Search and Hit Enter

Bocian: na winylu brzmienie muzyki zyskuje

– Oczywistym jest, że wydanie płyty analogowej wiążę się z większym wysiłkiem i nakładem finansowym, zarówno jeśli chodzi o produkcję jak i sprzedaż. Ale to fajniejszy format, duża okładka i ciekawe nieprzewidywalne wzory na samym krążku. Trudno jest dobrze wytłoczyć czarną płytę tak, aby nie była tylko gadżetem. W przypadku większości produkcji Bociana ich finalne brzmienie jest naprawdę dobre, a czasem wręcz zyskuje po przeniesieniu na winyl – opowiada założyciel tej wytwórni, Grzegorz Tyszkiewicz.

BocianJakub Knera: Skąd pomysł, żeby wydawać płyty wykonawców improwizowanych, na dodatek na winylach? Wyczułeś lukę na rynku?

Grzegorz Tyszkiewicz: Nie sądzę żeby Bocian w tej chwili miał jakąś wyraźną linię i żeby wspólnym mianownikiem była tu szeroko rozumiana „improwizacja”. Być może było tak rok temu, ale sytuacja zmienia się dość szybko. W tej chwili profil wytwórni jest raczej wypadkową wielu rzeczy, które mnie interesują. Improwizacja jest jedną z nich, ale nie jestem pewien czy najbardziej wyraźną dla wielu odbiorców wydawnictw Bociana. Ale jeśli już rozmawiamy o improwizacji, rozumianej bardzo wieloznacznie, nie tylko jako miłą muzykę jazzową tylko coś co nazywam power improvisation, to w Bocianie reprezentują ją tacy wykonawcy jak kwartet SULT, Fire Room czy przygotowywana płyta duetu Paal Nilssen-Love/Mats  Gustafsson. Jednak poza nimi wydaję bardzo silny nurt elektroniczny, w którym znajdują się tacy twórcy jak Robert Piotrowicz, Kevin Drumm i Norbert Moslang. Wkrótce dołączy do nich Jacek Sienkiewicz czy debiutant Gaap Kvlt lub specyficznie „surowe“, piosenkowe nagrania Wojciecha Bąkowskiego czy duetu Niwea. Za jakiś czas powinna być również gotowa płyta Jurga Freya, współczesnego kompozytora ze Szwajcarii.

Wystartowałem z wytwórnią ponieważ zawsze tego chciałem, choć długo dojrzewałem do tej decyzji. Ale także dlatego, że nie miałem siły i ochoty chodzić po pracy na koncerty. Przeraża mnie też masa informacji, którą wylewają z siebie zestresowani muzycy podczas imprez, po to żeby zainteresować i „kupić” sobie na parę chwil uwagę coraz bardziej zblazowanej publiki.

Najpierw zajmowałeś się wydawaniem płyt polskich wykonawców, teraz płyty u Ciebie wydaje śmietanka z Europy czy Australii. Sam do nich uderzasz czy znajdują Bociana i się zgłaszają?

Gwoli ścisłości, nie były to wybory narodowe. Interesowały mnie – i nadal interesują – prace Roberta Piotrowicza czy kolegów z Australii gdzie, poza Orenem Ambarchi czy The Necks, w zasadzie cała masa artystów to osoby nieznane w Europie. By wymienić tylko kilku: Joe Talia, James Rushford, David Brown z Pateras/Baxter/Brown, Sean Baxter czy ostatnio Marco Fusinato który niedługo będzie supportem na trasie Thurstona Moore’a.

Na samym początku proponowałem wykonawcom wydawanie singli, nietypowego formatu dla muzyki eksperymentalnej, czegoś stworzonego na specjalnie zamówienie, w krótkiej formie. Ta krótka forma wydłużyła się, gdy dostałem LP od Seana Baxtera, którego jestem wielkim fanem. W taki sposób potoczyło się to w kierunku wydawania regularnych longplejów. W świat poszła fama, że jest taki label i muzycy zaczęli się zgłaszać sami.

Czy odczuwasz, że Bocian zyskał pewną renomę? Twoim płytom towarzyszy regularne wyróżnianie na Boomkat.com, recenzje w The Wire czy Vital Weekly. Po prostu Cię dostrzegli czy takie promocyjne działanie wymaga więcej poświęcenia?

Nie sądzę, żeby Bocian poza Polską był czymś szczególnym dla krytyki, a już na pewno nie dla fanów. Pojawiają się miłe komentarze, ale to raczej kurtuazja i rodzaj grzeczności: „wiesz masz świetny label”, „cenimy to co robisz”, „będziemy o Bocianie pamiętać przy kolejnych produkcjach”, jednak tak można napisać do każdego. Dużo sympatii w moim kierunku pojawia się teraz w Polsce i to jest bardzo fajne. Jest to jednocześnie najczystsza forma sympatii i całkowicie bezinteresowna, ponieważ niewiele przy tym sprzedaję. Trudno oczekiwać aby młodych ludzi – a tacy są głownie w Polsce fani Bociana – było stać na regularne kupno płyt winylowych. Dlatego też staram się aby ich ceny, mimo takiej samej produkcji jak płyt wytworni zagranicznych, były przystępne jak na polską kieszeń.

Czy wydawanie płyt winylowych się opłaca?

To kosztowne hobby i nic więcej, żaden perspektywiczny biznes. Z punktu widzenia „opłacalności”, bardziej opłacało by mi się robić karierę czy zdobywać dodatkowe kwalifikacje zawodowe lub solidny odpoczynek po wyczerpującej pracy. Ruszyłem z Bocianem około moich czterdziestych urodzin i trudno w tym wieku mieć złudzenie, że to się może szczególnie udać. Śledzę losy kolegów wydawców i widoczna jest raczej tendencja odwrotna. Dystrybutorzy padają, pociągają za sobą nieopłacone faktury i zaciągnięte zobowiązania, co skutkuje tym że przestaje istnieć coraz więcej powiązanych z takimi dystrybutorami wytwórni. Te, pozostawione same na pastwę losu, z trudnością bezpośrednio przebijają się do świadomości słuchaczy.

Dlaczego coraz częściej stawiam na czarne płyty, a w zdecydowanej mniejszości wydaje muzykę na cd? Bo to lubię. Oczywistym jest, że wydanie płyty analogowej wiążę się z większym wysiłkiem i nakładem finansowym, zarówno jeśli chodzi o produkcję jak i sprzedaż. Ale to fajniejszy format, duża okładka i ciekawe nieprzewidywalne wzory na samym krążku, jak chociażby na płycie Zaradny/Stangl. Trudno jest dobrze wytłoczyć czarną płytę tak, aby nie była tylko gadżetem. W przypadku większości produkcji Bociana te wszystkie kosztowne zabiegi z masteringami, wyborem studiów i tłoczni, opłacają się . Znam te materiały z CDRów, a ich finalne brzmienie jest naprawdę dobre. Materiał takich grup jak SULT czy Helium Clench wręcz zyskuje po przeniesieniu na winyl.

Coraz częściej można odnieść wrażenie, że muzyka awangardowa, eksperymentalna czy improwizowana wydawana na fizycznych nośnikach, cieszy się w swoich środowiskach większym zainteresowaniem niż chociażby pop czy rock, który łatwo dostać w sieci ale jest także znacznie prostszy ze względu na produkcję.

Zawsze tak było. Pomimo rozmytej tożsamości – bo czym niby ta muzyka eksperymentalna jest? – odbiorców zawsze ciekawiły ładnie wydane płyty.

Jak finansujesz wydawanie winyli ? Z własnej kieszeni, pieniędzy podatników czy artyści sami opłacają to, co chcą wydać?

Czasami artyści ponoszą cześć kosztów produkcji. Czasami dorzucają się do płyt w zamian za egzemplarze z test pressingu lub do kosztów dorzucają się moi znajomi z kraju, co podkreślam w podziękowaniach na okładkach. Dzięki tym kilku osobom poznanym przez Internet, nadal wydaję płyty – oni mnie dopingują i wspierają w każdy możliwy sposób. W większości jednak za wszystko płacę sam – choć nie ukrywam, że parę razy w naprawdę krytycznych sytuacjach korzystałem z „telefonu do przyjaciela”. (śmiech)

Co do tzw. kasy podatników to nie wyobrażam sobie, że dobrym dla mnie sposobem działania było by myślenie, co wydać i w wydziale kultury którego miasta-państwa lub innej sieci komórkowej łatwo zdobyć na to fundusze, a później zastanawiać się nad kolejnymi wydawnictwami i wyborem artystów. Takie położenie w kolejnym łańcuszku uzależnień i układów mnie nie interesuje. Nie po to tłoczę muzykę w weekendy, aby uzależniać się od kolejnych biurokratycznych gajowych .

Na płytach Bociana nie ma też oznaczeń sponsorów, ewentualnie patronów w stylu pisma Glissando. Raz zdarzyło się, że płytą i promocją po jej wydaniu zainteresowało się Austriackie Forum Kultury w Warszawie, które sprawiło że na premierze płyty mógł zagrać Burkhard Stangl z Anną Zaradny. Uważam z resztą, że dzięki fajnemu miejscu gdzie udało się to zrobić czyli Galerii Leto, pomocy w promocji w wykonaniu świetnego magazynu Piktogram i pracy wydawnictwa Musica Genera, a także dzięki ekipie z AFK, ci znakomici artyści mogli mieć godną swojego talentu oprawę i niezapomniany koncert.

Co powinien zrobić młody zespół, żeby wydać płytę? Działać na własną rękę, a może uderzać do dużego lub małego wydawnictwa?

Nie wiem . Pewnie gdybym miał teraz zespół, jak w latach 80-tych wydawałbym muzykę sam i na nikogo się nie oglądał. Tak było zresztą z singlem winylowym Marchlevski/Np.WAT, wydanym przez Obuh, na którego złożyliśmy się sami.

Czy sądzisz, że Bocian ma rację bytu na współczesnym rynku? Płyty analogowe to twór dla słuchaczy chcących zagłębić się w muzykę bardziej w opozycji do ściągaczy empetrójek, którzy powierzchownie poświęcają im uwagę?

Wątpię, żeby Bocian był na jakimś „rynku”. Na imprezy typu „Co Jest Grane”, gdzie spotyka się branża, raczej sam się nie zaproszę nie mam też za bardzo pieniędzy żeby się tam pokazać. Zaprasza mnie za to bezinteresownie, nie oczekując niczego w zamian, krakowski Unsound i warszawski Salon Zimowy, a także hiphopowo – klubowy kolektyw S1 organizujący polską edycję Record Store Day. Tam mogę się konfrontować, ale raczej nie z „rynkiem” czyli innymi wytwórniami, tylko z publicznością. Bocian to nie jest żaden szczególny model biznesowy i nie należy spodziewać się happy endu tego wydawnictwa w rodzaju „Benefisu z okazji 15 lecia działalności Bociana na jakimś tam rynku”, „Paszportów Polityki” albo „Złotej odznaki ZAIKS”. Może artystycznie jest to i dla kogoś udany pomysł, ale finansowo nie, co raczej się nie zmieni. Z resztą nie do końca mnie to martwi, tak samo jak słuchacze mp3 o których pytasz – każdy wybiera to, co lubi.

Które wydawnictwo z katalogu Bociana było najbardziej opłacalne, a które przyniosło Ci największy „rozgłos”?

Żadne nie było opłacalne, ponieważ kiedy błyskawicznie – bo zaledwie w ciągu kilku dni – zarobiłem na płycie Kevina Drumma, to się od razu podzieliłem się z nim zyskiem. Przy żadnej płycie nie robię specjalnej skarbony, która rozbijana ma mi pokazać zarobek i odpowiedzieć na pytanie, co jest najbardziej opłacalne. Kasę za sprzedane płyty wydaję na bieżąco na kolejne produkcje lub pokrycie jakichś dziwnych zobowiązań w stylu ZAIKS czy opłaty ZUS, którą częściowo muszę ponosić niejako podwójnie, pomimo że mam swoja normalna, „poważną“ pracę.

Jeśli chodzi o znaczący „rozgłos“ to takim wydaje mi się sukces Anny Zaradny i odbiór jej płyty w Wielkiej Brytanii. W Polsce była to oczywiście Niwea. Paradoksalnie myślę jednak, że po latach najbardziej poszukiwane będą te płyty, w które najwięcej dosłownie „wtopiłem” czyli pierwsza siedmiocalówka Roberta Piotrowicza i split Piotrowicz / Hausswolff. Znaczna część nakładu tej ostatniej została podtopiona z powodu deszczu i zniszczona, gdy byłem poza domem, a prawie wszystkie longpleje – na swoje nieszczęście – trzymałem wtedy w piwnicy .

——————————————————————————————————————————————————————————————————————————————————

Wypowiedź założyciela Bocian Records, to trzeci głos w cyklu „Jak wydawać muzykę?”, w którym doświadczeniami i poglądami wymieniają się przedstawiciele polskich niezależnych labeli. Opowiadają jak rozpoczęła się ich działalność, czy ma ona rację bytu, a także jak w ogóle funkcjonują. W dyskusji udział biorą przedstawiciele Bocian Records, Nasiono, Thin Man, Few Quiet People, Oficyna Biedota i Mik Musik.

Dotychczasowe głosy w dyskusji: