Search and Hit Enter

Halber: publiczność nic sobie nie robi z negatywnych recenzji

Małgorzata HalberMłode zespoły nie grają dużej ilości koncertów. Dawno temu, przed czasami streamingowych serwisów, zespół musiał bardzo dużo koncertów zagrać, zanim wydał płytę. To powodowało, że stawał się lepszy, bardziej zgrany. Bo jedną z przyjemności jakie daje muzyka jest śledzenie dialogu między muzykami i nie mam tu na myśli wymiany solówek. Teraz jedno posiedzenie z gitarą przy komputerze i dołożenie syntezatora robią z ciebie gwiazdę chillwave’u – jako ostatnia w dyskusji „Jak trafić do krytyków?” wypowiada się Małgorzata Halber, autorka programu Na Ripicie.

Przeczytaj dotychczasowe głosy:

Jakub Knera: Jak młody zespół – zakładając, że nagrał ciekawą płytę – może do Ciebie dotrzeć i zainteresować swoją muzyką? Co powinien zrobić w tym kierunku? Czego młode zespoły nie robią?

Małgorzata Halber: Świerzbi mnie, żeby na pytanie „czego młode zespoły nie robią” odpowiedzieć: nie nagrywają ciekawych płyt. Mam wrażenie, że zbyt wiele osób ma obecnie możliwość nagrać cokolwiek, ale nie bardzo zastanawia się PO CO to robi. Jaką treść emocjonalną chce mi przekazać. Popularność, czy może raczej – rosnące zainteresowanie Kubą Ziołkiem, pozycja takich osób jak Macio Moretti, Maciej Cieślak, Wojtek Kucharczyk, zespół Semantik Punk, Robert Piotrowicz ale też z innego zupełnie bieguna Iza Lach, bierze się stąd, że są to osoby, które wiedzą po co chcą wydawać płyty. Wiedzą jaką muzykę chcą tworzyć i z jakich pobudek to robią. Tego oczekuję od kogoś, kto chce mnie swoją muzyką zainteresować – spójnej estetycznej wizji. A nie tego, że zainstalował sobie Fruity Loops na komputerze i elektronika jest modna, albo dlatego, że zawsze chciał grać.

Młode zespoły nie robią jeszcze jednej rzeczy – nie grają dużej ilości koncertów. Dawno temu, przed czasami streamingowych serwisów, zespół musiał bardzo dużo koncertów zagrać, zanim wydał płytę. To powodowało, że stawał się lepszy, bardziej zgrany. Bo jedną z przyjemności jakie daje muzyka jest śledzenie dialogu między muzykami i nie mam tu na myśli wymiany solówek. Teraz jedno posiedzenie z gitarą przy komputerze i dołożenie syntezatora robią z ciebie gwiazdę chillwave’u. Zespoły, wykonawcy, którym zależy na tym, żeby zrobić kilka numerów i dzięki temu nagrać płytę, należą dla mnie do kategorii „muzyka niepotrzebna”.

Na znaczenie ma tzw. rozpoznawalność – przez muzyka zespołu który przysłał Ci płytę, który jednocześnie gra już w innym, znanym Ci składzie; przez label, który ma rozpoznawalną markę albo przez opinię osoby/dziennikarza, z którym/którą się liczysz?

To jest najważniejsze. Nie ma co się oszukiwać. Im większy szum na fejsbuku wśród moich znajomych wywołuje dane zjawisko, tym większa szansa, że się nim zainteresuję, ale od razu zaznaczam, nie jest to regułą. Są osoby, którym ufam, których gust jest dla mnie intrygujący i na tym założeniu zbudowałam cały swój program „Na Ripicie”. Osoby i instytucje, które za nimi stoją. Bo od zawsze stawiam na wytwórnie – one są dla mnie kuratorami. Wydanie płyty przez wytwórnie które lubię jest dla mnie znakiem jakości – to jest ciekawe, tego warto posłuchać. Obecnie takimi kuratorami na polskim rynku są dla mnie Sangoplasmo, Lado ABC, Oficyna BDTA (dawniej Biedota) i Latarnia Records.

Czy środowisko dziennikarzy/krytyków muzycznych to hermetyczna i zamknięta grupa? Wiele osób uważa, że ciężko do niej dotrzeć ze swoją muzyką. Łatwo czy ciężko?

Dziennikarze i krytycy muzyczni to osoby, które nałogowo słuchają muzyki. Jeśli zdajesz sobie sprawę z takiej perspektywy, to chyba jasno widać, że to nie powinno być specjalnie ciężkie. Oczywiście, zapychanie cudzej skrzynki na listy długą historią o tym jak Irek, Krzysiek i Marek w młodości entuzjazmowali się King Crimson a po trzech latach doszedł do nich Rafał i teraz ich muzyka jest odważna, ponadczasowa i przede wszystkim uwodzi słuchacza, nie ma szans na powodzenie. Najpierw załóż sobie w internecie witrynę, bandcampa albo soundclouda, do tego stronę na facebooku. Miej treść z którą chcesz dotrzeć. Obecnie może to być jedna piosenka. To nawet lepsze z marketingowego punktu widzenia – jeśli jest dobra, wytworzysz napięcie oczekiwania na resztę (słowa „piosenka” proszę nie traktować dosłownie). Napisz do dziennikarzy, choćby na facebooku, wyślij im ten link. Wyślij go do wytwórni. Zabiegaj o zagranie koncertu przed swoim krajowym idolem. Podejdź po koncercie do dziennikarza. Zapytaj jak mu się podobało. Bądź przygotowany na to, że mogło mu się nie spodobać. Ale zapamięta Cię.

Czy ma dla Ciebie znaczenie nośnik na którym dostajesz płytę do odsłuchania (link do muzyki w formie cyfrowej, streaming, winyl, cd lub kaseta)? Jaki preferujesz? Czy ma znaczenie gdy artysta przy okazji jakiegoś koncertu/festiwalu wręczy Ci płytę osobiście?

Jeśli wysyła do mnie materiał osoba fizyczna, w dodatku nieznana, na zasadzie „cześć, mamy zespół Ziemniak, gramy ostrą muzykę elektro-akustyczną”, to wygodniej mi posłuchać tego w formie linku. Natomiast jeśli wytwórnia szykuje już jakąś premierę i zależy jej na tym, żebym i ja o niej wiedziała, to w przypadku wręczenia mi płyty ma 100% szans na to, że jej posłucham. Z kasetami mam problem, ponieważ nie jestem na tyle hipsterem żeby mieć magnetofon. Nie jestem, co jest sądem bardzo niepopularnym wśród osób piszących o muzyce, fetyszystą nośnika.

Czy opinie recenzentów/krytyków mają znaczenie? (zwłaszcza w dobie blogerów i mnożących się bytów poświęconych muzyce) Jakie i dla kogo – promotorów, organizatorów festiwali, właścicieli klubów, słuchaczy? Co zespół może zyskać na pozytywnej, a co na negatywnej recenzji?

Popularność zespołów takich jak Coma, Luxtorpeda czy Hurt pokazuje jasno, że publiczność nic sobie nie robi z negatywnych recenzji. Te opinie mogą mieć znaczenie dla sceny bardzo niezależnej – Etamski albo Piernikowski dzięki dobrej opinii mogą zagrać na Unsoundzie. Chociaż im dłużej o tym myślę, tym bardziej mam wrażenie, że ich muzyka po prostu się promotorom podoba. Nie wiem czy na koncertach Starej Rzeki albo Alamedy 3 jest teraz dziki tłum.

Po co recenzować kiepskie wydawnictwa? Czy negatywne recenzje są potrzebne?

Są tacy, np. Bartek Chaciński, którzy chcą opisać wszystko co aktualnie się ukazuje. Rozumiem doskonale taką potrzebę. I cieszę się, że inni to robią, bowiem ja już nie muszę. A dla mnie przesłuchanie płyty która mnie nie intryguje po trzech utworach jest potworną katuszą, taką samą jak słuchanie koncertu który mi się nie podoba, a nawet przebywanie w miejscu gdzie puszczana jest muzyka dla mnie męcząca. Nic na to nie poradzę, to jest jak odruch bezwarunkowy. Więc przesłuchanie płyty i napisanie recenzji – nie. Wydanie opinii, na temat jakiegoś zjawiska, które mnie męczy jako słuchacza – tak. Choćby po to, żeby udowodnić, że nie wszyscy dziennikarze uważają zespół UL/KR za objawienie. Po to, żeby zgłosić swoje votum separatum.

Czy znajdujesz czas na szukanie muzyki dla własnej przyjemności?

To jest moim głównym celem i powodem dla którego w ogóle wypowiadam się o muzyce.

Czy bycie krytykiem/dziennikarzem muzycznym to ciężka praca?

Ja w ogóle nie lubię siebie nazywać dziennikarzem muzycznym, a tym bardziej krytykiem. Uważam siebie za aktywnego słuchacza, który dzieli się swoimi refleksjami z innymi słuchaczami. Jest to zajęcie o tyle ciężkie, że gromadzi armię frustratów. Mówię serio. Takich, którzy kiedy dzielisz się swoją zajawką, natychmiast wyliczą Ci trzy płyty ich zdaniem lepsze. Armię śledczą która czuwa nad tym, że napisałeś coś zbyt emocjonalnie, a w ogóle to się nie znasz. Kiedyś doszliśmy z redaktorem Konatowiczem do wniosku, że największym problemem pisania o muzyce w Polsce jest spinka. Napięcie zarówno estetyczne, czyli że coś nie może Ci się podobać, bo to przecież gówno, oraz poznawcze, że zrobiłeś literówkę albo pomyliłeś datę wydania płyty. Najlepszym na to dowodem jest ilość tekstów mówiąca o tym, dlaczego dziennikarstwo muzyczne w Polsce nie istnieje, albo ma się źle. Dla mnie to jest jakaś dziecinada, przez długi czas nie miałam w ogóle do czynienia z tzw. dziennikarzami, obracałam się w środowisku muzyków i do tej pory uważam, że jest ono normalniejsze w kwestiach odbioru i recepcji muzyki, niż osób które o niej piszą.

Co robisz w sytuacji, gdy artyści zarzucają Ci, że „nie rozumiesz” ich płyty i całkowicie mylisz się w recenzji? Polemizujesz? Czy zespoły potrafią przyjąć krytykę?

Powiem szczerze, że takie zachowanie mnie po prostu żenuje. Opinia wyrażona przeze mnie nie ulegnie zmianie dlatego, że ktoś się bardzo zdenerwuje i zacznie mnie obrażać. Nie wspominając o artystach, którzy już bezpośrednio pod artykułami bądź relacjami, czują się w obowiązku coś skomentować. Wydaje mi się to jakieś niegodne, rozkapryszone i niedojrzałe. Dlatego, choć to być może nieeleganckie, ja nie podejmuję takiej korespondencji. Rozumiem doskonale, że boli, kiedy ktoś źle pisze o nas i o tym, co zrobiliśmy. Moim zdaniem pozostaje jedynie pocieszać się mądrością Sekstusa Empiryka, który pierwszy sformułował myśl, że dla każdego sądu wydanego kiedykolwiek można znaleźć sąd mu przeciwstawny.

Czy jest coś czego brakuje Ci w muzycznej publicystyce (zarówno polskiej jak i zagranicznej)?

Przy takiej ilości źródeł informacji, portali, rozgłośni i blogów mogę szczerze powiedzieć że cierpimy raczej na klęskę urodzaju. Są raczej zjawiska które mnie drażnią. Wspomniałam wyżej, że największym grzechem jest moim zdaniem środowiskowa spinka. Brakuje mi trochę prawdy. Przyznania się do swojej niewiedzy, ukazania szwu jakim jest zdobywanie informacji o muzyce, a nie sprawianie wrażenia omnibusa, bo koledzy mnie wyśmieją. Dla mnie ideałem pisania o muzyce jest styl magazynu Vice. Może ideałem to za mocno powiedziane, ale chodzi mi o pewną dezynwolturę. Naprawdę wielkim wytchnieniem było dla mnie pojawienie się portalu Porcys, który w Polsce złamał jakiś idiom. Nie zawsze było mi po drodze z ich recenzjami mającymi pretensję do prac rocznych studentów kulturoznawstwa – podobnie jak wielu znanych mi czytelników najbardziej lubiłam ten portal za forum, gdzie odbywała się żywa dyskusja słuchaczy. Denerwuje mnie wewnętrzny imperatyw osób piszących o muzyce, które zamiast szukać własnego słownictwa koncentrują się na „frenetycznym groovie” albo „budowaniu narracji przy pomocy dysonansowych gitar”, bo wydaje im się że tak trzeba pisać o muzyce, to wtedy nikt się nie przypierdoli. Dla mnie jakimś ideałem dziennikarza muzycznego na zawsze pozostanie Tomasz Beksiński. Nie ze względu na muzykę jaką prezentował, ale ze względu na bycie outsiderem. Na sposób w jaki o tej muzyce mówił. Zawsze interesuje mnie dlaczego komuś dana płyta się podoba, niech o tym mi opowie. Jakie konkretne fragmenty działają na jego wyobraźnię, który moment na płycie jest jego ulubiony i dlaczego. To jest dla mnie kwintesencja tego co jeden słuchacz może powiedzieć drugiemu. Bo dzięki temu i ja mogę usłyszeć coś inaczej. Albo w ogóle usłyszeć coś, co wcześniej uszło mojej uwadze. To, a nie zakwalifikowanie czegoś do odpowiedniego gatunku, zawsze będzie dla mnie najważniejsze.

——————————————————————————————————————————————————————————————————————————

Co powinny wiedzieć zespoły, które chcą dotrzeć do reprezentantów mediów i jakie błędy zazwyczaj popełniają? Czy praca recenzenta jest łatwa? Czy w ogóle są nam potrzebni recenzenci muzyczni? Te trochę podchwytliwe pytania mają zachęcić do dalszej wymiany zdań. Dziś ostatni głos dyskusji Nowe idzie od morza, której celem jest próba ujęcia polskiej krytyki muzycznej czy – jak wolą sami przepytywani – dziennikarstwa lub osób piszących o kulturze. W poniedziałek na stronie znajdziecie podsumowanie wymiany zdań z tego tygodnia.