Po wojnie w sali YMCA kwitło życie sportowe, zainicjowane przez młode pokolenie. Teraz sala ożyła na nowo za sprawą muzyki i jednego z najoryginalniejszych wydarzeń muzycznych w Polsce.
Stefan Koziński i Bohdan Damięcki są już rozpoznawalnymi postaciami w warszawskim środowisku architektów, zanim trafiają nad morze. Ich dorobek to budynki użyteczności publicznej — biblioteki, szkoły i hale sportowe. Obaj wyrastają z tradycji przedwojennego modernizmu i wierzą, że przestrzeń powinna być funkcjonalna, otwarta i służyć społeczności.
Po wojnie Gdynia czeka na symbol nowoczesności. Już w latach trzydziestych Polska YMCA kupuje działkę w centrum miasta, planując budowę domu młodzieży, lecz plany przerywa wojna. Po 1945 roku miasto potrzebuje gmachu, który wyznacza nowy kierunek — tak jak port i nabrzeża wyznaczają jego gospodarczy rytm. Koziński i Damięcki proponują prostą, modernistyczną bryłę: wysoki korpus z salami i biurami od strony ul. Derdowskiego oraz niższą halę sportową od strony Żeromskiego. Opływowe narożniki, okrągłe okna — bulaje, luksfery i nietuzinkowe detale nadają mu ekspresyjny, awangardowy charakter.
Budowa trwa od 1948 do 1951 roku. Wsparcie YMCA z USA i Kanady okazuje się bezcenne. Kiedy budynek staje, mieszkańcy Gdyni patrzą na niego z podziwem. Jedni mówią o „statku zacumowanym przy Żeromskiego”, inni półżartem nazywają go „UFO”. Dla młodych staje się przede wszystkim nowym domem — przestrzenią, w której ćwiczą, tańczą, uczą się języków, czytają książki i dorastają.
Korytarze są jasne, przestronne, a ściany niemal pozbawione dekoracji. To, co ozdabia budynek, to światło. Luksfery — sprowadzone częściowo z hut szkła na Śląsku, częściowo dzięki darczyńcom zagranicznym — rozpraszają światło w miękką, mleczną poświatę. W salach dydaktycznych i bibliotekach tworzą atmosferę skupienia, a w hali sportowej — wrażenie otwartości i świeżości. Cegła kontrastuje z gładkimi tynkami, a stalowe poręcze schodów nadają lekkości. Wszystko jest podporządkowane idei: architektura ma być tłem dla aktywności młodych ludzi, a nie jej ciężarem.

Najbardziej niezwykłym miejscem gmachu jest hala wystawowo-sportowa. Na podłodze jest starannie ułożony parkiet z dębowych desek. Niesie akustykę przestrzeni — stukot piłki odbija się rytmicznym echem od ścian, a odgłos kroków miesza się z okrzykami młodzieży. Ciepły kolor drewna, z którego jest stworzony parkiet kontrastuje z chłodną cegłą i szkłem luksferów.
W latach 70. budynek tętni życiem. Jedną z osób, które odwiedzają to miejsce jest Mirek Studniak – przychodzi tu na modelarnię lotniczą. W tamtych latach w Gdyni nie ma wielu miejsc kultury — tutaj odbywa się wszystko. Z czasem budynek podupada. Cenne drewniane i metalowe detale pokrywają kolejne warstwy olejnej farby, elewacje szpecą graffiti, a w środku zachodzą przeróbki, często bez uwzględnienia pierwotnego kontekstu architektonicznego.
W 2015 roku budynek zostaje wpisany do wojewódzkiego rejestru zabytków. Ratuje go Studniak, który dokonuje renowacji wnętrz. Wydobywa spod warstw farby dębowy parkiet, stopniowo przemalowuje żółte ściany na jasny popiel, przywraca strop z oryginalnych futryn i sufit ze starych drabinek sali gimnastycznej. Jednocześnie pozostawia fragmenty zmian z lat 90., zachowując ślady historii i czasu. W 2023 roku odbywa się tu koncert zespołu Koty bez Oczu, Psy bez Nóg. Jego twórcy wiedzą, że to nie ostatni raz, kiedy pojawi się tu muzyka. Rok później organizują festiwal, który w nazwie ma inspirację miejscem: Luksfery.


Nie załapałem się na pierwszą edycję festiwalu w 2024, teraz jestem na każdym koncercie. Myślę o tym parkieciem, kiedy gra Petar Petkov. Tworzy drone music, na tle kosza w sali YMCA generuje przeciągłe, niemalże zapętlone niskie pasma na gitarze elektrycznej. Ciągną się w nieskończoność. W pewnym momencie sięga po smyczek, którym delikatnie i swobodnie przeciąga po strunach. Muzyka się wzmaga, rezonuje. Wśród publiczności na rozłożonym dywanie leżę na podłodze – czuję jak basowy dźwięk rozchodzi się od podłogi. Muzyka Petkova jest jednostajna, a jednocześnie nieskończona. Nie wiem, ile trwa, bo im bardziej się w nią wciągam, czas się wydłuża. Koncert zdaje się trwać w nieskończoność.
Inny moment, kiedy sala objawia swoją właściwość to koncerto-performance Ferdinanda Schwarza. Przychodze na niego trochę spóźniony, jest jeszcze jasno. Zachodzące światło odbija się jasnych ścian budynku Laboratorium Innowacji Społecznych po drugiej stronie ulicy i zamglone przeziera się do sali przez luksfery. Schwarz wykonuje prosty, ale sugestywny zabieg: na melodykach ustawionych na statywach na wysokości oczu gra jeden, maksymalnie dwa dźwięki. Zakleja taśmą klawisze na jednym instrumencie, po czym robi tak na kolejnych. Jest ich sześć, łącznie tworzą polifoniczny, kwaśny dron. Jest ubrany na biało, co jakiś czas sugeruje publiczności, żeby osłaniać i zasłaniać uszy – wtedy słyszymy co innego. Uczestniczymy w niezwykłej muzycznej mszy, która idealnie sprawdza się w środku dnia w jeden z niewielu ciepłych sierpniowych dni nad morzem. To też trwa w nieskończoność, brzęczy mi w uchu.

W sobotę i niedzielę prawie wszystkie koncerty odbywają się w budynku YMCA, ale jest jeszcze piątek, który serwuje wycieczkę przez miasto po różnych lokalizacjach.
Ryszard Jezierski, na co dzień pianista, w przytulnej kawiarni Kosmos gra zapętlone rytmiczne melodie, niekończące się loopy, z czasem zarysowanym bitem; kawiarnia staje się dźwiękową szkatułką. Laura Kowalczyk tworzy performance, który ma w sobie coś z koncertu – pisze tekst, jest podłączona do czujników, które na bazie tego co robi, wydają dźwięk. Wygląda jak wykładowczyni w jasnej sali Traffic Design, a jej występ jest bardzo wciągający. W tym samym miejscu Olgierd Dokalski gra później na trąbce, podbitej elektroniką – brzmi to ciekawie, ale w jego przypadku niekoniecznie sprawdza się środek dnia, a dramaturgię rozbijają opowieści po każdym utworze. W mrocznym Domu Burmistrza gra B3-33 – solowa odsłona Bartosza Boro Borowskiego znanego m.in. z 1926, Why Bother? czy Lonker See. Zapętlone melodie na gitarę i efekty, wspomagane perkusjonaliami mają w sobie ulotny, pociągający nastrój. Widzę go solo kolejny raz i słychać, że jego język się krystalizuje, brzmi to pewniej i bardziej spójnie.
Tymon Kolubiński i Krzysztof Hadrych grają w kościele pw. Św. Antoniego koncert na elektryczne harmonium i gitarę elektryczną. Czasem punktują na instrumentach minimalistycznie, czasem gitarowe riffy brzmią metalowo – dźwięk wspaniale niesie się po przestrzeni kościoła. W pewnym momencie tego natężenia jest jednak zbyt wiele – koncert trwa zbyt długo, moment, w którym obaj siadają za harmoniami mógłby być świetnym finałem; tymczasem wszystko traci rezon i napięcie.




O tym, jak grać z czasem wie Ryosuke Kayasu – Japończyk, który gra na werblu. Nie ma statywu, stawia go na stole, jakby żywcem wyciągniętym z jakiejś sali lekcyjnej. Gra na nim miotełkami, pałeczkami, mikrofon kładzie to na stoliku to na werblu, potem na podłodze. Gra najpierw spokojnie, potem spazmatycznie, przewraca stolik, werbel rzuca na podłogę, krzyczy, kładzie się na nim. Osobliwy i intensywny performance muzyczny, który wywraca do góry nogami to jak można postrzegać grę solo na werblu. Pełen napięcia koncert kończy się po 20 minutach, jest na tyle intensywny, że więcej nie trzeba.
Isabell Gustafsson-Ny gra najbardziej, chciałoby się powiedzieć, klasyczny koncert: na pianino i skrzypce. „Mało nowy jak na festiwal muzyki nowej” mówi ktoś w kolejce do toalety. Faktycznie, na tle wielu innych występów jej występ jest raczej przerwą, czasem na zebranie myśli, poprzedzony nie do końca potrzebną medytacją. Kristia Michael ciekawie wykorzystuje głos, chociaż znów na dłuższą metę ta formuła się nie sprawdza, a dramaturgia nuży.
Poza Petkovem gitary pojawiają się jeszcze dwukrotnie – raz gra na niej Martyna Basta, która zagrała koncert poprawny, ale w niezbyt porywającej odsłonie. Rosa Vertov dla odmiany są najbardziej kontrastującym składem w sali – ich shoegaze’owe piosenki przypominają koncerty szkolnych zespołów na salach gimnastycznych, ale jednocześnie mają w sobie coś, co przy wyjątkowym oświetleniu tworzy klimat niemal filmowy.


Jest kilka koncertów, które dzieją się na środku sali. Nowy materiał prezentuje Emiter – jego set bazuje na elektromagnetyczności miasta: wszystkim tym co w nim buczy i rzęzi, urządzeniach, które budują współczesny soundscape. Muzyk łączy je w spójny dramaturgicznie spektakl, napięcie narasta, w pewnym momencie pojawia się bit i… tekst. Kiedyś Emiter śpiewał „1000 wiadomości” teraz poetycko stara się wpleść w muzykę historię o dźwiękosferze metropolii. Nie przekonuje mnie to do końca.
Po nim przenosimy się do Desdemony, gdzie – podobnie jak Rosa Vertov, skrajnie odmienny stylistycznie koncert gra Una Mist, utrzymany w duchu islandzkiej piosenki elektroniczno avant-opowej. Przypomina się Sóley, múm, ale Mist gra na własnym syntezatorze-muszli; robi to z dozą nieśmiałości, ale bezpretensjonalnie, porywa publiczność do tańca.
Na środku sali koncert finałowy gra Weston Olencki i Dylan Kerr, dwójka która lawiruje między kulturami i obficie z nich czerpie, tworząc osobliwy własny język. Kerr – językowy, Olencki – multiinstrumentalny. Odnoszą się do folku, bawią się jego elektroniczną syntezą, wykorzystaniem nowych technologii. Na środku hali YMCA wykonują „with sharp bitter lines” – zestaw quasi-piosenek, które szukają punktów wspólnych między Irlandią a Appalachami, ich ojczyznami.
Zaczyna się, kiedy Kerr z zaplecza śpiewa donośnym głosem. Później muzyka zostaje podbita elektroniką, strunowymi przekształceniami Olenckiego, które finalnie rezonują niczym gęste syntezatorowe wstęgi. Cały czas z głosem Kerr na pierwszym planie. W półmroku, najbardziej oszczędnie oświetlonym koncercie, co wzmacnia jego klimat, słuchamy w skupieniu ballad – utworów z tekstem i nieoczywistą warstwą muzyczną. Synteza smyczkowa, cymbały górskie są tu przemielone, zespolone z wokalem saute, ale też zniekształconym.
Ten finałowy koncert najlepiej podkreśla walory przestrzeni Luksferów, idealnie zamyka program, pokazując, że twórcy festiwalu trzymają rękę na pulsie w temacie tego, co dzieje się w muzyce eksperymentalnej. Łączą nazwiska zza granicy z polskimi i trójmiejskimi twórcami, a wszystko są w stanie przekuć w syntezyjne doświadczenie w modernistycznym budynku. Jak dla mnie to najlepszy nowy polski festiwal.
Festiwal organizuje grupa przyjaciół, których część studiuje reżyserię dźwięku w Hadze. Luksfery zwracają uwagę świeżym podejściem, osobliwą turystyką muzyczną, myśleniem o miejscu jako elemencie koncertu. Część z nich gra w zespole Koty bez Oczu, Psy bez Nóg. YMCA odżywa na nowo. Sala znów zakwitła działalnością młodych tak jak po wojnie – wtedy wprowadzali na salę sport, teraz muzykę.

