Search and Hit Enter

Calm the Fire: Ludzie znudzili się mainstreamem

Wszelakiej maści sceny niezależne są coraz bardziej penetrowane przez ludzi, którzy znudzili się mainstreamem. Indie przestało ich kręcić i nagle poznali punk, hardcore, black metal i się tym po prostu zajarali. Wiesz, to trochę kryzys wieku średniego, trochę wynik poszukiwań, a trochę snobizm i zwykłe pozerstwo. No i wszyscy „prawdziwi, którzy byli tu od zawsze” nagle poczuli się zagrożeni w swojej elitarności – opowiada Krzysztof Paciorek z zespołu Calm the Fire, którzy właśnie wydają nową płytę „Doomed from the Start”. Premiera we wtorek, 8 września w Wydziale Remontowym.

Jakub Knera: Calm the Fire sukcesywnie oddala się od muzyki punk w kierunku metalu. Skąd to się wzięło i w czym upatrywałbyś takiego kierunku? Metal wydaje się być potężniejszy, bardziej agresywny, a może to czysty przypadek?

Krzysztof Paciorek: Nigdy nad tym się nie zastanawialiśmy. Może rzeczywiście jest bardziej metalowo, ale to głównie zasługa brzmienia, a nie samych kompozycji. Pewnie, jest trochę więcej metalowych riffów, ale jest też ciągle dużo punkowej prostoty, d-beatu i nerwu. Nie ma tu kalkulowania, które często czuję w metalowych zespołach. Nie jest to zarzut – bardziej uznanie. My po prostu lecimy przed siebie. Podsumowując, wychodzi chyba z tego niezła fuzja i gdzieś tam słychać nasz charakter.

Gracie krótkie utwory, wasza płyta ma niecałe 20 minut. Od początku zakładaliście taki model czy on jakoś ewoluował?  Zakładacie sobie jakieś ograniczenia czy po prostu dajecie się ponieść?

Nigdy nie dyskutowaliśmy na temat długości kawałków. My w ogóle mało rozmawiamy ze sobą (śmiech). Ale faktem jest, że zaczęliśmy robić krótsze utwory, co raczej wychodzi spontanicznie. Co więcej, zaczęliśmy nawet się odnajdywać w tych krótkich, ale bardzo intensywnych kompozycjach, które nazwałbym dawaniem upustu skumulowanych emocji. No, niekoniecznie dobrych (śmiech).

Metal, hardcore są coraz popularniejsze na festiwalach. Pierwsze z brzegu przykłady to Dillinger Escape Plan i Decapitated na tegorocznym Offie oraz Refused na Open’erze (chociaż nowej płyty tych ostatnich wolałbym nie komentować). Jak myślisz skąd bierze się ten trend?

Jak to w Polsce – wszystkie trendy dochodzą tu kilka lat później. Czasem śmiać mi się chce, jak czytam, że zaproszenie Swans czy Refused na Openera było czymś śmiałym. Powiedzmy wprost – nareszcie! Na największych europejskich festiwalach, już od dawna można oglądać cały przekrój zespołów sceny alternatywnej. Reading, Leeds, Pukkelpop, Glastonbury czy Primavera robią to nie od dziś. W zasadzie co roku jestem na tych festiwalach, z bardzo „małymi” zespołami – porównując je do headlinerów czy nawet kapel ze środka stawki, a które są „duże” na scenie niezależnej i wyprzedają kluby na 400-800 osób. Te kapele rzadko grają klubowe koncerty w Polsce i zrobienie małej sceny, która codziennie oferowałaby solidny skład gdzieś pomiędzy metalem, hardcore, pop punk czy emo, mogłoby być świetnym posunięciem. Z drugiej strony rozumiem też organizatorów, którzy kiedyś nakreślili profil imprezy i nie chcą aż tak od niego odchodzić i zapewne nie są aż tak biegli w tych dziedzinach muzycznych. OFF pod tym względem lepiej wygląda, ale też miewa nierówny lineup z kilkoma perełkami co roku. Wprowadzenie takiej muzyki na indie festiwal zawsze jest jakimś ryzykiem, ale nie aż tak wielkim, a mogłoby naprawdę super „zażreć”.

W mediach nie brakuje określeń typu „hipsterski metal”. Mi osobiście wydaje się ono puste, ale wizerunek przedstawicieli metali to już nie tylko kolesie umalowani jak muzycy Kiss albo Cradle of Filth, jak się utarło, ale tacy „zwykli chłopacy” jak chociażby Calm the Fire.

O, trafiłeś na mój ulubiony temat. Określenie „hipsterski” w odniesieniu do jakiejkolwiek muzyki jest, co najmniej idiotyczne. Bo tak właściwie co to znaczy hipsterski metal? Albo jak pytam kogoś o jakiś zespół i słyszę: a wiesz, taka hipstera… No właśnie, kurwa nie wiem! Wszelakiej maści sceny niezależne są coraz bardziej penetrowane przez ludzi, którzy znudzili się mainstreamem. Indie przestało ich kręcić i nagle poznali punk, hardcore, black metal i się tym po prostu zajarali. Wiesz, to trochę kryzys wieku średniego, trochę wynik poszukiwań, a trochę snobizm i zwykłe pozerstwo. No i wszyscy „prawdziwi, którzy byli tu od zawsze” nagle poczuli się zagrożeni w swojej elitarności. Nagle tunele w uszach nie są już zarezerwowane dla sceny hardcore, koszulkę Mayhem może nosić byle doktorant socjologii, o straight edge nawet dowiedzieli się nacjonaliści (to w sumie nie jest już nawet śmieszne), a z black metalem eksperymentują post-rockowcy (znienawidzony przez ludzi Deafheaven).

To co było niszowe, staje się coraz bardziej popularne.

No i u niektórych poczucie elitarności gdzieś ucieka, nie możesz być tym fajnym kolesiem w koszulce Swans. Zespół Furia, który stał się popularny poza blackmetalowym podziemiem, bo ich zajebista muzyka dotarła do ludzi ze sceny hardcore-punk czy post-metal, nagle otrzymuje łatkę zespołu „dla hipsterów”. Oczywiście pogardliwą. No i wśród słuchaczy nie ma podniety tym, że zespół jest zajebisty i odnosi sukces, ale jest smutek nad tym, że nie jestem już jedynym kucem, który lubi dziesięciocalówkę „Huta Laura”.

Czujesz koniunkturalizm?

Jasne, ale pozerzy zawsze zostaną zdemaskowani przez samych siebie. Takie rzeczy się wyczuwa. A dyskredytowanie kapel i traktowanie ich z dystansem tylko dlatego, że noszą koszule w kratę, mają brody, okulary w grubych oprawkach i nazywanie ich hipsterami to zwykłe wąsiurstwo i cebulactwo. Sam kiedyś się spinałem na wszystko, co wychodziło poza jakieś wąskie ramy mojego wyobrażenia o hardcore/punk, ale jak to w życiu: nic nie jest czarno-białe i trzeba patrzeć na wszystko wielopłaszczyznowo i z odpowiednim dystansem. Dobra muzyka zawsze się obroni, a kiedy jest robiona przez rozumnych ludzi to należy tylko się cieszyć. My może i wyglądamy normalnie, ale tacy na pewno nie jesteśmy (śmiech). Zawsze byliśmy i ciągle czujemy się punkami. Wywodzimy się z tej sceny, z nią jesteśmy związani, ale nie wszystko co inne jest od razu złe. To kwestia własnych wartości i poczucia dobrego smaku. A nie ukrywam, ten mamy zajebisty! (śmiech)

Czy muzyka jak wasza może być jeszcze kontestująca? Przypisujesz jej jakieś role społeczne? Słuchając „Doomed from the start” ciężko nie słyszeć w waszym głosie wkurwienia.

Muzyka może taka być i cieszę się kiedy taka jest. Jak mówiłem wcześniej – nie ma nic lepszego niż dobra muzyka robiona przez „kumatych” ludzi. Nasz zespół często był określany jako „wkurwiony hardcore punk” i chyba niewiele się zmieniło. Jesteśmy bardzo dwubiegunowymi typami. Wielki spokój vs. Wielkie wkurwienie, które przeplata się z jeszcze większym rozczarowaniem. Ten stan wzburzenia pozwala nam nagrywać, grać koncerty i zawsze miały duży wpływ na to co robimy.

Wozisz zespoły na trasach koncertowych w Europie. Jak postrzegasz tamtejszą scenę niezależną?

Jeżeli mówimy o scenach DIY, to nasze zespoły odróżnia kilka czynników. Umiejętności i możliwości grania tras. U nas nie możesz sobie pozwolić na granie 2-3 europejskich tras kosztem szkoły czy pracy. A tak naprawdę tylko granie koncertów pozwala ci zrobić skok jakościowy. Poza tym sceny te funkcjonują na tych samych zasadach i uważam, że mają się dobrze. Jest u nas kilka super zespołów jak choćby Government Flu, Thaw (który jest kojarzony z metalem, ale chłopaki zdecydowanie są DIY), The Lowest czy świeża krew Deszcz z Poznania. Te kapele grają po całej Europie i nie są już anonimowe na świecie. Ale w Polsce nie ma czegoś takiego pomiędzy sceną niezależną, a mainstreamem. Takiej „szarej strefy” w jakiej obracają się zespoły, z którymi pracuję. czyli kapele, które mogą zagrać na dużych festiwalach, pojechać na trasę z Rise Against, AFI czy Circa Survide, ale ciągle świetnie się odnajdują w klubach na 200-300 osób lub na skłotach. Są na okładkach amerykańskich magazynów, grają po całym świecie, ale umieją powiedzieć nie dla Warped Tour lub podziękować za kontrakt z dużą wytwórnią, bo nie chcieliby być w jednej stajni z kilkoma zespołami, które zdecydowanie im nie pasują mentalnie. Ja się w tym dobrze odnajduję.

Z czego to wynika?

Z różnic historycznych. U nas nigdy nie było szołbiznesu. Była komuna, którą obalił Perfect przy pomocy Lady Pank i powstał dziki rynek festyniarski spod znaku transformacji lat 90-tych i patronatu nowych gigantów radiowych. Te dwa zespoły ciągle rozdają karty, a Maryla Rodowicz przytula połowę budżetu na kulturę w przeciętnej polskiej gminie. Polacy lubią gdy dla nich tańczy, lubią też oglądać Wąs Of Poland. Nie ma już kultury słuchania i kupowania płyt – to drugie jednak jestem w stanie zrozumieć. Ludzie wolą rozrywkę za darmo przy znanych rytmach niż pójść na często drogi koncert, którego nie znają i nawet nie mają ochoty poznać. Dlatego trzeba doceniać polską scenę niezależną spod znaku punk, metal czy indie i zachęcam aby sią nią interesować. Dzieje się naprawdę dużo.

Widzisz w tym miejsce dla Calm the Fire?

Calm The Fire to twór, który żyje już długo i może nawet za długo żeby osiągnąć tak zwany „sukces”. Moja pesymistyczna natura podpowiada mi, że metalowcy pewnie będą doszukiwać się w nas pozerów i mitycznych hipsterów, a w dodatku lewaków. Ale z drugiej strony, podskórnie czuję, że ta płyta może zainteresować osoby, które nigdy o nas wcześniej nie słyszały. Chcielibyśmy pograć koncerty, w miejscach, w których nigdy nie graliśmy, z kapelami z różnych bajek. Jestem bardzo ciekawy przyszłości, ale na nic się nie napalam. Jestem na to za stary i wiem, w jakim kraju żyję.

We wtorek, 8 września Calm the Fire zagrają razem z Warcry w Wydziale Remontowym. Tego dnia odbędzie się również premiera ich nowego wydawnictwa „Doomed from the start”, które ukazało się nakładem Anteny Krzyku na winylu i cd. Szczegóły w zakładce KONCERTY.