Search and Hit Enter

Kasia Lins: Chcę próbować nowych dźwięków

Absolwentka gdańskiej Akademii Muzycznej dała o sobie znać zupełnie niespodziewanie, najpierw singlem, a potem pełnowymiarową płytą „Take my Tears”, którą na dodatek nagrała za Oceanem, a dystrybuuje nawet w Japonii. O tym jak do tego doszło, czy łatwo jest nagrać album w zagranicznym studiu, a także o szansach powodzenia muzyki soul, przeczytacie poniżej.

Jakub Knera: Skąd wzięła się Kasia Lins? Jesteś związana z Gdańskiem, ale twoja muzyka powstawała z daleka od tego miejsca – jak do tego doszło?

Kasia Lins: Nawiązałam współpracę z zagraniczną wytwórnią, która umożliwiła mi pracę za oceanem. Jestem im za to ogromnie wdzięczna, bo to niezapomniane doświadczenie, tym bardziej, że to moja pierwsza płyta, pierwsze kompozycje, pierwsza taka intensywna praca w studiu. To niesamowite, że powstawała w takim środowisku.

Współpracowałaś z Zoro the Drummer, perkusistą Lenny’ego Kravitza, a także zespołem Tower of Power oraz producentami z amerykańskiego studia Ocean Way Recordings. Taka współpraca z ludźmi za oceanem to jednak coś wyjątkowego w skali Polski – jak udało Ci się nawiązać z nimi kontakt?

Myślę, że międzynarodowa współpraca z muzykami nie brzmi już tak egzotycznie, spotykamy się z tym coraz częściej. Miałam to szczęście, że trafiłam na osoby, które podziwiałam od dawna. Przed rozpoczęciem pracy towarzyszył mi ogromny stres jednak, jak się później okazało, zupełnie niepotrzebnie. Nasza współpraca układała się doskonale, miałam wrażenie, że wszyscy bardzo zaangażowali się w projekt, bardzo mnie wspierali i traktowali jak równego sobie muzyka. Bardzo miło wspominam ten czas.

Na ile przygotowując się do nagrania „Take My Tears” miałaś plan i wizję całej płyty, a na ile pomogli Ci przy jej wykreowaniu osoby, z którymi rejestrowałaś ją w studiu?

Wizję miałam, ponieważ wszystkie kompozycje są mojego autorstwa. Przed wyjazdem do Stanów byłam w stałym kontakcie z aranżerem, jednak ostateczne wersje usłyszałam dopiero w studiu i wtedy większe zmiany nie wchodziły w grę. Nie ukrywam, ze taka praca na odległość ma swoje plusy i minusy, bo nie można wszystkiego kontrolować, mieć nieustannego wpływu na rozwój projektu. Jest kilka rzeczy, które chciałam zmienić, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłam, jednak traktuje to jako lekcje i mam nadzieje nie popełniać pewnych błędów w przyszłości.

Twojej muzyki słucha się przyjemnie, wydaje się wręcz idealna na poprawienie nastroju. Jednak kiedy wejdzie się głębiej w kompozycje, a zwłaszcza teksty, nie jest ona już tak optymistyczna. Jesteś osobą nostalgiczną? Na ile album oddaje twój charakter i nastrój jej towarzyszący?

Każda piosenka jest odzwierciedleniem mojego nastroju podczas pisania konkretnego utworu. Nie ma w tym głębszej filozofii. Myślę, że wszystkie piosenki tak powstają, a że akurat wtedy miałam bardziej nostalgiczny czas, to słychać w prawie każdym tekście. Płyta jest dość ekstrawertyczna, ale nie ukrywam, że to co mnie boli, inspiruje najbardziej, dlatego o tym piszę.

Wydaje się, że na razie więcej o Tobie słychać za granicą niż w Polsce. Czy uważasz że na polskim rynku jest miejsce na stylistykę soul-popową, w której się poruszasz?

Ciężko powiedzieć, bo rzeczywiście nie było planów wydawania płyty w Polsce, ale na pewno jest grupa osób, która słucha takiej muzyki i chciałabym do nich dotrzeć. Poza tym w obszarze tego gatunku porusza się jedynie pierwsza płyta, nie zamierzam poprzestać na takich brzmieniach, chce się rozwijać i próbować nowych dźwięków.

Niedawno Iza Lach nawiązała współpracę ze Snoop Dogiem, co pokazuje że taka międzynarodowa działalność jest możliwa. Jak ty oceniasz swoje możliwości? A gdyby pojawiła się okazja, z kim najchętniej chciałabyś współpracować?

Myślę, że mam dobry start, więc wszystko jest możliwe. Jest mnóstwo artystów, z którymi chciałabym współpracować, tylko musiałabym mieć pomysł na taką współpracę. Oprócz faktu, ze podziwiam danego artystę, nasza współpraca musiałaby mieć jakiś sens, stylistyczne podobieństwo. Na razie jeszcze ostatecznie nie zdecydowałam, jakie brzmienia chciałabym zaserwować na kolejnej płycie.

Z drugiej strony około soulowi artyści coraz lepiej odnajdują się na rynku, by wymienić chociażby Jamiego Woona czy jamesa Blake’a, którzy w swojej twórczości wykorzystują także nowoczesne brzmienia. Ty postawiłaś jednak na bardziej klasyczne brzmienie. Jak wyglądał proces tworzenia warstwy muzycznej płyty, czy miałaś jakieś konkretne założenia?

Większość piosenek powstawała przy akompaniamencie samego fortepianu, jednak już wtedy pojawia się w głowie chociaż zarys aranżu.  Wiedziałam, że będzie to płyta wykorzystująca akustyczne brzmienie, bo jak wiadomo, muzyka, której słuchamy ma ogromny wpływ na to co tworzymy, a taką w tamtym czasie się inspirowałam. Podczas nagrywania płyty miałam okazje pracować z muzykami z legendarnego zespołu Tower of Power, a ciężko byłoby oczekiwać od nich tworzenia brzmień a la James Blake czy Jamie Moon. Brałam to również pod uwagę.

„Take my tears” ukazał się także na rynku japońskim, dzięki wytwórni Evosound. Czy wydaje ci się to rynek z potencjałem, planujesz się tam wybrać aby promować swój materiał?

Bardzo się cieszę, że moja płyta ukazała się w Japonii, ponieważ jest tam wielu entuzjastów muzyki którą tworzę. Widzę odzew, kiedy na moim fanpage pojawia się coraz więcej Japończyków, którzy piszą i informują, że kupili płytę. Niesamowite uczucie.  Mam nadzieję , że uda mi się odwiedzić ten kraj jeszcze w tym roku, aby wziąć udział w promocji płyty.

Fotografia u góry: Sonia Szostak