Search and Hit Enter

SpaceFest! w Klubie Żak

SpaceFest może stać się bardzo istotnym wydarzeniem, trzeba mu tylko więcej rozmysłu przy budowaniu programu.

Tegoroczna edycja festiwalu SpaceFest – rozbudowanego w formie i w zmienionym miejscu – pokazała, że jest to impreza rozwijająca się i z pomysłami. Festiwal koncentrujący się przede wszystkim na muzyce gitarowej to na mapie Trójmiasta wydarzenie ciekawe i potrzebne, a zgoła odmienne od chociażby sierpniowego Soundrive Fest, który mimo że ma w kilku miejscach zbliżony profil, jest jednak zgoła inny.

Trzecia edycja festiwalu w Klubie Żak nabrała rozmachu, większej festiwalowej atmosfery i po prostu przyjemniej się w niej uczestniczyło niż w mało moim zdaniem przyjaznych wnętrzach Fabryki Batycki. Było miejsce na koncerty, afterparty czy całkiem niezłe imprezy taneczne, było też miejsce na dyskusje i zaciekłe spieranie się, który koncert zrobił wrażenie, a który był muzyczną klapą.

Najważniejszym punktem imprezy była trzecia już odsłona Pure Phase Ensemble. Piszę o niej, jeszcze przed przesłuchaniem materiału tego projektu z ubiegłorocznej edycji, ale nie mam wątpliwości, że skład prowadzony przez Raya Dickatego i Lætitię Sadier był najlepszą odsłoną tego projektu ze wszystkich dotychczasowych. Przede wszystkim pokazał, jak istotny w muzyce jest pierwiastek kobiecy – Lætitia Sadier nadawała zespołowi ton, ciekawy charakter, trochę piosenkową formułę, dzięki czemu kompozycje nie były przepełnione prostymi, rozwijającymi się krautrockowymi formułami jak w latach ubiegłych. Szalenie wyraźnym punktem były dziewczyny z Enchanted Hunters, które tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że są jednym z najciekawszych i najlepszych zespołów, jakie pojawiły się na polskiej scenie muzycznej w ciągu kilku ostatnich lat. Ich wokalizy, które dopełniała Asia Kuźma, ukazały zespół jako przebojowy, często wręcz o wyraźnym indie rockowym zabarwieniu skład, który przygotował nie szkice i luźne pomysły na utwory, ale zwarte aranżacyjnie kompozycje o bardzo zróżnicowanym charakterze. Całość dopełniła błyskotliwa sekcja rytmiczna zespołu Popsysze i nie tylko efektowny ale też efektywny Jakub Kozak z The Esthetics na gitarze, który wspólnie z Gosią Penkallą wyraźnie zaznaczyli mocny, rock’n’rollowy trzon zespołu.

Efekt był więc zaskakujący, mimo że często królował przesyt – w momencie, kiedy każdy z muzyków przez cały czas gra na swoim instrumencie, forma może trochę przytłoczyć treść i chaos, co nie zawsze przynosiło korzystny rezultat. Przytłoczony został też Ray Dickaty – jego saksofonu wielokrotnie często prawie nie było słychać. Zastanawiam się też, czy nie warto byłoby lidera i szefa PPE zmieniać regularnie co roku – dowództwo Sadier pokazało, że takie działanie bardzo się opłaca.

Z tzw. regularnych koncertów najlepiej zaprezentowali się Islandczycy z Dead Skeletons, którym najbliżej było to przyświecającej imprezie idei – ich muzyka brzmiała kosmicznie, klimatycznie, a artyści okazali kunszt techniczny oraz doskonale zadbali o oprawę całego występu. Psychodeliczne, trochę krautrockowe, rozwijające się kompozycje zupełnie zdominowały resztę koncertów, a takie smaczki jak pojawienie się Raya Dickatego w finale koncertu, tylko podbiły wartość muzyki zespołu.

Z polskich formacji najciekawiej wypadło Ampacity, którzy zaprezentowali dwie nowe kompozycje (cały koncert jednak był nieco przydługi, co zdecydowanie wpłynęło na jego dramaturgię), pokazując się po raz kolejny jako zespół, który potrafi muzycznie „przyłoić”, ale robi to „z głową”, doskonałym wyćwiczeniem technicznym, a jednocześnie ewoluując ze swoją muzyką. Bardzo dobrą formę potwierdził zespół Judy’s Funeral, którego muzycy na scenie czują się swobodnie i bez kompleksów serwują zarówno bardziej przebojowe kompozycje jak i utwory o bardziej eksperymentalnym obliczu, z domieszką nowofalowej melancholii.

Dobry, chociaż trochę niewpasowujący się w estetykę festiwalu koncert zagrała Stara Rzeka. Narastające, mroczne drony i zapętlone loopy zdominowały salę suwnicową Żaka i pokazały, że Kuba Ziołek jest w bardzo dobrej koncertowej formie i z występu na występ na żywo wypada coraz lepiej. Natomiast żenująco wypadł nowy skład Maćka Cieślaka, Niewolnicy Saturna – muzyk Ścianki tym razem zasiadł za perkusją, grając kwadratowo brzmiącą sekcję rytmiczną, w czym towarzyszyli mu muzycy na gitarze elektrycznej i puzonie. Najgorszy koncert festiwalu.

Pisząc o setach na festiwalu nie wolno zapomnieć o Weekend, zespole który zagrał koncert prosty, ale bardzo potężny brzmieniowo, mocny, kumulujący wściekłość i gęste brzmienie gitar oraz mocno eksperymentalny występ Trans/Human, oparty o brzmienie preparowanej gitary, fal radiowych i elektroakustycznych brzmień.

Dwa ostatnie dają szczególnie dużo do myślenia w perspektywie programu tegorocznej edycji imprezy i jego całościowej wizji, której trochę mi przy jej organizacji zabrakło. Twórcomy SpaceFest przyświeca idea muzyki shoegaze i spacerock, która najbardziej chyba uwydatniła się w sążniście brzmiących, ekspresyjnych gitarowych zespołach. Ciężko jednak o prezentację jakkolwiek bardziej nowatorskich projektów, a pomiędzy zaproszonymi zespołami ciężko znaleźć jakąkolwiek nić powiązań by chociaż wymienić takie składy jak Dead Skeletons, Trans/Human i Stara Rzeka. Często miałem odczucie przypadkowości albo próbę obudowania większych, sugestywnych nazw resztą zespołów. SpaceFest powinien odważniej poszerzać swoje pole zarówno w kierunku ambientowych, drone’owych brzmień, jak i krautrockowych formacji, może nawet z domieszką elektroniki. Warto żeby festiwal pokazywał świeże spojrzenie na muzykę, nie zamykając się w sztywnych szufladkach – częściowo udaje się to realizować, jednak brakuje mu wyraźnej wizji, planowania spójnego ale różnorodnego programu. Przez to SpaceFest pozostawił pewien niedosyt, przyjmując raczej formę dwóch wieczorów z koncertami niż rozbudowanego, skrupulatnie budowanego festiwalu, w którym na dodatek więcej dobrych koncertów dały formacje z Polski a nie przyjezdne zespoły.

SpaceFest!, Klub Żak, Gdańsk, 6-7.12.13.

[Jakub Knera]