Search and Hit Enter

Najlepsze płyty (Astral Spirits) 2020 roku

Od kolektywnej improwizacji, przez minimalizm, ambientowe pasaże, drone i ciężkie gitary. oto mój przegląd najciekawszych wydawnictw Astral Spirits AD 2020.

>>>Read in English<<<

Nathan Cross jest szalonym człowiekiem. Wydaje tuziny interesującej muzyki, kreśląc bardzo szeroki obraz współczesnej sceny improwizowanej. Wydawnictwa Astral Spirits mają charakterystyczną oprawę, za które odpowiedzialny jest Jaime Zuverza (ale nie ta powyżej) – mogą kojarzyć się z innymi jazzowymi labelami pokroju ECM, Blue Note czy Polish Jazz. Tyle, że założyciel wytwórni z Austin wydaje się nie być zainteresowany stylem (który w przypadku ww. bywa czasem zbyt przewidywalny), a raczej nieustannym poszukiwaniem. Nie inaczej jest w tym roku, kiedy – co nie było łatwe – starałem się śledzić jak najdokładniej te wydawnictwa, a ukazało się ich ponad 30! O dwóch pisałem – albumie duetu Lea Bertucci/Amirtha Kidambi oraz drugiej płycie Chicago Underground Quartet. Poniżej wybieram 9 najciekawszych wydawnictw z tego roku, patrząc na linię programową labelu jak najszerzej.

LUKE STEWART Exposure Quintet

Luke’a Stewarta na żywo słyszałem z Irreversible Entanglements i Jamesem Brandonem Lewisem, uwielbiam jego duet Black Myths. Tu kontrabasista jest inicjatorem idei, splatającej muzyków ze sceny chicagowskiej – w składzie są Ken Vandermark i Edward Wilkerson Jr na dęciakach, Jim Baker na fortepianie i Avreeayl Ra na perkusji. Ileż w tym energii i życia, a jednocześnie przepięknego spójnego grania! Muzyka mieni się barwami kolektywnej gry, pozbawionej hierarchii, za to wypełnionej czujną improwizacją. Na początku jest hałaśliwe, mocne otwarcie, potem gra jest bardziej stonowana. Dwuczęściowy „HAARP” jest prowadzony miarowo, Stewart punktuje ten nastrój przeciągłymi frazami na kontrabasie. Finał to mocne uderzenie, które spina całość klamrą. Tyle muzyki, a nie ma momentu, w którym ginęłaby we wzajemnych przepychankach czy dźwiękowym chaosie. Kwintet gra w pełni demokratycznie, buńczucznie i jest miejsce na ekspozycję – zgodnie z nazwą – wszystkich.

 

QUIN KIRCHNER The Shadows and The Light

The Shadows and The Light przypomina trochę In the Moment Makaya McCraven – Quin Kirchner to kolejny perkusista ze zmysłem do klejenia muzycznych mozaik, bazujących na zmiennej sekcji rytmicznej. Tu czuję jednak większą spontaniczność, pomysłów uwidocznionych przez udział kolejnych muzyków, którzy poszerzają jego paletę barw. Od fascynacji Mingusem, Cohranem i Sun Ra wiodą przez zwięzłe improwizacje po skupienie i eksplorację pomysłów. „Pathways” ze świetną grą na kontrabasie Matta Ulery’ego i fletowymi zawijasami Nate Lepine jest minimalistycznym momentem wyciszenia, które przechodzi w orkiestralnie brzmiącą „Saharę”. Ta medytacja i trans świetnie kontrastują z rozdygotanym „Batá Chop” o karaibskim posmaku albo orkiestralnym „Planet Earth”. Same perkusjonalia kreślą obraz od solidnego bebopowego grania aż po frywolne solówki – czasem łopotanie na bębnach przechodzi w delikatną grę na kalimbie. 1,5 godziny nie nuży ani przez chwilę.

 

J. PAVONE STRING ENSEMBLE Lost and Found

Jessica Pavone przewinęła się przez niejeden zespół – ostatnio o współpracy z nią wspominała mi Mary Halvorson; razem grały też w septecie Anthony’ego Braxtona. Lost and Found to kolejne stadium koncepcji do wydanego przed rokiem Brick and Mortar. Tytuły utworów podkreślają dualizm, co przekłada się też na ich układ, dyktowany zarówno przez tradycyjną notację jak i cyfrowy zegar, będący wyznacznikiem sekcji, czasu trwania poszczególnych składowych i wskazówek, w którym kierunku zmierzać. To nietypowy kwartet smyczkowy – dwie wiolonczelistki (liderka i Abby Swidler), dwie skrzypaczki (Erica Dicker i Angela Morris). Linie ich instrumentów zderzają się, powielają, budują niby-rezonansowe echo („Rise and Fall”), czasem sinusoidalne formy, harmonizują się, ale też zahaczają o horror w stylu Pendereckiego. Nie jest to jednak koncepcyjna dywagacja, ale kompletna kompozycja, której trzeba poświęcić uwagę w całości – rezultat jest doskonały.

 

MACIE STEWART & LIA KOHL Recipe For a Boiled Egg

Macie Stewart i Lia Kohl poruszają się zarówno w świecie muzyki improwizowanej (ZRL, Marker czy The Few) jak i scenie indie (Ohmme tej pierwszej). Pierwsza gra na skrzypcach, druga na wiolonczeli – razem grają oszczędnie i minimalistycznie, ale tylko pozornie, bo w tych muzycznych miniaturkach pozwalają się ponieść. Jest miejsce na improwizacje w stylu „Perfect (Every Time)” – punktowe i granie z urywanymi wokalizami i pociągnięciami na smyczkach. Ale też na kierunek w stylu „Open Winded” – filmową i emocjonalną melodię z przepięknymi harmoniami. Czasem budują szkielet piosenkowych form, aby go porzucić na rzecz quasi sound-artu. Lub zabarwić całość dziewczęcym żywiołem w „The” „Electric” „Slide” lub „Screaming Tea” zabarwionym donośnymi popiskiwaniami. Otwarty, lekki, a jednocześnie śmiały album; spontaniczna gra, pełna fantazji i frapujących detali, a w temacie improwizacji jedno z najlepszych nagrań w 2020.

 

CRAZY DOBERMAN Illusory Expansion

Trzonem Crazy Doberman są Drew Davis, Tim Gick i znany chociażby z Wolf Eyes John Olsen, ale na Illusory Expansion przewinęło się łącznie aż 16 muzyków. Ta kolektywna improwizacja ma wyznaczone ramy, których muzycy się trzymają, raz grając miarowo z klarnetami basowymi na czele („518 wagons for california”), raz mrocznie jak z horroru, sprawnie łącząc akustyczne i sonorystyczne pojękiwania z metalicznymi, ale i trochę kosmicznymi elektronicznymi pasmami („relentless hunger”). Czasem przywołują na myśl Exploding Star Orchestra albo Gruppo di Improvvisazione Nuova Consonanza – zapędzają się w różne rewiry, ale grają spójnie i charakterystycznie. Rozharmonizowane tony, syntezatorowe smugi, gitarowy jazgot, ambient (“The Sight of Earth.”), klasyczna improwizacja („human tracks!”) czy sci-fi sonoryzm (“Effect of the Gold Fever”) – dzieje się tu sporo, na szczęście w odpowiednich proporcjach, o co przy tak dużym składzie wcale nie łatwo.

 

CALDWELL/TESTER Little Flower

Landon Caldwell i Mark Tester współtworzą m.in. wspomniany wyżej Crazy Doberman, ale grali też w innych składach. Na Little Flowerskładają się dwie sesje nagraniowe, które różnią się przede wszystkim użytym instrumentarium (ta z 2017 roku jest bardziej zelektryfikowana i syntetyczna, ta z 2018 bardziej zniuansowana detalami). Little Flower jest jednym z tych, które w katalogu Astral Spirits najbardziej odbiegają od jego free-jazzowego idiomu. Przeplata się tu cały czas urocze i ciepłe akustyczno-elektroniczne brzmienie: czasem wzmocnione pogłosem i syntezatorową powłoką Arp Odyssey ( „House of Phase”), kiedy indziej łączące kosmiche musik z fortepianem na pierwszym planie („Flighty”) albo punktowe glassowskie granie („The Alarm”). Te dwie ścieżki łączy najdłuższy na płycie „Lil' Flower Jam”, a całość cechuje lekkość – efektem jest wyimprowizowany kosmos bez patosu na dywanie w pokoju.

 

SARAH HENNIES Reintervention of Romance

Sarah Hennies zasługuje na osobne podsumowanie w tym roku (polecam Resevoir 1, Spectral Malsconcities i Extra Time a bonusowo tekst w The New York Times). Reintervention of Romance powstało na zamówienie Ashlee Booth and Adam Lion z Two-Way Street – to następujący po sobie zestaw wzorów dźwiękowych, które oszczędnie budują repetycje, rezonujące echem, a czasem wręcz swoim uciążliwym metalicznym wybrzmiewaniem. Duet gra na wiolonczeli i wibrafonie, stosując smyczki na obu instrumentach, okazjonalnie grając na tym drugim w bardziej klasyczny sposób. Kluczowe są zapętlenia, grzebanie w rozjeżdżającym się patternie czy po prostu rutynie. Tę powtarzalność, powracające echo, przeobrażenia, z których Hennies udało się wyciągnąć esencję i piękno, dostrzeżemy obejmując uchem całość. To też odwołanie do wspólnego życia dwóch osób w tej samej przestrzeni. W pandemicznym zamknięciu w te 90 minut zyskuje dodatkowy wymiar.

 

JOHN KOLODIJ First Fire • At Dawn (Astral Editions)

Dualizm, u Pavone o którym pisałem, jest też u Johna Kolodij. To muzyk, który na amerykańskiej scenie funkcjonuje od wielu lat, poszukując w obszarze Americana i drone music. Teraz stworzył muzyczną impresję świtu i zmierzchu. Dronowa „First Fire” uderza mrokiem, fakturą, która gęstnieje – Kolodij, znany z podobnych dokonań w High Aura’d zanurza się w mroczne, noise’owe, momentami nawet black-metalowe brzmienie. Na „At Dawn” przechodzi na jasną stronę. Słoneczne formy budowane grą na gitarze, ale też na banjo i nagraniami terenowymi ptaków dają podstawy do mantrycznej, letniej opowieści, wzbogaconej o skrzypce Anny Roberts-Gevalti i perkusjonaliów Sarah Hennies. Tu znów pojawia się wszechobecny drone, ale w mniejszym stopniu skondensowany, mieni się większą ilością barw. Podoba mi się i wciąga za każdym razem detaliczne brzmienie i wrażenie nieskończoności, ale też sposób uchwycenia momentu i dźwiękowej wizualizacji momentu dnia.

 

PHICUS Solid

Macki Astral Spirits sięgają także poza Amerykę Północną. Skład Phicus kojarzę przede wszystkim przez perkusistę Vasco Trilla, który często gra m.in. zarówno z reprezentacją sceny portugalskiej jak i polskiej. Z dwójką muzyków tworzy klasyczne rockowe trio – Ferran Fages gra na gitarze elektrycznej, a Àlex Reviriego na basie – w większym stopniu niż na hymnach pokolenia skoncentrowane na otwartych, free-jazzowych i awangardowych poszukiwaniach. Gęsty i ciężki bas przykuwa uwagę, podobnie jak rzężąca tuż za nim gitara elektryczna. Trilla punktuje muzyków feriami perkusji w tle, ale wysuwa się też na pierwszy plan (dronowe „HBr”). Początek brzmi metalowo, chociaż próżno tu szukać równomiernego rytmu, finał odjeżdża w frywolne zawijasy, gdzie uwypukla się nacisk na detal dźwięku strun gitary i basu, które generują szorstkie brzmienie. Solid to gęstą magmę, w której najważniejszy nie jest przytłaczający ciężar i hałas, ale czujnie grające trio, poszukujące niuansów. 

 

ANÁHUAC Anáhuac / ascua / Y_y

Amerykańsko-meksykańsko-niemieckie trio wypuściło trylogię, która obejmuje razem ponad 2 godziny muzyki i wspólne wątki różnicuje w obrębie kolejnych tytułów. W programie: kontrabas, gramofon, elektronika i perkusjonalia. Ascua na początku tężnieje jak zaginana kartka papieru (co kojarzy mi się też z dźwiękiem jaki wydaje) – muzyka jest coraz gęstsza, kumuluje się. Drugi utwór bazuje na loopie, a w finale perkusja Chrias Cogburna i smyk rezonuje metalicznym pogłosem i efektami w tle. Anáhuac przypomina foley room, powidoki dźwięków z dzwoneczkami i szmerami na czele. Skrawki kontrabasu Juan Garcíi przeplatają się ze skrzypieniem gramofonu Ignaz Schick i delikatnymi uderzeniami w membranę bębna; akcja rozgrywa się na granicy ciszy. Y_y to mechaniczna pętla, najciekawsza, kiedy spośród jazgotliwego kontrabasu wyłania się gramofonowa samplodelia ze szczątkami melodii. Raz bliżej filmu, kiedy indziej sound-artu. Efektem jest środowisko dźwiękowe o wyjątkowej narracji.