepiej opisać, jak Dialect oddziałuje na nas swoją twórczością — pokazując, że proste środki potrafią wywoływać wielkie emocje.
Cały tekst: The Quietus – Dialect – Ful Serpent review
ANIA KARPOWICZ & DOMINIK STRYCHARSKI — Syrena: Re (Słuchaj)
Syrena Records, założona w 1906 roku przez Juliusza Feigenbauma, była jedną z kluczowych polskich wytwórni fonograficznych. Po przerwie spowodowanej I wojną światową wznowiła działalność w 1921 roku i umocniła swoją pozycję rynkową, m.in. dzięki wprowadzeniu nagrań elektrycznych pod marką Syrena-Electro. Działalność zakończyła się w 1939 roku, po zamknięciu wytwórni przez Niemców. Dominik Strycharski i Ania Karpowicz — oboje poruszający się swobodnie po wielu światach muzycznych — sięgają po nagrania z jej archiwów, tworząc swoisty wehikuł czasu. Głosy kantorów synagogalnych, fragmenty popularnych piosenek oraz przetworzone nagrania orkiestry Szmula Weinberga łączą z brzmieniem fletów, różniących się zarówno barwą, jak i technikami wykonawczymi. Efektem jest duchologiczna podróż w czasie, poddana współczesnej interpretacji — łącząca improwizację z echem przeszłości w duchu Basinskiego, Jecka czy The Caretaker. Przeszłość nie jest tu idealizowana, lecz ukazana jako dźwiękowy powidok, na który dwójka artystów rzuca nowe światło, nadając archiwalnym nagraniom nowe życie poprzez improwizację, eksperyment i zabawę formą.
RÓŻNI WYKONAWCY — DIGGING CENTRAL ASIA: MUSICAL ARCHAEOLOGY ALONG THE SILK ROAD (Death Is Not The End)
Lubię nazwę tego brytyjskiego labelu — świetnie oddaje ideologię, która mu przyświeca, a której celem jest przechowywanie pamięci. Wytwórnia nie ogranicza się ani gatunkowo, ani geograficznie: w katalogu znajdziemy zarówno nagrania fado, dark wave z Polski, nową falę jugosłowiańską, jak i punk z Kolumbii. Muzyka powstała na trasie dawnego Szlaku Jedwabnego w Azji Środkowej ukazała się już w ubiegłym roku jako mixtape, a teraz trafia do obiegu jako pełnoprawny winyl. Album pokazuje niezwykłe bogactwo lokalnych scen muzycznych, ale też kreatywne wykorzystywanie elementów ludowych w tworzeniu muzyki nowej, współczesnej dla swoich czasów. Popowe piosenki Nasiba Abdullaeva opierają się na melodiach zakorzenionych w tradycji uzbeckiej, Sintez reinterpretują ludowość przez pryzmat jazzu i rocka, a Koma Wetan łączą folklor kurdyjski z psychodelicznym rockiem. Jest w tej muzyce nostalgia, ale przede wszystkim wyjątkowa wrażliwość na to, jak inspirujący potrafi być lokalny folklor i jak naturalne było jego wykorzystywanie w studiach republik sowieckich — od końca lat 70. aż po upadek ZSRR.
