Jak pokonałem sztuczną inteligencję i 30 najlepszych albumów roku.
Nie da się zacząć podsumowania tego roku inaczej niż od książki Liz Pelly „Mood Machine: The Rise of Spotify and the Costs of the Perfect Playlist”. Wydaje się, że to właśnie ona zdefiniowała sposób, w jaki w tym roku mówi się o streamingu i o AI, które w algorytmach podrzuca nam czasem muzykę zaprogramowaną przez koncerny, czasem stworzoną przez ghost artists, a czasem generowaną przez sztuczną inteligencję.
AI zdominowało drugą połowę roku. Skoro na Suno w kilka minut można stworzyć utwór, po co nam artyści? Jestem jednak spokojny – AI jako narzędzie jest przydatne, ale nie zastąpi sztuki. Wspaniałe rzeczy opowiada mi o nim Weston Olencki. Choć wielu da się na to nabrać. Więcej na ten temat napiszę już w lutym w Magazynie Pismo.
Z Liz Pelly udało mi się finalnie porozmawiać na początku grudnia po spotkaniu na Unsound (efekty wkrótce, też w Piśmie) i przez minione dwanaście miesięcy nie straciłem wiary w czynnik ludzki. Myślę o sytuacjach, w których maszyny nas nie zastąpią: Misha Panfilov polecił mi genialny estoński zespół Collage, Przemo z Sonar Records Store w Gdańsku winyl tria Uhlmann Johnson Wilkes, a właściciel sklepu Wave w Budapeszcie opowiadał mi historię malarza i muzyka Wahorna Andrása, założyciela węgierskiego zespołu A. E. Bizottság, którego z kolei poznałem dzięki Feliksowi Kubinowi.
W sklepie Materia Prima w Porto kupiłem album Chitarre Folk z 1974 roku autorstwa Bruno Battisti D’Amario tylko dlatego, że ktoś z ekipy sklepu napisał dwuzdaniowy opis muzyki – rekomendację (taką, jakie były kiedyś w sklepach). Zabrałem dwie bliskie mi osoby na duże koncerty do dwóch innych miast, a kilka tygodni później, w ciągu dwudziestu czterech godzin, obie poleciły mi Daniela Herskedala. Tuż po świętach wiele osób wspominało Hansa Falba, który w 1980 roku założył festiwal Konfrontationen w Nickelsdorfie (byłem tam w 2016 i 2017 roku) — to nieoceniona postać dla sceny improwizowanej i okołojazzowej, która zainicjowała masę wydarzeń i projektów.
Ledwo wyrobiłem się na koncerty na Rewire – na niektóre nie udaje mi się dotrzeć (żałuję Heinali & Andriana-Yaroslava Saienko, nadrobię!). Jeden z najbardziej niezwykłych, Lukasa Clerka, oglądałem z odległości metra, bo polecił mi go Raphael Rogiński. Pod koniec roku w Radiowej Dwójce rozmawialiśmy o tym, jak wiele wspaniałych zespołów poleca ten gitarzysta – o Milkweed, który w tym roku pojawia się w wielu podsumowaniach, dowiedziałem się od niego, podobnie jak o Merope (którego wokalistkę, Indrę Jurgelevičūtė, zaprosiliśmy na kolejny sezon koncertów w Samo Południe w Palmie) oraz o Širom. Mam też swój mały sukces, kiedy kilkakrotnie namawiałem jednego redaktora, że warto opisać jedną z tegorocznych płyt. Bo bardzo mi zależało. W końcu się zgodził.
W pierwszej połowie roku rozmawiałem z Móglaí Bapem z Kneecap, o których po raz pierwszy opowiedział mi Ian Lynch z Lankum na festiwalu Supersonic w Birmingham. Znów tam pojechałem — na to wydarzenie chodzę sam, ale czuję się tam jak u siebie. Jest wiele zespołów, które chciałem zobaczyć, ale największe wrażenie zrobi na mnie Funeral Folk — zespół, na który pewnie bym nie trafił, gdyby nie kuratorki tej imprezy. Tak samo jak nie słuchałbym na drewnianej podłodze rezonujących basów gitary Petara Petkova na festiwalu Luksfery ani, kilka godzin wcześniej, niezwykłego performansu Ferdinanda Schwarza. Na Unsound przed koncertami leciała bardzo dziwna playlista – dziwna, bo nieoczywista. Jak się okazało, stworzył ją Grzegorz Kwiecień, bohater mojego tekstu o Końskich. Łeb jak sklep, lepszy niż wszystko algorytmy świata. Tu jej posłuchacie. A skoro mowa o miastach mowa to tym razem daleko poza „centrum” pojechałem Wołowa, gdzie słuchałem niesamowitych historii ludzi stamtąd.
Nie zachwyciłbym się powrotem zespołu Ścianka w orkiestralnej odsłonie, gdyby na Inside Seaside nie zaprosił ich Arek Stolarski. A wspomnianej Indre Jurgelevičūtė – gdyby Natalia i Marta z Palmy nie zobaczyły jej na Le Guess Who?
Kilka dni przed końcem roku w klubie Czudner na Dolnym Mieście rozmawialiśmy z Zofią z Alfah Femmes o muzycznej społeczności Trójmiasta. O tym, że ludzie chodzą nawzajem na swoje koncerty, że się wspierają i że – pomimo często malkontenckich komentarzy, dzieje się bardzo dużo. Że jesteśmy w tym razem. „Jesteśmy razem” – powiedziała mi też Marta Forsberg, kiedy rozmawialiśmy przed jej koncertem w Fundacji Palma. Niech to będzie podsumowanie minionych miesięcy.
TOP 30 – 2025
SAM AMIDON – Salt River (River Lea)
Sam Amidon znów zagląda do folku, tym razem z Samem Gendelem i Philippe’em Melansonem. Od akustycznych ballad po subtelną elektronikę; Appalachy spotykają tu Lou Reeda i Ornette’a Colemana. Płyta liryczna, piękna i zaskakująco szeroka brzmieniowo.
CAROLINE – caroline 2 (Rough Trade) recenzja
„caroline 2” pokazuje, czym dziś może być post-rock: emocjonalne mini-symfonie, w których piosenka miesza się z improwizacją, wokalizy z glitchem/autotune’em, ściany dźwięku z dęciakami i dronem wiolonczeli. Spontaniczne, ale dojrzałe granie, które odświeża gitarowy etos.
BRÌGHDE CHAIMBEUL – Sunwise (Glitterbeat) recenzja
Chaimbeul przenosi szkockie dudy w mrok minimalizmu i trans dronów. Sunwise jest ciężkie, hipnotyczne, pełne napięcia: mikroprzesunięcia niosą wielką dramaturgię, a tradycyjne motywy zyskują noise’ową, niemal doomową powagę. Folk jako zaklinanie i eksperyment.
CHICAGO UNDERGROUND DUO – Hyperglyph (International Anthem) recenzja
Mazurek i Taylor przypominają, że duet potrafi brzmieć jak cały zespół. Hyperglyph krąży między post-jazzem, elektroniką i pulsacją inspirowaną Nigerią, Mali i Ghaną. Raz liryczny dialog trąbki z kalimbą, raz pęd i energia. Świeże, kreatywne poszerzanie „jazzu”.
THE DWARFS OF EAST AGUOZA – Sasquatch Landslide (Constellation) recenzja
Trio urodzone w Kairze (Louca/Bishop/Shalabi) kondensuje improwizację w bardziej zwartej i krótszej formie, nie tracąc przy tym swojej otwartości. Pętle, nieoczekiwane zwroty akcji i transowe rytmy spotykają się z teksturami przypominającymi zepsute taśmy, gitarami i saksofonem. Żartobliwa nazwa kontrastuje z poważnymi eksperymentami: psychodelicznymi, powiązanymi z miejscem, ale jednocześnie nie dającymi się umiejscowić.
MARTA FORSBERG – Archaeology of Intimacy (Warm Winters) recenzja
Forsberg (Sztokholm/Berlin, mikrotony) pisze muzykę o pamięci i trwaniu, wymagającą uważnego słuchania. Minimalistyczne suity i elektroniczne „płótna” prowadzą do bardziej „piosenkowej” odsłony: powtarzane akordy, szeptane/śpiewane frazy i delikatna elektronika budują tytułową intymność.
ALEX FREIHEIT & ALEKSANDRA SŁYŻ – GHSTING (Mapple Death) recenzja
Duet z pozoru nieoczywisty: Freiheit (Siksa) i Słyż (drony, syntezatory) tworzą thrillerową opowieść. Elektroniczne struktury z dęciakami i perkusjonaliami budują atmosferę jak z „Lśnienia”. Narracja o hotelu i podglądaniu narasta powoli, bez fajerwerków — z mrokiem i napięciem do końca.
GEESE – Getting Killed (PIAS) recenzja
Te gęsi mają własny język: art-rock i post-punk są tu tylko punktami orientacyjnymi. Zaczepna brawura, gitarowa frywolność i kompozycyjne „puszczanie oka” idą w parze z tekstami o absurdach codzienności. „100 horses” to wzorcowy przykład ich wymykania się schematom.
GINGER WIZZARD – Curious Flora & Fauna of the Ancient World (Crypt of the Wizard/Tharn)
Czy to muzyka żywcem wyciągnięta ze Śródziemia czy prorockowych nor? Ginger Wizzard już kolejną płytą udowadniają swoją smykałkę do baśniowych kompozycji łączących art i prog rocka, bujnej dramaturgii, mistycznej atmosfery – a wszystko to podane z lekkością, wirtuozerią i świeżością.
GREGORY UHLMANN, JOSH JOHNSON, SAM WILKES – Uhlmann Johnson Wilkes (International Anthem)
Efekt spontanicznej sesji i dowód, że delikatność może mieć ciężar. Muzyka drży pod powierzchnią: minimalistyczna, post-jazzowa, z ambientowymi plamami, lekką linią basu i punktowymi zmianami barwy saksofonu czy gitary. Zamiast ekstatyki — czujne nasłuchiwanie i liryczna opowieść.
GYM WISDOM – Gym Wisdom (Sonar) recenzja
Na takie gitarowe granie warto było czekać. Tym, czym Geese jest za Atlantykiem, Gym Wisdom jest nad Wisłą. Nerwowe solówki, połamana perkusja, rytmika jak ćwiczenia na siłowni: regularna i skoncentrowana. A do tego entourage treningowy, który scala tę zwiewną muzykę na styku Slint/Helmet w oryginalnej odsłonie.
CERYS HAFANA – Angel (Glitterbeat) recenzja
Hafana ożywia tradycję walijskiej harfy potrójnej, poszerzając jej paletę o aranżacje zespołowe, motywy fortepianowe, saksofon, bas i perkusję. Album rozwija się niczym współczesna opowieść ludowa – starożytne melodie przekształcone w transowe, minimalistyczne sceny, równoważące rytualną intymność i energię zespołu. Przeszłość odbija się echem w teraźniejszości, ale z nową magią i impetem.
HEINALI & ANDRIANA-YAROSLAVA SAIENKO – Гільдеґарда (Unsound) recenzja
Odważna reinterpretacja Hildegardy z Bingen: syntezatorowe drony spotykają się z ukraińską tradycją wokalną Saienko. Dwa długie utwory rozwijają się powoli, napędzane duchowym napięciem i poczuciem pamięci/oporu ukształtowanym przez dzisiejszą Ukrainę. Nagrane w kaplicy pełnej pogłosu, są one mniej kontemplacją, a bardziej wezwaniem do przebudzenia – starożytne formy, aktualne teraz.
HINODE TAPES & HIROKI CHIBA – ITA (Instant Classic) recenzja
Hinode Tapes łatwo zaszufladkować jako ambient-jazz, ale na ITA są na skraju gatunków: senne pejzaże, oszczędny saksofon, talerze i quasi-marimbowe perkusjonalia, gitara jako tło. Kontrabas Hirokiego Chiby dodaje barwy i subtelnego „podparcia”. Niby mało się dzieje, a wciąga warstwami.
RICHARD HRONSKY – Pohreb (Mappa) recenzja
Ambient, nagrania terenowe, loopy i postrzępione brzmienie instrumenty dętego fujara brzmią jak zniszczone przez czas relikty. Pohreb („Pogrzeb”) nie jest konwencjonalną żałobą, ale prywatnym rytuałem: odgłosy wsi, szeptane modlitwy, buczenie i rozproszone dźwięki gitary odbudowują więź ze światem po stracie. Muzyka wraca jak echo w górach – wielowarstwowo, zmieniające się, ulotnie.
DOMINIK KISIEL QUARTET – Pulse of Awareness (Vibrant)
Widziałem ten skład w Lawendowej i od pierwszych dźwięków przyciągnął mnie tym jak to niezwykłe instrumentarium – pianino, saksofon, kontrabas, flet – gra z ciszą, trwaniem, jak buduje napięcie. Efektem jest wyjątkowy, impresjonistyczny i ulotny nastrój, na styku medytacji, jazzu, kameralistyki i folku.
ELISABETH KLINCK – Chronotopia (Hollow Ground) recenzja
Mistrzowska lekcja spokojnej intensywności: minimalistyczne utwory skrzypcowe rozwijają się powoli, często balansując na granicy ciszy. Pojawiają się formy przypominające pieśni, czasem z abstrakcyjnymi śladami wokalu, ale wszystko pozostaje delikatne i powściągliwe. Słuchając jej na żywo, można dostrzec jej niechęć do łatwych crescendo – muzyka oddycha wraz z pomieszczeniem, delikatnie i stopniowo.
OLGA ANNA MARKOWSKA – ISKRA (Miasmah) recenzja
Za oręż ma wiolonczelę, cytrę i syntezator, a wśród tych instrumentów poczujemy mrok, funeralny nastrój i skłonność do autorefleksji. Olga Markowska buduje swój świat, a jej debiut w Miasmah przypomina, że znad Bałtyku płynie muzyka zadumy i powagi.
MARCIN MASECKI – Boleros Y Masecki (Toinen) wywiad
Masecki jak zwykle bez granic: klasyka, jazz, eksperyment i piosenka, tym razem mocno w idiomach Ameryki Łacińskiej. Po Boleros y más nadchodzi kolejna odsłona – bardziej świadome łączenie bolera, walców, choro i tanga, z coraz śmielszym śpiewem i charakterystycznym nerwem aranżera.
MILKWEED – Remscéla (Broadside Hacks) recenzja
Milkweed proponują lo-fi „znaleziska” z irlandzkiego mitu: krótkie, poszatkowane formy, banjo, prymitywne bity, szumy i trzaski jak z wciąganej kasety. Głos jak zaklęcie, teksty pocięte i przetworzone. Remscéla jest zwarte, gęste i nieperfekcyjne — jak współczesny folk-duch, słuchany przez zakłócone radio.
ABDULLAH MINIAWY – Peacock Dreams (PPL Songs / Aghani El Khalq) recenzja
Miniawy w intymnej, a zarazem radykalnej formule: głos + dwa puzony (Khoury/Boittin). Modlitewna recytacja, suficka duchowość i pamięć spotykają ceremonialne harmonie, miejskie zgrzyty i repetycje budujące napięcie. Odsłuch jak rytuał — minimalnymi środkami osiąga maksymalną intensywność.
OMASTA – Jazz Report From the Hood (Astigmatic) recenzja
Jazzowy album jesieni: osiedlowy luz, zaczepny groove i świetne aranże. Omasta bez kompleksów miesza wpływy i gra „partnersko” — miejsko, spod trzepaka, ale z ambicją. Hip-hopowa energia, kapitalne solówki (flet w „Burnerze”!) i kolektywne zgranie robią z tego jazz uliczny, nie mentorski.
MISHA PANFILOV – To Blue From Grey in May (Ultraääni)
In addition to his acclaimed solo work, he is known for projects such as the Estrada Orchestra, Center El Muusa, and the Misha Panfilov Sound Combo. At the end of 2021, he formed his new group — a septet of close friends and collaborators with whom he has since recorded several albums and translated his repertoire into a live experience.
JULEK PLOSKI – Give-up channel (Mappa) recenzja
Ploski buduje muzykę dla świata FOMO: barok miesza z gamingiem, field recordingami, klubem i post-klasyką. To konglomerat chaosu oglądanego w zwolnionym tempie — pełen detali, dziwnych zestawień i teatralnej dramaturgii. Bywa przytłaczające, ale odwdzięcza się kolorowym, emocjonalnym obrazem rzeczywistości.
HANIA RANI – Non-Fiction. Piano Concerto In Four Movements (Universal) recenzja
Rani pisze najbardziej ambitne dzieło: 45-osobowa orkiestra + improwizatorzy (Jacek Wyllie, Valentina Magaletti). Inspiracją jest m.in. Joasima Feldush z getta warszawskiego i obserwacja współczesnych konfliktów. Efekt: mroczna, wielowarstwowa suita — od obezwładniających smyczków po tlące kotły i wstęgi saksofonu.
RATTLE – Encircle (Upset the Rhythm)
Rattle to zespół wyjątkowy. Bo duet perkusyjny. Bo śpiewa, bo śpiewa polifonicznie, bo tworzy formy piosenkowe, które jednocześnie piosenkami nie są. Po raz kolejny jestem pod wrażeniem, jak tworzą hipnotyzujące, transowe utwory, łączą minimalistyczne rytmy z powtarzalnymi frazami, brzmiącymi jak zaklęcia, treściwe krótkie historie.
ROSALÍA – LUX (Sony Music) recenzja
Rosalia gra na nosie współczesnej scenie popowej, pokazując, że w mainstreamie można stworzyć monumentalne dzieło, rozbudowane stylistycznie i szerokie gatunkowo, głęboko zakorzenione w tradycjach i historiach tekstowych, a ponadto działające przede wszystkim jako całościowy koncept album, co w dobie playlist ma kolosalne znaczenie.
SOPRATERRA – Seven Dances To Embrace The Hollow (Präsens Editionen)
Duet Magdy Drozd i Nicola Genovese tworzy „rytuał-artefakt”: saksofonowe pulsacje à la Stetson, powidoki elektroniki, echa Korzyńskiego i filmowej grozy. Jest tu i ambientowa delikatność, i dronowy mrok, a kompozycje działają jak parateatralne słuchowisko — z detalami, pokrzykiwaniami i zapętleniami budującymi dziwną dramaturgię.
SYNDROM SAMAZVANCA – Mahajba (self-released) recenzja
The band shifts from psych-garage toward krautrock: long, driving tracks with Can-like constants, catchy riffs and spacey stretches. What stands out is the link to Belarusian heritage—after revisiting 90s rock on Radyjo Niamiha (2023), they now draw from folk songs, turning field work, ballads and history into a psychedelic, contemporary lens.
MAREK STYCZYŃSKI & ANNA MACHER – Barycz (Infinite Expanse) recenzja
Nacher i Styczyński (Magic Carpathians Project) łączą jazzowe innowacje z etnicznymi inspiracjami, ambientem i nagraniami środowiskowymi. Album osadzony w Dolinie Baryczy zawiera rejestracje 35 gatunków zwierząt i partie instrumentów akustycznych. To senne, lekko ambientowe obrazy natury z cieniem ekologicznej historii regionu.
