OFF Festival w Katowicach przyniósł mieszankę wielkich nazwisk i odkryć – od żywiołowego Kneecap i futurystycznych Kraftwerk po intymne koncerty w namiocie jazzowym. Choć doskwierały problemy organizacyjne, festiwal potrafi zaskoczyć wyjątkowymi momentami i po wielu latach programowo zmierza w lepszym kierunków.

Wszyscy w pociągu mówią o OFF-ie. Układają line-up, zastanawiają się, czy największym wydarzeniem będzie Fontaines D.C., ktoś cieszy się, że jedzie na festiwal pierwszy raz, ktoś inny rzuca nazwę Os Mutantes, twierdząc, że to włoski zespół. Szybko pada sprostowanie – nie z Włoch, tylko z Brazylii, i to działający już od lat 70.

Do tym razem nie tak upalnych Katowic wjeżdżam po niemal dekadzie przerwy – wcześniej bywałem tam regularnie co roku. Pamiętam jeszcze Mysłowice – scenę leśną, która naprawdę znajdowała się w lesie, trudny dojazd do Katowic i powroty późną nocą pociągami PKP. Przez te lata wiele się zmieniło – i w samej imprezie, i w moim sposobie chodzenia na koncerty. Wtedy nocowaliśmy w obskurnych katowickich kamienicach – tego akurat czas nie zmienił.

Pandemiczne edycje OFF-a i ostatnie lata coraz bardziej rozmijały się z moimi oczekiwaniami. Pojedyncze nazwy może i przykuwały uwagę, ale trudno było szukać artystów o międzynarodowej sile rażenia, takich jak Tune-Yards czy Shining w 2010, Konono No 1 w 2011, Shangaan Electro w 2012, Oneida w 2011 czy Nisennenmondai w 2014. To był czas, gdy przerzuciłem się na festiwale indoorowe – Le Guess Who?, Rewire, Supersonic. Bo tam różnorodny program miał spójną całość i był naprawdę poszukujący. OFF jakby się wtedy pogubił.

W tym roku program może nie był „mój”, ale z pewnością był intrygujący. Przyciągał dużymi nazwami: Kneecap, Kraftwerk, James Blake. Nie ukrywam – najbardziej czekałem na tych pierwszych. Kneecap to zespół, który swoją prostotą i intensywnością porywa tłumy. Imprezowy rap, zaangażowany i szczery. Ze sceny natychmiast zyskali sympatię publiczności, skomentowali sytuację z niewpuszczeniem ich na Węgry, cieszyli się, że ich obecność w Polsce rezonuje. Gwiazda numer jeden festiwalu, a jednocześnie skład bezpretensjonalny, który nie gwiazdorzy wcale.

Jamesa Blake’a pamiętam jeszcze sprzed dekady z Primavery. Wydawał mi się raczej mdły, więc nie oczekiwałem niczego szczególnego. Trafiłem na jego koncert w połowie i spotkało mnie zaskoczenie – zwłaszcza, że oparł set na wczesnym materiale: taneczne „Voyeur”, kwaśne „Retrograde” czy „The Wilhelm Scream” miały niespodziewaną moc.

Kraftwerk zagrali jak nikt inny – totalnie futurystycznie, choć materiał powstał dekady temu. Czy to się sprawdza na festiwalu? Mam wątpliwości. Ich koncert widziałem kiedyś w Dolinie Charlotty i wtedy bronił się lepiej – Kraftwerk tworzą własny, zamknięty świat, w którym obraz i dźwięk działają na równi. To doświadczenie, do którego trzeba się przestawić. Ich ponadczasowa opowieść o technologii i komunikacji wciąż robi wrażenie, ale wymaga odpowiedniego kontekstu. Lambrini Girls zagrały zadziornie i świeżo, choć momentami za dużo było w ich występie pouczania ze sceny.

Z tradycji zajrzałem na scenę eksperymentalną – od zawsze moją ulubioną. Os Mutantes zawiedli – odgrzewany materiał sprzed lat, zagrany międzynarodowo, ale nijako. Mong Tong niestety nie zagrali zwięźle, krążyli bez celu. Pozytywnie zaskoczyli za to Envy – gitarowy jazgot, ściana dźwięku – oraz Hypnosis Therapy, którzy zamykając drugi dzień, rozkręcili świetną imprezę.

Z Os Mutantes uciekłem na Nilüfer Yanya i żałuję, że nie byłem od początku. Hipnotyzujący, liryczny, wciągający koncert na scenie Leśnej był jedynym, który tak mocno przykuł moją uwagę. Czuję się trochę jak weteran używając tej nazwy, ale okazało się, że nie jestem jedyny, kto woli tradycyjne określenie zamiast bankowego brandingu.

Na scenie Blik znakomicie wypadła Ania Grrr i Paszka – koncert performatywny, pulsujący, angażujący publiczność, łączący piosenkowość z poszarpaną elektroniką. Scena Trójki, jak zwykle, była za daleko – ciężko się tam dostać, a gdy robiło się tłoczno, wejście graniczyło z cudem. Liczyłem na Have a Nice Life – brzmieli ciekawie, ale za cicho, nawet stojąc blisko sceny. Potężne brzmienie, które miało wgniatać w ziemię, rozmyło się w dźwięku.

A skoro już mowa o dostępności – scena Blik była tłumaczona na język migowy, ale poza tym logistyka zawiodła. Festiwal niby dostępny, a rampa dla osób z niepełnosprawnościami tylko przy scenie głównej. W kaloszach ciężko było się poruszać po błocie na scenie Eksperymentalnej czy Trójce – a co dopiero na wózku. Stojąc w kilkusetmetrowych kolejkach, nie mogłem zrozumieć, jak po tylu edycjach wciąż nie udało się tego sensownie rozwiązać. Wystarczyłoby wysłać wolontariuszy, którzy poszeregowaliby ludzi na bilety jednodniowe i karnety. Sytuacja katastrofalnie powtórzyła się trzeciego dnia.

Toi-toie były w kiepskim stanie – a na wielu innych festiwalach plenerowych standard jest wyższy. Kolejki blokowały główne przejście między scenami, kolejka do wody ciągnęła się bez końca. OFF kojarzy się z upałami, ale wieczorami było chłodno, a jeden punkt z kawą i herbatą na cały teren to skandal. Najgorsze, że wiele z tych mankamentów pamiętam jeszcze sprzed dekady.

Na koniec jednak plusy – scena Off’n’Jazz. Omasta zagrała świetny koncert, pokazując pulsujące, miejskie spojrzenie na jazz, a przy okazji rozbroiła formalny układ sali przypominającej warszawskie Jassmine: poprosiła publiczność, by wstała i odstawiła krzesła na bok. Bo młodego jazzu nie słucha się na siedząco. Lumbago poszerzyło definicję jazzu tak daleko, że momentami przypominało to gęsty elektroniczny set: rozbuzowany bas, połamana perkusja, ściany dźwięku, atmosfera rodem z „Czasu Apokalipsy”. Nawet stroje muzyków budowały to poczucie ciężkiej, smolistej podróży.

Świetnie wypadł także Raphael Rogiński – wyciszona muzyka inspirowana Coltrane’em, której gitarowe rzężenie wchodziło w dialog z koncertem Fontaines D.C. Oba światy nakładały się na siebie – czasem przeszkadzały, czasem uzupełniały. Rogiński zabrał nas w podróż intymną, bezpretensjonalną. Mogłem sobie na to pozwolić, bo Fontaines – zespół zblazowany i mało porywczy – widziałem już dwa miesiące wcześniej w Porto.

Najciekawszy na jazzowej scenie był duet Deux Lynx – bas i perkusja, trochę w duchu Battles. Połamane rytmy, elektroniczne dodatki, sample – wszystko to układało się w liryczną podróż, pozwalając na moment wyrwać się z rzeczywistości. Między błotem, deszczem a kolejkami do piwa ich muzyka zabrzmiała wyjątkowo mocno, szczególnie w momencie, gdy zagrali skupiony, cichy utwór „Stubiegunowa” z wsamplowanym wokalem Natalii Grosiak. Wyjątkowy moment festiwalu.

Drugi taki moment zapamiętam z koncertu Alana Sparhawka. Widziałem go już w tym roku, więc wiedziałem, czego się spodziewać. Ciekawe było obserwować reakcje ludzi – jedni mówili o mocno elektronicznym secie, który opuścili w połowie, inni o spokojnym, w duchu Low, gdy przyszli później. I właśnie w tym tkwiło sedno – koncert był konceptualny. Pierwsza połowa opierała się na albumie White Roses, My God, nagranym rok po śmierci żony (z autotunem, bo artysta nie chciał słyszeć własnego głosu). Druga część bazowała na tegorocznym albumie – bliższym klasycznemu brzmieniu Low (z pomocą Trampled by Turtles).

To, w jak frywolny i luzacki sposób tańczył do elektronicznych bitów, przeżywając coś na kształt katarsis, było absolutnie wyjątkowe. I to, jak szybko zmienił nastrój, pokazując ludzki dualizm, tylko podkreślało szczerość. Może nie tak „stubiegunowy” jak u Deux Lynx, ale pokazujący wachlarz nastrojów jak w soczewce. I to dobrze oddało ducha tegorocznej edycji OFF-a.