Search and Hit Enter

Joanna Knitter: Liczy się treść i moc jednego akordu

Blues i country wciąż wydają się być w Polsce na uboczu muzyki alternatywnej. Albo są nie doceniane albo traktuje się je z lekkim przymrużeniem oka. Joanna Knitter ma zamiłowanie do muzyki z delty Missisipi i z powodzeniem obwieszcza o nim na swojej pierwszej płycie z zespołem Joanna Knitter Blues & Folk Connection pt. „Cruel Cruel World”. O muzyce, inspiracjach i gatunkowej złożoności artystka opowiada poniżej.

Jakub Knera: „Cruel, Cruel World” to twoja pierwsza solowa płyta. Skąd pomysł, żeby wykonać na niej tradycyjne amerykańskie piosenki?

Joanna Knitter: Od dawna zasłuchiwałam się w muzykę z delty Missisipi (pisałam nawet na ten temat pracę licencjacką). Son House, Big Bill Broonzy, Skip James czy John Lee Hooker – to był mroczny, prawdziwy i… nieprzewidywalny czarny blues. Podczas pierwszej wyprawy do USA kupiłam płytę z folkowymi pieśniami pochodzącymi z Appalachów, a potem w moje ręce wpadły nagrania zebrane przez Alana Lomaxa. I tak się zaczęła wielka miłość. Pieśni śpiewane przez Seegera, Guthriego, rodzinę Carterów. Zakochałam się w tej muzyce. Proste akordy, ładne melodie, dobre teksty. Tematyka codzienności – pracy, miłości, kłótni, cierpień. Pomyślałam, że może i ja mogłabym zająć się tym gatunkiem i pokazać polskiej publiczności, jakie są korzenie obecnej muzyki rozrywkowej. Co ważne, to nasz perkusista i współzałożyciel Blues & Folk Connection, Piotrek Góra, zaproponował, żeby zawęzić tematykę pierwszej płyty do historii tragicznych. Dlatego na „Cruel, Cruel World” teksty dotyczą morderstw, samotności, cierpienia i niezrozumienia przez świat.

Na ile pewnie czujesz się przy samodzielnym komponowaniu? Trzy utwory na płycie są twojego autorstwa, ale nie ukrywam że stylistycznie i tekstowo blisko im do pozostałych. Czy młodej artystce ciężko jest odnaleźć się w kanonie ale też z niego wyjść?

Dziękuję za miłe słowa, ale przyznam, że nie czuję się jeszcze pewnie i daleko mi do określania siebie mianem kompozytora. Pomysły się pojawiają, ale ich połowa ląduje w koszu. Pamiętam, jak kiedyś z dumą zaprezentowałam mężowi moją piosenkę, uważając oczywiście, że jestem wielce oryginalna, a on powiedział: „daj mi chwilę”, po czym wszedł na youtube i puścił mi coś, co brzmiało identycznie. I niestety nie było moje, tylko, o dziwo, zespołu Coldplay, którego nigdy nie słuchałam

Jesteśmy tak otoczeni zewsząd muzyką, zwłaszcza jeśli dużo jej słuchamy, że trudno nam się odciąć i stworzyć coś innego, zupełnie nowego. Wydaje mi się, że dopiero gdy się to zrozumie, można zacząć pisać muzykę i teksty. Bo trzeba się z tym pogodzić. Wymyślasz pochód akordów, ale okazuje się, że jest masa piosenek opartych na podobnych przejściach. Możesz jednak zmienić melodię, dać inny rytm, zrobić to po swojemu. Bądź co bądź, forma dwunastotaktowego bluesa jest niezmienna, a powstało na jej kanwie milion genialnych piosenek!

Masz charakterystyczny, mocny głos, który bez wątpienia jest atutem tej płyty. Czy są jakieś wokalistki, którymi się inspirujesz, podobają ci się wokalnie?

Mocny, ale zbyt mało chropowaty dla niektórych fanów bluesa. Oczywiście, że mam ulubione wokalistki. Numerem jeden jest Bonnie Raitt. Mocny, schrypnięty głos, burza rudych loków i wielka charyzma. Choć teraz jest po szcześćdziesiątce, nadal daje czadu na koncertach i śpiewa wciąż doskonale. Poznałam ją dzięki współpracy z Jarkiem Ziętkiem, który jest jej fanem. Kolejne kobieta to Gillian Welch, gwiazda amerykańskiego folku – mam jej wszystkie płyty. W Polsce niemal nikt jej nie zna, a szkoda, bo ma bardzo charakterystyczny głos i nagrywa ze swoim mężem, Davidem Rawlingsem, piękne piosenki. Oboje grają na gitarach i śpiewają, tworząc ciekawe harmonie. Polecam gorąco, bo to niesamowicie przejmująca muzyka. Jest jeszcze Susan Tedeschi, która swoim mocnym, bluesowym głosem porywa tłumy. Lubię jej słuchać, ma świetne numery, które mocno inspirują mnie w pracy z drugim zespołem, The Moongang.

Jak zakwalifikowałabyś swoją muzykę? Czy to folk, blues, a może country?

Nigdy nie lubiłam szufladkowania muzyki. Ale jeśli już muszę, użyję najogólniejszego pojęcia – gramy folk. Usłyszeć na płycie można i piosenki stylistycznie bliskie bluesowi, i tzw. kowbojki, charakterystyczne dla muzyki country. Jest też „Katie Cruel” brzmiąca jak szkocka ballada (co nie powinno dziwić, wszak koloniści w większości pochodzili z Wysp), czy „God’s Gonna Cut You Down” gdzie słyszeć można bardziej rockowy pazur. Amerykański folk to wielki wór z wieloma gatunkami, które dopiero później poszły w swoje własne strony. Na początku XX wieku wszystko było spójne i nie dzielono poszczególnych piosenek na jakieś podrodzaje. I tego się trzymajmy!

Co fascynuje Cię w tym nurcie?

Fascynuje mnie, ile treści i mocy można przekazać używając tylko jednego akordu. Jak czasem prostota harmoniczna może nadać głębi całości utworu. Chodząc na koncerty słyszę, jak często muzycy zażynają się i prześcigają w ilości dźwięków na minutę. To zresztą męczy mnie najbardziej we współczesnym jazzie – brak mu przestrzeni. Tymczasem amerykański folk proponuje go wiele. I tym, dla mnie, wygrywa.

Czy są jakieś polskie zespoły, które poruszają się wokół powyższych gatunków i podobają ci się? Jakie i dlaczego?

Za wiele takich zespołów nie ma, a może są, tylko ja ich nie kojarzę? Na pewno warto wspomnieć o dwóch pomorskich muzykach. Romek Puchowski, mistrz gitary dobro, rewelacyjny i charyzmatyczny wokalista bez kompromisów. Jak tylko mam szansę, biegam na jego koncerty bo niesamowite jest słyszeć białasa, który tak gra bluesa! Jest jeszcze nieodżałowany Miras Stanisławowicz, kiedyś lider zespołu Mississippi Blues Band, bluesman i folkowiec. Przeszywający swym dźwiękiem aż do szpiku kości. Miałam z nim okazję śpiewać i zawsze byłam pod wrażeniem tego, że wychodzi, zaczyna grać, śpiewać i… po prostu jest. Przykuwa uwagę i jest w tym bluesowaniu tak naturalny i prawdziwy, jakby się urodził nad deltą.

Czy masz już pomysły na kolejne nagrania? Czy to będzie coś zbliżonego, diametralnie innego? Jak zapowiada się twoja muzyczna przyszłość?

Płyta jest różowa, więc mam nadzieję, że i taka będzie przyszłość. Bardzo chciałabym pojechać w trasę koncertową, więc w najbliższym czasie będę więc załatwiać nam koncerty. Na pewno we wrześniu, lub na początku października zagramy promujący koncert w gdyńskim Blues Clubie. A następne nagrania? Pomysł już jest. Będzie to nadal osadzone w blues-folkowej muzyce amerykańskiej, ale zajmiemy się nieco innymi brzmieniami, choć nadal zbliżonymi do tych z „Cruel, cruel world”. Nie chcę za wiele zdradzać, ale już się cieszę na myśl o pracy, która nas czeka.