Search and Hit Enter

Judy’s Funeral: Jesteśmy w studiu bardzo ciekawscy

Chociaż zaznaczyli wcześniej swoją obecność materiałem demo, to dopiero ich epka „Four Track Extended Play” w większym stopniu pokazuje pełnię brzmienia i kształt kompozycji, któe tworzą. Judy’s Funeral operują gdzieś na linii muzyki shoegaze i cold wave, tworząc kompozycje hałaśliwe, a jednocześnie mgliste i psychodeliczne. Na pytania odpowiada Marcin Lewandowski.

Jakub Knera: Poruszacie się w nurcie muzyki shoegaze, który słynie przede wszystkim z potężnego, mglistego brzmienia, pełnego zniekształceń i gitarowych efektów. Co najbardziej pociąga was w tej stylistyce?

Marcin Lewandowski: Kiedy gra się bardzo głośno melodie, które nie do końca da się wychwycić, a które trochę uciekają, uzyskuje się taki przepiękny chaos. Dla nas w tym gatunku to chyba najbardziej esencjonalne: połączenie olbrzymiej ściany dźwięku z rozmytymi melodiami. Wtedy muzyka jest mniej oczywista, przez co można się w niej bardziej zatopić i odlecieć.

Mocno hałasujecie i bawicie się brzmieniem. Na ile określilibyście się mianem zespołu piosenkowego a na ile eksperymentującego?

Jako zespół stawiamy sobie za punkt honoru eksperymentowanie, czy to w studiu czy na żywo. Bardzo szybko nudzimy się oklepanymi aranżacjami i kombinujemy jak coś zmienić. Czasami wychodzi lepiej, czasami gorzej. Wydaje nam się, że bardziej piosenkowi jesteśmy mimo wszystko w studiu, gdzie trzeba trzymać się jakiś ram piosenkowych, bo ciężko nagrywać same plamy hałasu. Natomiast na koncertach zawsze eksperymentujemy z nowymi sposobami na uzyskanie ślicznego szumu, więc w tym środowisku jesteśmy zdecydowanie eksperymentalni.

Jak ważny jest dla was aspekt brzmieniowy materiału. Można zamknąć was w granicach muzyki rockowej, ale jednak przy specyfice muzyki Judy’s Funeral brzmienie jest bardzo istotne. Jakie mieliście do tego podejście przy pracy w studiu?

Brzmienie jest dla nas arcyważne, ponieważ aby stworzyć noisowy walec z napisanej na akustyku piosenki z trzema akordami, trzeba skupić się na niuansach. Mieliśmy w studiu sporo zabawy, wyciągając z tych utworów wszystko co możliwe, żeby uzyskać efekt ściany dźwięku. Samplowaliśmy SKMkę, dogrywaliśmy dziesiątki sprzężeń, kopaliśmy gitary, uderzaliśmy w struny prętami. Nigdy nie chcieliśmy być zwykłym zespołem rockowym, który wchodzi nagrywać, puszcza klika, nagrywa perkusję, robi osobno każdy instrument, a potem radiowy miks i wychodzi z czymś koszmarnie nudnym. Jesteśmy w studiu bardzo ciekawscy, chcemy wszystko sprawdzić. dlatego nasze EP „Four Track Extended Play” ma takie pełne brzmienie.

Co jakiś czas pojawia się przekonanie, że Trójmiasto jest silnym ośrodkiem shoegaze. Zgadzacie się z tym, czy to określenie na wyrost?

Dla każdego shoegaze jest czymś innym, dajmy na to My Bloody Valentine i Ride. Różnice brzmieniowe są diametralne, ale oba zespoły uważane są za klasyków. W Trójmieście jest masa muzyki wszelkiego rodzaju i jakoś tak się trafiło, że w każdym słychać, mocniej czy słabiej, shoegaze’we wpływy. To bardzo cieszy, jednak trzeba do tych łatek podchodzić ostrożnie, bo pojęcie shoegaze zaczyna być trochę nadużywane. To, że ktoś używa delaya, albo gra na Jazzmasterze nie znaczy, że gra ten rodzaj muzyki.

W przypadku muzyki shoegaze istotny element to koncerty, bo często zespół na żywo brzmi diametralnie inaczej, a nawet traci na rzecz studyjnego brzmienia. Jakie jest wasze nastawienie do występów? Przez cały koncert gracie ze wzrokiem wpatrzonym w buty i gitarowe efekty?

Granie shoegaze na żywo to wyjątkowo ciężkie wyzwanie. Wymaga ono, w szczególności od gitarzysty, zaawansowanej wiedzy o sprzęcie którego używa i umiejętności zapanowania nad nim. My już dawno zrezygnowaliśmy z prób przenoszenia idealnie naszych utworów na grunt koncertowy. Na scenie gitara nigdy nie zabrzmi tak samo jak w studiu, ale to przestaje wówczas mieć znaczenie. Dla nas koncerty to przede wszystkim pole do zabawy i eksperymentów. Nigdy nie zagramy stojąc w miejscu i gapiąc się na efekty, bo po prostu tak nie potrafimy. Przy odpowiednio wysokim natężeniu głośności uderza nas taka adrenalina, że zazwyczaj dosłownie roznosi nas po scenie. Nie ma w tym nic udawanego lub wcześniej zaplanowanego. Dajemy się ponieść fali dźwiękowej płynącej prosto z głośników, nie zwracając uwagi na ewentualne skutki. Dla Judy’s Funeral bardzo ważna jest energia na scenie, czasami negatywna i destrukcyjna. My czujemy to co gramy, kochamy to i nie będziemy stać w miejscu, dbając by najdrobniejszy element utworu zabrzmiał ,,profesjonalnie”. Nasza muzyka żyje własnym życiem.

Judy’s Funeral razem z Pedal Distorsionador i Magnificent Mutlley zagrają w sobotę na pierwszej odsłonie cyklu koncertów FUZZon w Instytucje Spraw Wszelakich. Szczegóły w zakładce KONCERTY.

(Fotografia u góry: Jacek Sopiński)