Search and Hit Enter

Soundrive Festival w B90

Stocznia niezależna.

Gdański festiwal Soundrive wydaje się, że obiera coraz ciekawszy i bardziej sprecyzowany kurs, w ramach którego nie epatuje nazwiskami gwiazd, ale konsekwentnie buduje program, z roku na rok – mimo największego nacisku na muzykę gitarową – coraz bardziej go różnicując. Tegoroczna edycja była, podobnie jak poprzednia, rozłożona na trzy dni – tym razem jednak lepiej udało się zachować między nimi równowagę, pierwszy dzień poświęcając na koncerty polskich zespołów (i dwóch składów z zagranicy grających w ramach Stage European Network), a podczas kolejnych przydzielając po osiem składów na dzień. Zróżnicowany program najlepiej obrazował program dnia trzeciego, kiedy najwięcej było koncertów intrygujących, grających różnorodnie, a jednocześnie często nieszablonowo.

Fantastycznie wypadli Adult Jazz, którzy zagrali bodajże najbardziej wyciszony i spokojny koncert imprezy. To była muzyka oszczędna, trochę zahaczająca o folk, często minimalistyczna o bardzo bogato zaaranżowanych strukturach, zaskakujących zabawą rytmem, brzmieniem, wykorzystywaniem wokaliz czy urozmaiceniem warstwy melodycznej grą na puzonie. Obok ich drugi najlepszy koncert festiwalu zagrali Walijczycy z Islet – grupa która na scenie czuje się jak ryba w wodzie. Kwartet różnicuje brzmienie, bazuje na bardzo fizycznych, rytmicznych formach, czerpiąc z post-punka czy rozszalałej eksperymentalnej sceny nowojorskiej. Nade wszystko są to jednak muzycy którzy na scenie czują się pewnie, są doskonale zgrani, a ich koncert mimo potężnej dawki energii, nie miał praktycznie słabych momentów. Błyskotliwa, zrytmizowana eskapada, aż chciałoby się, żeby więcej naszych rodzimych zespołów tak gęsto zanurzało się w zrytmizowane elementy. W kontraście do wyżej wymienionych stały Planet of Zeus i największy ensemble, King Khan and The Shrines. Pierwsi grali dosyć prostą, ale szalenie sugestywną mieszankę hard-rocka i metalu. Nie było w niej przebłysków nowości, ale było potężne, skrupulatnie budowane brzmienie, mięsiste i wyraziste. King Khan z zespołem zagrali koncert najbardziej rozrywkowy, pełen werwy, luzu i spontaniczności, ale też humoru – sam lider wystąpił w wielkim pióropuszu i slipach, z reszta zespołu razem śpiewała, żartowała i doskonale się bawiła, mieszając rock’n’rolla z elementami jazzu i muzyki etno.

CZYTAJ CAŁOŚĆ (+ GALERIA ZDJĘĆ)

[Jakub Knera]