Search and Hit Enter

Shofar: Podróż ponownie staje się nasza religią

– Religia w którą wierzę to nasza krew, duchy i marzenia. Tę świątynię mamy w sobie i jest ona niepodległa. Shofar przez lata – wydaje mi się – okiełznał szczerość. To dzięki niej jesteśmy dla wszystkich, jakbyśmy byli dodatkowym organem do którego podłączona jest publika. Tak jak dawniej, przy ognisku i z twarzą wymazaną węglem i glinką. Bycie medium, nigdy gwiazdami. Gwiazdy są w niebie, a my obok i dla ludzi – opowiada opowiada Raphael Rogiński, gitarzysta warszawsko-gdańskiego tria Shofar, które właśnie wydaje swój trzeci album „Gold of Małkinia”. Jego premiera jest okazją do koncertu, który zespół zagra w sobotę, 18 kwietnia w Klubie Żak.

Jakub Knera: Na ile, grając w Shofar, ważne jest poprzez muzykę wyrażanie tęsknoty? A może nie lubisz patrzeć w przeszłość, tylko grając bardziej myślisz o przyszłości?

Raphael Rogiński: Tęsknota jest obecna w mojej muzyce od zawsze i jest jej źródłem. Nie jest to jednak stan jakiegoś zawieszenia, nie jest to maniakalne rozpamiętywanie czasów odległych. To bardziej sprzeciw, grunt pod bunt na wszelkich polach, negacja, ale głęboko związana ze świątynią którą każdy z nas ma w sobie i ze światami które w tym totalnym chaosie oddano właśnie nam, ludziom w większości, we władanie. Zawsze symbolem dla mnie jest postać Mojżesza tęskniącego, zawierzonego, który jednocześnie musi się zadowolić samą drogą, a nie celem. Czyli to też stan w którym czas jest płaski, a my wybieramy czym się stajemy.

W jakim stopniu Shofar gra muzykę „religijną” bądź związaną z religią?

Podstawą naszej muzyki są religijne tematy muzyczne. Zbieramy je by później wybrać te które nas najbardziej poruszają. Nie jest tu istotne odtwarzanie jakiegoś obrządku – to my decydujemy, skąd bierzemy ten czy inny utwór i gdzie zabrzmi. Pochodzą z różnych krajów i łączy je ich żydowskość, ona w tym przypadku jest symbolem ludzkości. To plemię wędrowało po całym świecie i wszędzie bezdomne zostawiało zalążki czegoś co możemy nazwać domem, tradycją – ten symbol jest dla nas ważny. To muzyka dla wszystkich i każdy może w niej odnaleźć siebie, szczególnie teraz gdy na powrót musimy bardziej czy mniej stać się nomadami. Podróż ponownie staje się naszą religią. Myślę nawet, że jest ona konieczna by ocalić się przed potęgującą głupotą oraz ekstremizmem politycznym i religijnym, obecnym na całym świecie. Religia w którą ja wierzę to nasza krew, duchy i marzenia. Tę świątynię mamy w sobie i jest ona niepodległa. Shofar przez lata – wydaje mi się – okiełznał szczerość. To dzięki niej jesteśmy dla wszystkich, jakbyśmy byli dodatkowym organem do którego podłączona jest publika. Tak jak dawniej, przy ognisku i z twarzą wymazaną węglem i glinką. Bycie medium, nigdy gwiazdami. Gwiazdy są w niebie, a my obok i dla ludzi.

W przypadku Shofar istotne jest łączenie muzyki żydowskiej, chasydzkiej z free-jazzem. Na ile ten gatunek pozwala Wam jeszcze bardziej twórczo zmierzyć się z tą tematyką i pozostawia wiele furtek do twórczej interpretacji?

Żydowskość jest tu jakimś symbolem. Jest też nami bezpośrednio. Na pewno dzielimy się tu bardzo intymną stroną naszej osobowości. Myślę, że inaczej się nie da, a jeśli jest jakieś „inaczej” to po co? Powrót do muzyki plemiennej jest faktem. Na naszych oczach przemija historia muzyczna ostatniej setki lat i sami widzimy jak mało muzyki przynależy do tych dziwnych czasów niepokoju, które są teraz koło nas. Bardzo mało muzyki powstało z buntu, a przeintelektualizowane formy nie sprawdzają się w wyzwaniach dzisiejszego świata. Muzyka chasydzka czy muzyka innych plemion to to wszystko czym bylibyśmy bez prądu. To moment w którym patrzysz za najbliższą górę i nie wiesz co za nią jest. To jest ten stan, w którym powstają ścieżki dźwiękowe rzeczywistości.

Mówi się że założenie Shofar zapoczątkowało w Polsce nową falę muzyki żydowskiej. Czy dostrzegasz coś takiego? Jak byś to zjawisko scharakteryzował?

Na pewno – jeśli o mnie chodzi – stało się to wcześniej. Zespół Cukunft i inne drobne inicjatywy z mojej strony to były takie pierwsze próby. Shofar przyszedł w innym momencie. Początek tego zjawiska to był prawdziwy underground. Nie uznawano nas i nigdy nie byliśmy częścią tego klezmer-syfu, który wtedy dominował. Graliśmy w nędznych miejscach bo była w nas wiara jak w Spartakusie. I tak wojowaliśmy i rozrastaliśmy się. Większość projektów czy zespołów kręciła się gdzieś koło mnie – to nie moje ego, tylko fakty. Nigdy nie powstał żaden ruch. Niewątpliwym sukcesem tego zjawiska było zjednanie ludzi różnych profesji, którym nie obcy był los pamięci wielonarodowej Polski. To dzięki nim i nam zaczęto mówić w inny sposób o tych sprawach. W tym sensie był to jakiś ruch, ale raczej ludzi cichych, pracujących nocami, gdy inni śpią. Stworzyliśmy jakieś kanony w których nie można było się przebierać za Żyda i grać jakiś pierdół. O kulturę upomnieli się żywi i stała się ona żywa. Być częścią żywych to moja wielka radość.

Gdy dochodzi do interpretacji, odświeżania starej muzyki, bardzo łatwo popaść w cepeliadę, co towarzyszy wielu folkowym i ludowym zespołom w Polsce. Po pierwsze, czy Shofar na swój sposób gra muzykę „folkową” (rozumianą bardzo szeroko), a po drugie, co robić aby tej cepeliady unikać (nie jako odbiorca ale jako artysta)?

Myślę, że jeśli nie masz pewnego rodzaju wrażliwości to i tak ci nic nie pomoże. „Cepelaida” w tych czasach jest terminem dużo szerszym. Na przykład kultura Nowego Jorku czy Berlina stały się takimi „folklorami”. Jest masa ludzi która kopiuje w karykaturalny sposób to czym w zamierzchłych czasach były te miejsca. W tych czasach nie mają one już większego znaczenia w kulturze, ale pewnego rodzaju „egzotyka”, czyli to czym nasiąka każdy „folklor”, nadal tworzy niezdrową podnietę, kulturę turystyczną – tak to nazywam. Zależy o co chodzi danemu artyście – jeśli o bezpieczeństwo to współczuję. To jest bardzo na rękę wszelkiego rodzaju firmom wytwarzającym ciemne oprawki do okularów, szczotki do brody, czy czapki zimowe tak kochane w letnie nawet dni i inne uniformy bylejakości. Z kulturą nie ma nic wspólnego. Czyli mamy przykład chyba dużo groźniejszej cepeliady bo globalnej i w sumie akceptowanej. Wytwarzanie kultury zaczyna się zawsze przy ognisku, wewnętrznym stanie w którym nic nie jest pewne oprócz tego, że dziś dane nam było przeżyć dzięki przodkom i prawom przyrody. Bez zrozumienia tego nie jesteśmy w stanie być dla siebie i dla ludzi.

Zespół Shofar zagra 18 kwietnia w Klubie Żak. Szczegóły w zakładce KONCERTY.