All posts filed under: Recenzje

Uku – Otter songs

Aż cztery lata Łukasz Plenikowski kazał czekać na swój debiutancki, pełnometrażowy album. I znów nagrał płytę w zaciszu, zanadto nie dając tego po sobie znać i jedynie okazjonalnie grając koncerty. „Otter Songs” po wydanym w 2014 roku „Intension” wydaje się z jednej strony konsekwentnym rozwinięciem obranego szlaku, ale także poszukiwaniem nowych ścieżek. Jest w jego muzyce sporo nowości i słychać, że album to krok naprzód. Pomimo dosyć onirycznych i przestrzennych kompozycji, cechuje je w większości przypadków wyrazisty i jednostajny rytm bitów, na których muzyk buduje swoje utwory. Kompozycje są gęste od pomysłów – przez ambientowe pasma w tle, po szorstkie sample uwypuklane na drugim planie czy delikatne syntezatorowe melodie. Uku pasowałby do katalogu Kompakt Records (swoją drogą szkoda, że wydawnictwo ukazuje się jedynie w formie cyfrowej), łącząc ich rytmiczne kierunki z ambientowymi, subtelnymi zwrotami. „Otter Songs” pomimo warstwy instrumentalnej ciężko jednak nie traktować jako, po prostu, piosenek. Plenikowski bowiem w każdym utworze śpiewa, przywołując na myśl głos Saschy Ring z Moderat czy Markusa Achera z The Notwist – jego wokal jest delikatny, zlewa się z …

Michał Miegoń – Plastic Chants

Michał Miegoń znany jest przede wszystkim z zespołu Kiev Office gdzie – z grubsza upraszczając – śpiewa o Gdyni – i The Shipyard. Ale jednocześnie, razem z zespołem, eksperymentuje z brzmieniem. Tyle, że nie jest to jedyny jego skład, a uzbierałoby się ich z tuzin. Miegoń na trójmiejskiej scenie jest ewenementem – z jednej strony nie wzbija się na wyżyny popularności, ale z drugiej osiąga często szczyty oryginalności. Jego język muzyczny jest specyficzny, wyjątkowy, nie łatwy i nie zawsze przyswajalny. Wielokrotnie w recenzjach jego wydawnictw albo tych przez niego produkowanych, zwracałem uwagę właśnie na sposób realizacji materiału – Miegoń działa punkowo i nie poleruje swojej muzyki, wywodzi się z garażu i nie zamierza z niego uciec, hołdując temu, co najciekawsze w dorobku trójmiejskiej (ale nie tylko) alternatywy. „Plastic Chants” to jego kolejna eksploracja szalonych pomysłów i możliwości gitary. Tyle, że nie zwykłej gitary, bo gra tutaj na instrumencie-zabawce, preparowanym i zniekształcanym masą efektów. Przez to efektem wcale nie jest muzyka gitarowa. Miegoń bawi się brzmieniem, dźwiękiem, możliwościami tworzenia kompozycji. Wykorzystuje proste bity, które raczej są …

Ffrancis – Off the Grid

Piotr Kaliński nie zwalnia tempa. Po ubiegłorocznej, przełomowej w swojej twórczości płycie „SZUM” w tym roku niemal miesiąc po miesiącu wypuszcza bardzo dobre jakościowo wydawnictwa, które tym razem nagrywa z wyrazistymi na polskiej scenie postaciami. Ze Stefanem Wesołowski połączył siły jako Nanook of the North, tworząc chłodną muzykę północy, bazującą na brzmieniu fortepianiu, skrzypiec i analogowej elektroniki. Z Danielem Drumz jako Janka przygotował epkę, w której zwracają się w strone dubu, estetyki w której Kaliński wcześniej niejednokrotnie się poruszał. Dość wspominać wcześniejsze współprace z różnymi polskimi artystami (Sara Brylewska, Noon, zespół Gówno), ale „Off the Grid” nagrany z Misia Furtak z nieistniejącego już Tres.B jest wyjątkowe z kilku względów. Po pierwsze to projekt który w ciągu czterech lat uległ sporej ewolucji. Od singla „Would you like to continue?”, ale też ich pamiętnego koncertu w Teatrze Szekspirowskim w 2015 roku minęło wiele czasu, przez co duet bardzo uległ ewolucji i zmienił swoją muzykę. Po drugie, Kaliński rozwija tu swoje zainteresowania analogową elektroniką, ale nie tylko nią, bo garściami czerpie z doby lat 80. zwłaszcza z jej piosenkowej …

Lonker See – One Eye Sees Red

Dwie pierwsze części „Solaris”, wydane w 2015 roku nagrali jeszcze w duecie Joanna Kucharska/Bartosz Borowski. Ale już rok później ukazał się ich pełnowymiarowy album „Split Image”, gdzie poza wspomnianymi utworami znalazły się trzy kolejne, a do zespołu dołączył perkusista Michał Gos i saksofonista Tomek Gadecki. Najlepiej było od tego momentu zobaczyć kwartet na żywo, ponieważ właśnie na scenie doskonale zespół równoważył proporcje między space rockiem i free jazzową swobodą. Psychodeliczne gitarowe odjazdy i rozszalała perkusja, a nad tym dominujący wyrazisty bas i saksofony Tomka Gadeckiego, który nad całym zgiełkiem snuje swoje muzyczne wstęgi, stały się znakami rozpoznawczymi gdyńskiego kwartetu. Lonker See odnalazł złoty środek, wydobywając z odmętów transowe kosmiczne granie i łącząc je z wpływami jazzowymi, jednocześnie za mocno nie osiadając ani w jednej ani w drugiej z tych stylistyk, ale zgrabnie między nimi lawirując. Wydana przed rokiem płyta „Lonker Sessions” pokazała grupę bardzo otwartą na gitarowy zgiełk, improwizację ale też trans. Drugi, wydany właśnie przez Instant Classic pełnowymiarowy album „One Eye Sees Red” stawia w większym stopniu na transowość, przez co jest bardziej spójny, …

Nanook of the North – Nanook of the North

Piotr Kaliński i Stefan Wesołowski po bardzo dobrej passie w 2017 roku – pierwszy nagrał swój przełomowy album, drugi wyraziście umocnił się w swoim języku wypowiedzi – nie zwalniają tempa i wspólnie przygotowali nowe wydawnictwo. Nanook of the North nie jest jednak pomysłem z ostatniej chwili – po raz pierwszy pojawił się przed bodajże sześcioma laty na Sopot Film Festival, kiedy duet wspólnie muzycznie zilustrował niemy dokument “Nanuk z Północy” Roberta J. Flaherty’ego, opowiadający o życiu Inuitów, rdzennych mieszkańcach obszarów arktycznych. Od tego czasu projekt ewoluował, w pewnym momencie muzycy nawet postanowili sporą część materiału wyrzucić do kosza, a finalnie płyta nabrała kształtu w studiu Olafura Arnalds na Islandii. Warto tę drogę prześledzić, bo Nanook w 2018 roku to zupełnie autonomiczny byt, który łączy doświadczenia dwójki muzyków, a jednocześnie nie jest prostą wynikową ich wspólnego dorobku. Wydaje się, że zarówno udział Kalińskiego jak i Wesołowskiego się tu zamazuje, to nie tylko elektronika i instrumenty akustyczne, ale konglomerat pomysłów, które przekuwają się w wyraźny pomysł. Północne brzmienie jest tu nad wyraz charakterystyczne – to muzyka pełna …

Calineczka – Wydatek neutronów podczas pobudzonej wybuchowo kompresji deuter​-​tryt w układzie cylindrycznym z warstwą o dużej inercji

Michał Stańczyk już przeszło od dekady tworzy minimalistyczną muzykę, balansującą w okolicy powściągliwych i rozciągniętych w czasie dronów. Trzy utwory na wydawnictwie “Wydatek neutronów podczas pobudzonej wybuchowo kompresji deuter​-​tryt w układzie cylindrycznym z warstwą o dużej inercji” – płycie o najdłuższym tytule, z jakimi miałem okazję się spotkać – są proste w formie, ale wymagają odpowiedniego odsłuchu. Pamiętam jak Stańczyk jako Calineczka swego czasu grał w gdańskiej Kolonii Artystów. Doprecyzowane brzmienie, rezonujące w przestrzeni sali, basowe podszycie, odczuwalne fizycznie na organizmie – to wszystko wpływa na znaczenie tego projektu i tamtego koncertu, który wpłynął na sposób słuchania i utkwił mi w pamięci do dziś. Album, który ukazał się w Szarej Renecie może i brzmi dla niektórych jak sprzężenie kabli, z jakimi mamy do czynienia nie raz. Jest w nim jednak spora doza performatywności, dźwiękowej rzeźby, zamkniętej w czasie, ale jednocześnie wydłużającej jego trwanie. Zwłaszcza wtedy, kiedy w prosty dźwięk wkracza pogłos, pewne rozwarstwienie, które, nie wiadomo już czy jest zaplanowanym efektem czy zjawiskiem akustycznym, halucynacją, wywołaną tak długim przysłuchiwaniem się kompozycji. Ale działa przede wszystkim …

Alien Lizard – Pure Kafka

Pure Kafka, tajemniczy trójmiejski zespół, bardzo mocno jest zakorzeniony w psychodelicznym, pełnym przesterów graniu, masie efektów i rozmytych wokalizach. Jak wskazują tytuły utworów oraz wykorzystane w niektórych z nich wypowiedzi, to także grupa, obficie czerpiąca z popkultury (Bukowski, Huxley, Jodorovsky), przez co mocno ideologicznie zabarwia swoją muzykę. Sęk jednak w tym, że same kompozycje na “Pure Kafka” się bronią. Alien Lizard podążają tropem psychodelicznego, czasem art-rockowego grania, pełnego przestrzeni, pogłosów, ale też osobliwego i onirycznego nastroju. Pomimo, że ich kawałki mają różną długość, ciekawie się rozwijają, przyjmując trochę motoryczny i jednostajny rytm, na którym duet ciekawie buduje swoje muzyczne pomysły. Alien Lizard potrafią snuć spokojne i melodyjne piosenki, ale nie jest im obcy gitarowy i noise-rockowy zgiełk. “Pure Kafka” czerpie z tradycji space-rocka, muzyki trochę kwaśnej, psychodelicznej. Nie narzuca się, raczej stopniowo rozkręca się niczym film drogi, czerpie z tradycyjnej gitarowej szkoły shoegaze czy częstych sprzężeń i natężenia dźwięku. W dzisiejszych czasach jednak jawi się jako coś ciekawego – może zwracającego się w kierunku tradycji, a może interesująco podejmując dyskusję z jej dorobkiem. Duet nie …

Vreen – szwartyszaroszarny

Długą trochę przeszedł Mateusz Kunicki, który zaczął swoją muzyczną przygodę niemal dwie dekady temu z zespołem Kevin Arnold. Twórcy słynnej “Farelki” przeszczepiali na polski grunt muzykę indie, a ostatnie słowo powiedzieli płytą “Masto don’t drivers” w 2006 roku. Kunicki jednak włączał się w różne składy, w tym chociażby Where is Jerry czy okazjonalnie realizując swoje solowe pomysły jako Vreen. Przyznam, że efekty jego twórczości były różne i nie zawsze przypadały mi do gustu, bo często błądziły wokół nienajlepszych pomysłów, schodziły na mieliznę albo nawet wydawały się swoistą zabawą z muzyką, mało jednak przyswajalną przez ucho słuchacza. “szwartyszaroszarny” pozornie może być znów płytą rozmemłaną czy niechlujną, ale dla mnie ta otwarta forma jest bardzo przekonująca, dzięki czemu to jedno z jego najlepszych wydawnictw.  Vreen gra przede wszystkim na gitarze akustycznej, ale sięga też po banjo, czasem pojawia się tu perkusja. Muzyk snuje swoje muzyczne opowieści prawie bez tekstów, robiąc wyjątki jedynie w zaledwie kilku miejscach. Kompozycje są zazwyczaj zatytułowane pierwszą literą jego imienia i cyfrą je porządkującą. Vreen snuje swoje muzyczne opowieści na granicy bluesa i folku, …

Canis Arboris – Bardo

Swego czasu na łamach Nowe idzie od morza pisałem o zespole Dogs in Trees. Jedna z osób go współtworzących, Paweł Goździewicz, właśnie wydał solowy album jako Canis Arboris. Nie jest to jego pierwsze wydawnictwo, ale dopiero teraz na ten projekt trafiłem. Album, podobnie jak wydawnictwa Dogs in Trees ukazuje się nakładem efemerycznego Psuka Records, ale zupełnie różni się od macierzystego składu Goździewicza. Z grubsza można byłoby go zaklasyfikować do kręgu muzyki ambientowej, okazjonalnie noise czy drone. Ale te określenia wskazują na oczywiste skojarzenia, natomiast Goździewicz budując gęstą tkankę brzmieniową, wykorzystuje całe spektrum muzycznych składników – jest syntezator, gitara elektryczna, ale też bliskowschodni instrument strunowy bağlama, środkowowschodnia piszczałkę ney podobną do fletu czy nagrania terenowe zwierząt ludzi albo otoczenia. Czasem pojedyncze brzmienia instrumentów wysuwają się na pierwszy plan (początek “Heart of the Bay”), ale częściej ten cały konglomerat brzmień i dźwięków splata się w pełnobrzmiącą tkankę, dzięki której Goździewicz buduje mroczny, ale też oniryczny i bardzo przestrzenny nastrój. Artystów, którzy bazowali na drone-ambientowym czy post-rockowym graniu gitarowym, było sporo, ale Canis Arboris zwraca uwagę tym, że nie …

Dick4Dick – Dick4Dick is a Woo!Man

Dick4Dick już od ponad dekady lawirują między gatunkami, stylistykami i pomysłami. Od tego czerpania z dorobku innych zaczęło się już na „Silver Ballads” wydanej w 2012 roku, kiedy zespół w pastiszowy sposób przerabiał utwory zespołów rockowych. Potem każdy kolejny album w zasadzie pokazywał inny obszar ich zainteresowań, skręcał i zespół obierał nowe kierunki, dzięki czemu trudno do dziś ich zaklasyfikować do jednej szufladki. Na „Summer Remains” grupa położyła większy nacisk na melodyjne gitary, z kolei od „Who’s Afraid of?” o wiele mocniej penetruje terytorium elektroniczne, czego kumulacją jest „tau Ceti e”, a „Dick4Dick is a Woo!Man” jest tego ukoronowaniem. Oto bowiem zespół, którego skład kilkakrotnie się zmieniał, postawiał na mocno elektroniczne, dyskotekowe brzmienie. Praktycznie każdy kolejny kawałek jest tutaj parkietowym hitem, a i w radiu sprawdziłby się dobrze, chociaż prawdopodobnie na żadnej antenie nie zagości dłużej (a szkoda). Na dodatek zespół postanowił, aby przewrotnie dość zaprosić do udziału w utworach kobiety – w każdym więc utworze śpiewa płeć piękna. Jest Natalia Nykiel, Justyna Chowaniak z Domowych Melodii, Marsija z Loco Star, Joanna Halszka Sokołowska czy …