Search and Hit Enter

7 wspaniałych: co możesz zrobić z gitarą

Od prymitywistycznych improwizacji, przez post-punkowe melodie, preparowanie instrumentu aż po metalowo-punkowe ściany dźwięku. Oto przegląd muzyki gitarowej – tej, która korzysta z gitar, najlepiej w jak najmniej oczywisty sposób.

>>READ IN ENGLISH<<

Etos gitarzysty, który – pochylony nad swoim instrumentem – stoi na scenie z zestawem efektów i ścianą wzmacniaczy to dobrze znana klisza w muzyce. Pominę już spazmatyczne solówki – upopowienie instrumentu – z których muzyka gitarowa nierzadko nie jest w stanie się uwolnić. Przez to zakleszczenie gatunkowe artyści i artystki operujący tym instrumentem, poruszający się po szeroko rozumianej scenie gitarowej, rzadko kiedy zaskakują świeżym spojrzeniem. Z centrum zainteresowań tą estetyką lubię więc zbaczać na peryferia: tam, gdzie poszerza się perspektywę gitary, jej barwę, funkcje, ale też sposób komponowania. Może być wciąż na pierwszym planie, ale nie brzmieć w wyświechtany sposób – najważniejszy nie jest tu „rockowy pazur”, ale cały wachlarz możliwości instrumentu, wszystko to, co jest ukryte za głośnym brzmieniem. Z tym nastawieniem przyglądam się siedmiu poniższym wydawnictwom.

Ale Hop, Life of Insects, Buh Records

Alejandra Luciana Cárdenas grać na gitarze zaczynała w indie popowym Las Amigas De Nadie, aby później zboczyć z tego kierunku. Jako Ale Hop bada granice instrumentu, często na styku z sound-artem. Na Life of Insects gitarę słychać, czasem nawet bardzo wyraźnie, ale to zaledwie jeden z elementów. Pochodząca z Peru, a mieszkająca w Berlinie artystka postanowiła – inspirując się sprowadzanymi do domu owadami – stworzyć dźwiękowe wyobrażenie środowiska życia insektów. Swego czasu na taki krok zdecydował się duet Porcje Rosołowe w bardzo minimalistycznej, naśladującej odgłosy zwierząt odsłonie, ale Cárdenas owe środowisko maksymalizuje. Słychać tu sporo glitchu, industrialnych ścian („Pollinators”), kojarzącymi mi się z dokonaniami Austriaków z Radian. Artystka kumuluje brzmienie, metaliczne quasi perkusyjne warstwy (czasem nawet lekko bitowe jak w „Someday We’ll Dance Again”) łączy z gęstymi basowymi pasmami. Efektem bywa wizja futurystycznego owadziego brzmienia, czasem liryczna („The Pearl Diver”), którą potem artystka dekonstruuje. Jest w tym sporo zacięcia w kierunku sound-designu, skrupulatnej produkcji, uwypuklania detali. To płyta nieprzegadana i spójna narracyjnie – wisienką na torcie jest oryginalne wideo do „Jungle Depredation”, utworu zamykającego album, który pokazuje, że taka muzyczna forma może mieć frapującą wizytówkę wizualną.

Yannis Kyriakides & Andy Moor, Pavilion, Unsounds

Andy Moore znany jest z działalności w The Ex, ale to wierzchołek góry lodowej jego muzycznych zainteresowań. Z Yannisem Kyriakidesem założył label Unsounds, w którym właśnie wydali piąty wspólny album. Ich dotychczasowe poszukiwania sięgają różnych metod i epok – w samym tylko 2010 roku wydali album bazujący na szesnasto- i siedemnastowiecznej kompozycji La Folia oraz kapitalną Rebetikę, na której zinterpretowali grecką muzykę miejską. Z nią, bardzo dynamiczną i trochę balladową, tegoroczny Pavilion mocno kontrastuje – jest spokojniejszy, bardziej statyczny i abstrakcyjny. Moor gra na gitarze w lirycznej, postrzępionej manierze, a Kyriakides sięga po Mooga, Buchlę czy Vermonę. Efekty to wybór z 9 godzin nagrań, które muzycy zarejestrowali przez 3 dni we francuskim pawilonie na Biennale w Wenecji w 2017 roku. To 50 minut muzyki delikatnej, subtelnej, pociętej, w której liryczna gitara i chłodna elektronika funkcjonują w symbiozie. Otwierająca „Camer” zwraca uwagę odhumanizowaną elektroniką na drugim planie i emocjonalnie brzmiącą gitarą na pierwszym. W „Dedalo” dla odmiany zapętlone partie instrumentu dają podstawę do quasi-bitowych elementów Kyriakidesa. Cały ten album to dźwiękowa mozaika elementów, które razem brzmią sensownie – to nie tylko przykład czujnej improwizacji, ale też umiejętnej selekcji materiału, bazującego na kontrapunktach. Współpraca otwarta, intuicyjna, ale też bardzo poetycka, koherentnie ukazująca rozwój i poszukiwania muzyczne duetu.

Dwarfs of East Aguoza, The Green Dogs of Dahshur, Akuphone

Trio z Egiptu w składzie z kapitalnym Samem Shalabim (Land of Kush), Maurice’em Louca i Alanem Bishopem (Sun City Girls) gra już ponad sześć lat, dzieląc pomiędzy siebie dwie gitary, elektronikę, lutnię oud i saksofon. Jeśli jeszcze na Bes gitary na tle hipnotycznych rytmów, które tworzył Louca, zwracały uwagę, teraz, na The Green Dogs of Dahshur wyłaniają się nierzadko w nieoczekiwany sposób. Jako kaskada dźwięków jak w „Black Sun of Intent” albo bardziej statycznie jak w „Organism 46-B” z sonorystycznymi solówkami Bishopa i wodnymi dźwiękami przypominającymi nagrania terenowe. Świetne popisy na instrumencie daje tu Sam Shalabi, który kapitalnie przekrzykuje się z Bishopem w połowie „Bent, Black and Red”. Na ich trzeciej płycie więcej jest miejsca na abstrakcję, otwarte formy i odchodzenie od ścisłych struktur – nie tak rytmicznie jak na debiucie, nie tak jazgotliwie jak na wydanym dwa lata temu Rats Don’t Eat Synthesizers. Tutaj wydają się słuchać siebie najbardziej, myślą o muzyce holistycznie, przez co album od początku do końca brzmi bardzo spójnie, a nie jak rozwydrzony jam. Trio kontempluje muzykę, wymienia się zagraniami, które przyjmują mantryczny charakter. Wydawałoby się, że to zespół o wypracowanej formule, ale The Green Dogs of Dahshur zaskakuje na tyle, że nie wiem, czy nie jest to ich najlepsze wydawnictwo.

Handle, In Threes, Upset the Rhythm/Maternal Voice

O ile Handle czerpie z no wave czy post-punka, to gitary elektrycznej nie wykorzystuje. Jest za to bas i cała ich maniera, która może przypominać brzmienie bardzo gitarowe, a także klawisze i perkusjonalia. Pasuje mi jednak do stylistyki, która zazwyczaj z gitarami się kojarzy – nerwowej, mięsistej, ekstatycznej. 2/3 zespołu wchodzi w skład D.U.D.S., a grupę na kosmicznym wokalu dopełnia Leo Hermitt. Hipnotyczna muzyka, nieustająca pulsacja wyrazista linia basu i polirytmiczne perkusjonalia dają świetną podstawę do syntezatorowych melodii i zawijasów. A do tego liryczne teksty wykrzykiwane na tle połamanych, dance-punkowych form, które najczęściej zamykają się w 2-3 minutach. Zawieszone pomiędzy Manchesterem, Londynem a Brukselą trio tworzy muzykę o charakternym języku, oryginalną, brudną, wydawałoby się pełną chaosu i nieokiełznania, ale jednocześnie przebojową i pociągającą. Grupa gra minimalistycznie, pozostawiając przestrzeń na każdy z instrumentów, świetnie utrzymuje narracyjne napięcie, a jednocześnie w lekki i frywolny sposób bawi się dźwiękiem. Być może In Threes to muzyka skrojona na nasze czasy – rozedrgana, tworzona w konwulsjach, wypluwana w kierunku słuchacza. Jednocześnie przynosi swego katharsis, przekładając na język muzyki doświadczenia niełatwej rzeczywistości.

Gentle Stranger, Love and Unlearn, PRAH

Kolejne trio, tym razem tylko z Londynu, uprawia żonglerkę o wiele bardziej rozbudowanym instrumentarium. Są klawisze, puzon, akordeon, soczyste perkusjonalia, można też wyłowić brzmienie gitary. Gentle Stranger zachowują się jak objazdowa trupa, sami określają się mianem post-clownów. Nie robią sobie jednak jaj, potrafią zagrać lirycznie, ale to też trzeba wyłapać w natłoku pomysłów. Minutowy „Love and Unbass” to ukłon w kierunku rock’n’rolla, „Dunce Disco Anthem” w krzywym zwierciadle przygląda się muzyce tanecznej, a „Basic Stretches” to folkowe granie z dęciakowym zawijasem. Ich ojcem chrzestnym mógłby być Frank Zappa, a drugim Captain Beefheart, ale poszukajmy już tych gitar. W „Hurry Horse” zaczynają od zwinnego riffu na początku po zabawy fakturą instrumentu w drugiej połowie. Liryczny „Two to Carry” bazuje na śpiewie i bębnieniu, a delikatne pociągnięcia na strunach wyłaniają się na końcu. Można mieć poczucie, że absurd Gentle Stranger ginie w chaosie, ale wbrew pozorom to zmyślnie ułożona mozaika, która łączy elementy folku, rocka, jazzu, szant, kwaśnej elektroniki czy no wave. A kiedy myślisz, że na końcu już nic się nie wydarzy, serwują uroczą i zwięzłą „Obvious As Snow”. Mnie ta trupa klownów przekonuje, chciałbym zobaczyć ich na żywo.

Kostkiewicz/Rychlicki, Zapis, Maternal Voice/Absolute Fiction

Łukasz Rychlicki i Hubert Kostkiewicz to na polskiej scenie gitarowej postacie obecne od dawna. Pierwszy szlifował język muzyczny w Kristen, teraz przede wszystkim w Lotto; drugi szybko wykrystalizował brzmienie z The Kurws. Oba zespoły mają charakterystyczne i unikalne brzmienie i nieszablonowo patrzą na gitarę. Na Zapisie duet jest sam na sam ze swoimi instrumentami i można by ich postawić obok reprezentacji katalogu Three Lobed Recordings z Tomem Carterem albo Danielem Bachmanem na czele. To pół godziny abstrakcyjnego, ale mięsistego brzmienia (świetnym przykładem „Seventh Pressings”), onirycznych bluesowo-folkowych wariacji („Sunrise With Steel Objects”) czy dronowych, teksturalnych studiów przypadku instrumentu („How to Draw Water”). Gitarowe frazy gęstnieją, czasem duet operuje na detalach, zahacza lekko o melodyjne, zawiesiste rezonanse, ale przede wszystkim eksploruje gitarowy prymitywizm. Jest w tej abstrakcji zwięzłość, lekkość, a jednocześnie wizja muzyki mocno skonkretyzowana, sugestywna i uparcie drążąca brzmienie instrumentu. Startują jak najbardziej z pozycji etosu gitarowego, ale z każdą kolejną minutę oddalają się od niego, kończąc gdzieś na peryferiach – wtedy brzmią najciekawiej.

Deafkids & Petbrick, Deafbrick, Rocket Recordings

Założyciel legendarnej Sepultury, Igor Cavalera przed rokiem zadebiutował z nowym projektem, Petbrick. A teraz skrzyżował drogę z jednym z najlepszych zespołów z tego kraju, Deafkids, o których wspaniałym albumie „Metaprogramação” rozpisywałem się przed rokiem. Petbrick łączy industrialne brzmienie z syntezatorowymi ścianami dźwięku, Deafkids poszukują odkryć na styku punka i awangardy. Połączenie tych elementów to potężny zestaw kompozycji, których głównym punktem są potężnie brzmiące ściany gitar, rdzenne perkusjonalia oraz syntetyczne partie klawiszy i bitów. Dźwiękowy pejzaż buzuje od gitarowego jazgotu, który co chwilę się kumuluje. Przykładem dwuminutowa „Força Bruta”, gdzie przemielone gitary pędzą na złamanie karku za bitami Cavalery. Deafkids z post-hardcore’ową estetyką świetnie się w tym odnajdują. Mocnym kontrapunktem jest spokojniejszy „The Menace of the Dark Polar Night”, gdzie do głosu dochodzą futurystyczne partie elektroniki, deformowane w drugiej połowie. „Máquina Obssessivo-Compulsiva” i „O Antropoceno” kładą nacisk na bębny, jest też miejsce na hipertekstualne nawiązanie do tradycji gatunku, kiedy kwintet reinterpretuje „Free Speech For The Dumb” Discharge. A wszystko to zamknięte w transowym huraganie w postaci dwóch odsłon „Primeval”. Bardzo intensywny, ale wciągający album.