All posts filed under: Recenzje

Calineczka – Wydatek neutronów podczas pobudzonej wybuchowo kompresji deuter​-​tryt w układzie cylindrycznym z warstwą o dużej inercji

Michał Stańczyk już przeszło od dekady tworzy minimalistyczną muzykę, balansującą w okolicy powściągliwych i rozciągniętych w czasie dronów. Trzy utwory na wydawnictwie “Wydatek neutronów podczas pobudzonej wybuchowo kompresji deuter​-​tryt w układzie cylindrycznym z warstwą o dużej inercji” – płycie o najdłuższym tytule, z jakimi miałem okazję się spotkać – są proste w formie, ale wymagają odpowiedniego odsłuchu. Pamiętam jak Stańczyk jako Calineczka swego czasu grał w gdańskiej Kolonii Artystów. Doprecyzowane brzmienie, rezonujące w przestrzeni sali, basowe podszycie, odczuwalne fizycznie na organizmie – to wszystko wpływa na znaczenie tego projektu i tamtego koncertu, który wpłynął na sposób słuchania i utkwił mi w pamięci do dziś. Album, który ukazał się w Szarej Renecie może i brzmi dla niektórych jak sprzężenie kabli, z jakimi mamy do czynienia nie raz. Jest w nim jednak spora doza performatywności, dźwiękowej rzeźby, zamkniętej w czasie, ale jednocześnie wydłużającej jego trwanie. Zwłaszcza wtedy, kiedy w prosty dźwięk wkracza pogłos, pewne rozwarstwienie, które, nie wiadomo już czy jest zaplanowanym efektem czy zjawiskiem akustycznym, halucynacją, wywołaną tak długim przysłuchiwaniem się kompozycji. Ale działa przede wszystkim …

Alien Lizard – Pure Kafka

Pure Kafka, tajemniczy trójmiejski zespół, bardzo mocno jest zakorzeniony w psychodelicznym, pełnym przesterów graniu, masie efektów i rozmytych wokalizach. Jak wskazują tytuły utworów oraz wykorzystane w niektórych z nich wypowiedzi, to także grupa, obficie czerpiąca z popkultury (Bukowski, Huxley, Jodorovsky), przez co mocno ideologicznie zabarwia swoją muzykę. Sęk jednak w tym, że same kompozycje na “Pure Kafka” się bronią. Alien Lizard podążają tropem psychodelicznego, czasem art-rockowego grania, pełnego przestrzeni, pogłosów, ale też osobliwego i onirycznego nastroju. Pomimo, że ich kawałki mają różną długość, ciekawie się rozwijają, przyjmując trochę motoryczny i jednostajny rytm, na którym duet ciekawie buduje swoje muzyczne pomysły. Alien Lizard potrafią snuć spokojne i melodyjne piosenki, ale nie jest im obcy gitarowy i noise-rockowy zgiełk. “Pure Kafka” czerpie z tradycji space-rocka, muzyki trochę kwaśnej, psychodelicznej. Nie narzuca się, raczej stopniowo rozkręca się niczym film drogi, czerpie z tradycyjnej gitarowej szkoły shoegaze czy częstych sprzężeń i natężenia dźwięku. W dzisiejszych czasach jednak jawi się jako coś ciekawego – może zwracającego się w kierunku tradycji, a może interesująco podejmując dyskusję z jej dorobkiem. Duet nie …

Vreen – szwartyszaroszarny

Długą trochę przeszedł Mateusz Kunicki, który zaczął swoją muzyczną przygodę niemal dwie dekady temu z zespołem Kevin Arnold. Twórcy słynnej “Farelki” przeszczepiali na polski grunt muzykę indie, a ostatnie słowo powiedzieli płytą “Masto don’t drivers” w 2006 roku. Kunicki jednak włączał się w różne składy, w tym chociażby Where is Jerry czy okazjonalnie realizując swoje solowe pomysły jako Vreen. Przyznam, że efekty jego twórczości były różne i nie zawsze przypadały mi do gustu, bo często błądziły wokół nienajlepszych pomysłów, schodziły na mieliznę albo nawet wydawały się swoistą zabawą z muzyką, mało jednak przyswajalną przez ucho słuchacza. “szwartyszaroszarny” pozornie może być znów płytą rozmemłaną czy niechlujną, ale dla mnie ta otwarta forma jest bardzo przekonująca, dzięki czemu to jedno z jego najlepszych wydawnictw.  Vreen gra przede wszystkim na gitarze akustycznej, ale sięga też po banjo, czasem pojawia się tu perkusja. Muzyk snuje swoje muzyczne opowieści prawie bez tekstów, robiąc wyjątki jedynie w zaledwie kilku miejscach. Kompozycje są zazwyczaj zatytułowane pierwszą literą jego imienia i cyfrą je porządkującą. Vreen snuje swoje muzyczne opowieści na granicy bluesa i folku, …

Canis Arboris – Bardo

Swego czasu na łamach Nowe idzie od morza pisałem o zespole Dogs in Trees. Jedna z osób go współtworzących, Paweł Goździewicz, właśnie wydał solowy album jako Canis Arboris. Nie jest to jego pierwsze wydawnictwo, ale dopiero teraz na ten projekt trafiłem. Album, podobnie jak wydawnictwa Dogs in Trees ukazuje się nakładem efemerycznego Psuka Records, ale zupełnie różni się od macierzystego składu Goździewicza. Z grubsza można byłoby go zaklasyfikować do kręgu muzyki ambientowej, okazjonalnie noise czy drone. Ale te określenia wskazują na oczywiste skojarzenia, natomiast Goździewicz budując gęstą tkankę brzmieniową, wykorzystuje całe spektrum muzycznych składników – jest syntezator, gitara elektryczna, ale też bliskowschodni instrument strunowy bağlama, środkowowschodnia piszczałkę ney podobną do fletu czy nagrania terenowe zwierząt ludzi albo otoczenia. Czasem pojedyncze brzmienia instrumentów wysuwają się na pierwszy plan (początek “Heart of the Bay”), ale częściej ten cały konglomerat brzmień i dźwięków splata się w pełnobrzmiącą tkankę, dzięki której Goździewicz buduje mroczny, ale też oniryczny i bardzo przestrzenny nastrój. Artystów, którzy bazowali na drone-ambientowym czy post-rockowym graniu gitarowym, było sporo, ale Canis Arboris zwraca uwagę tym, że nie …

Dick4Dick – Dick4Dick is a Woo!Man

Dick4Dick już od ponad dekady lawirują między gatunkami, stylistykami i pomysłami. Od tego czerpania z dorobku innych zaczęło się już na „Silver Ballads” wydanej w 2012 roku, kiedy zespół w pastiszowy sposób przerabiał utwory zespołów rockowych. Potem każdy kolejny album w zasadzie pokazywał inny obszar ich zainteresowań, skręcał i zespół obierał nowe kierunki, dzięki czemu trudno do dziś ich zaklasyfikować do jednej szufladki. Na „Summer Remains” grupa położyła większy nacisk na melodyjne gitary, z kolei od „Who’s Afraid of?” o wiele mocniej penetruje terytorium elektroniczne, czego kumulacją jest „tau Ceti e”, a „Dick4Dick is a Woo!Man” jest tego ukoronowaniem. Oto bowiem zespół, którego skład kilkakrotnie się zmieniał, postawiał na mocno elektroniczne, dyskotekowe brzmienie. Praktycznie każdy kolejny kawałek jest tutaj parkietowym hitem, a i w radiu sprawdziłby się dobrze, chociaż prawdopodobnie na żadnej antenie nie zagości dłużej (a szkoda). Na dodatek zespół postanowił, aby przewrotnie dość zaprosić do udziału w utworach kobiety – w każdym więc utworze śpiewa płeć piękna. Jest Natalia Nykiel, Justyna Chowaniak z Domowych Melodii, Marsija z Loco Star, Joanna Halszka Sokołowska czy …

Czechoslovakia – Malimy

Czechoslovakia od samego początku była mocno osadzona w nostalgii za dzieciństwem. Już „Made In” wskazywał wyraźne pole zainteresowań zespołu: snucie czasem absurdalnych historii z perspektywy dziecięcego pokoju. „Malimy” na tę perspektywę wskazuje już w tytule. Czechoslovakia buduje swoje utwory w ramach możliwości dosyć prostego instrumentarium, chociaż tym razem Adam Piskorz i Paweł Strzelczyk zostali wzmocnieni przez Krzysztofa Wrońskiego na perkusji. Muzyka jest przez to intensywniejsza, ale też bardziej psychodeliczna – żywa perkusja pozwala na frywolność i nieokiełznanie, których tu nie brakuje. Zespół snuje swoje czasem abstrakcyjne teksty, w których kierunek czasem wyznacza skojarzenie, a czasem rym. Efekty są nierówne – czasem zespół trafnie puentuje dziecięce albo i młodzieńcze perspektywy, czasem schodzi trochę na mieliznę. Ale „Malimy” to także wejście w dorosłość jak w otwierającej „Nocą” czy „Synu”. Wydaje się, że wtedy zespół patrzy na świat trochę poważniej, może nawet z obawą przeciwko tej dorosłości i temu wszystkiemu co może spotkać nas poza dziecięcym podwórkiem. Czechoslovakia swój poprzedni album wydała aż pięć lat temu i była to rzecz bardzo oryginalna zarówno ze względu na warstwę muzyczną …

Rito – Rito

Piotr Pawlak w wywiadzie przed koncertem Rito opowiadał o lenistwie, które towarzyszy jego działalności. Trudno mi się z nim czasem nie zgodzić, zwłaszcza że do dziś światła dziennego nie zobaczył świetny materiał Gym Society nagrany z Michałem Gosem, po którym wiele sobie obiecywałem. Jednocześnie Pawlak – muzyk Łoskotu, Kur, Bielizny, twórca wyjątkowej kompilacji OLTER – jest aktywny, bo ciągle gdzieś gra. Ponadto swego czasu wykazał się kreatywnością i w momencie gdy Nadbałtyckie Centrum Kultury zaproponowało mu koncert benefisowy, nie odegrał „szlagierów” ale zawiązał specjalnie na tę okazję skład z muzykami tria GosStroSta czyli perkusyjnego zespołu Michała Gosa, Jacka Stromskiego i Kuby Staruszkiewicza. Pamiętam doskonale ich debiutancki album, świetnie uwypuklający różnej maści bębny, perkusjonalia i przeszkadzajki. Zespół zagrał koncert w Teatrze Wybrzeże w Sopocie, rok później dokumentacja znalazła się w serwisie Ninateka, ale dopiero teraz materiał ukazał się na płycie. Album niejako uprawomocnia to zdarzenie, wcześniej funkcjonujące jako koncertowa rejestracja, a teraz jako pełnoprawne wydawnictwo. Osoba Pawlaka definitywnie wpływa tutaj na muzykę całego składu. Od samego początku czuć pulsującą i transową, rozwijającą się formę utworów. Trójka perkusistów …

Poezja kulturystyczna – Projekt poezja kulturystyczna

O projekcie Poezja Kulturystyczna mówiło się od 2012 roku – wtedy to po raz pierwszy, podczas festiwalu Streetwaves i odbywającego się w ramach jego programu meczu piłkarskiego, odśpiewane zostały utwory kulturysty Janusza z Żabianki do muzyki artystów związanych z Nasiono Records. Projekt pęczniał i ewoluował, aż w końcu w 2017 roku ujrzał światło dzienne. Pomysł jest ciekawy, w skrócie polega na grze słów „kultura” i „fizyczna”, a więc łączeniu gimnastyki i ćwiczeń fizycznych z kulturą. W efekcie dostajemy literackie wypociny (sic!) związane z kulturystyką, zaśpiewane przez trójmiejskich artystów. Utwory, które znalazły się na albumie, a także pojawiający się tu artyści, prezentują zróżnicowane spektrum – od elektroniki, przez post-rockowe mgiełki, od Joanny Knitter, na co dzień związanej z bluesem czy jazzem, przez Kiev Office, Klimt czy Rapera Orzecha, aż po Raya Dickatego i Tomka Gadeckiego. Kolejne kompozycje przedstawiają obrazy z siłowni czy wizje ćwiczących i marzenia o zdobywaniu sprawności fizycznej. Teksty są z jednej strony poważne i nastrojowe, ale z drugiej strony zyskują nieco ironiczną formę i trudno ich z przymrużeniem oka nie traktować. Gdzieś jednak coś …

Marcin Stefaniak Trio – Unveiling

Lubię zaskoczenia. “Unveillung” to już trzecie wydawnictwo w katalogu trójmiejskiej wytwórni Alpaka Records, a jednocześnie kolejne, które pokazuje zupełnie inny trójmiejski trop. Po Algorhythm i Michał Bąk Quartetto jest to jednocześnie płyta, która prezentuje zupełnie inny zestaw muzyków. Pisałem już o przeplataniu się między sobą artystów z trójmiejskiego środowiska jazzowego, zwłaszcza wśród młodych, cieszy więc że trio Marcina Stefaniaka poszerza tutejsze horyzonty, a jednocześnie pokazuje ciekawe i obiecujące spojrzenie na jazz. Długie intro na wstępie płyty zwiastuje tajemnicę i w bardzo nieoczywisty sposób otwiera ten materiał. Delikatnie budowana tkanka brzmieniowa wyróżnia się pociągnięciami smyczkiem na kontrabasie (Paweł Urowski) czy delikatnymi zagraniami na perkusjonaliach (Tomasz Koper). W kolejnych kompozycjach muzyka tria przyjmuje bardziej zwarty kształt – w końcu to dosyć klasyczny skład, w którym sekcję rytmiczną kontrapunktują zagrania na saksofonach w wykonaniu lidera. I to właśnie Stefaniak wysuwa się na prowadzenie, zamiennie grając na saksofonie tenorowym lub sopranowym. W porównaniu do altu budują one trochę gęstszą atmosferę. Wzbogacają przez to nieoczywisty klimat muzyki zespołu. Trio porusza się w okowach europejskiego jazzu, stosunkowo rzadko pozwala sobie na …

Prawatt – Prawatt 2.0

Prawatt powrócił – w innym niż ostatnio składzie i po długiej przerwie. Wrócił także z inną muzyką, czego zalążek można było usłyszeć latem 2016 roku we Wrocławiu podczas rezydencji Znajomych Znad Morza w ramach Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Teraz trzon zespołu tworzy Tomek Klimkiewicz i Radek Moenert, obaj jednocześnie grają w Plikersøp, a ten pierwszy solowo powrócił z projektem Efektvol, o którym niedawni pisałem. Istotny jest też sam automat perkusyjny, na którym grają, a który został stworzony przez Jachiego, jedynego stałego członka zespołu, który jednak teraz nie występuje w nim jako muzyk. Prawat 2.0 jest mniej ponury niż jego poprzednia inkarnacja. Od pierwszych minut czuć wyraźne inspiracje niemiecką sceną elektroniczną spod znaku Tangerine Dream czy Kraftwerk. Mieniące się syntezatory w tle i prosty, rozpędzony bit, przywołują na myśl takie albumy jak „Phaedra” czy „Autobahn”, są ciekawą zabawą z formą, a także być może improwizacją. Taka syntezatorowa, rozwijająca się elektronika ma ku temu spory potencjał i sprzyja budowaniu, długich, niekończących się utworów, w których nieustannie można modulować brzmienie i wpływać na to, co dalej się wydarzy. …