All posts filed under: Recenzje

Ampacity – The Sum of All Flaws

Ampacity idą za ciosem i raptem rok po długogrającym albumie „Superluminal” prezentują kolejny materiał – krótszy i taki, który należy traktować raczej jako łącznik między wspomnianym wydawnictwem, a nowym składem, który od tej pory będzie tworzyć bez klawiszowca, Marka Kosteckiego. „The Sum of All Flaws” to raptem trzy kompozycje i nieco ponad 21 minut muzyki. Cechuje je przede wszystkim inna metoda powstania, ponieważ zespół skomponował je przed wejściem do sali prób, a nie podczas wspólnych spotkań. Słychać to w ich brzmieniu, nieco prostszym i nie tak progresywnym jak poprzednie wydawnictwo. Być może właśnie kompozycyjnie zespół stoi w rozkroku między swoimi dwoma dotychczasowymi albumami. Robi krok dalej w stosunku do debiutu, a jednocześnie idzie na ugodę ze swoimi zapędami w postaci łamania rytmu czy wplataniu zbyt wielu wątków w strukturę jednego utworu. Nie jest to jednocześnie regres – dla mnie „The Sum of All Flaws” jest nawet nieco lepiej przyswajalna niż „Superluminal”. Otwierający płytę utwór nadaje się wręcz na radiowy singiel, mimo że brakuje mu liryków. Jest intensywny, zwarty, a jednocześnie w twórczość Ampacity wnosi dozę …

Krzysztof Topolski i Robert Skrzyński – RADAR

Chociaż muzyczny rodowód Krzysztofa Topolskiego i Roberta Skrzyńskiego jest inny, obaj bardzo mocno zanurzają się w swojej twórczości w podobnej estetyce. Fascynuje ich muzyka elektroniczna, w mocno eksperymentalnej odsłonie, złożona z detali, sampli, zlewających się w muzyczną magmę, pełna niuansów. Ale Topolski zaczynał od grania na perkusji i regularnie do tego instrumentu wraca czy to z zespołem Wolność czy w duecie Arszyn/Duda. RADAR to połączenie tych twóch światów: elektroakustycznych brzmień i elektroniki z surowymi i akustycznymi bębnami. Nie jest to jednocześnie owoc pracy w studiu, ale skrupulatne tkanie materiału w domowym zaciszu z zarejestrowanych partii instrumentów perkusyjnych, ale też elektronicznych analogowych brzmień, które są tutaj ułożone w bardzo osobliwej mozaice. Zaryzykowałbym, że z perspektywy Topolskiego jest to obszar, bliski jego twórczości w nieodżałowanym zespole Ludzie, natomiast Skrzyński wchodzi na nowe dla siebie terytorium: to muzyka pulsująca, bardzo rytmiczna, a jednocześnie przestrzenna. Dźwiękowe tło budują w niej elektroniczne pasaże, ale też rozedrgana, często kosmicznie i transowo brzmiąca perkusja. Radar to psychodeliczna wędrówka, bardzo płynna i spójna, a jednocześnie wielowarstwowa, która splata świat elektroniki, ale też perkusyjnej …

Dominik Bukowski Quartet feat. Amir ElSaffar – Sufia

O tym, że muzyka jazzowa może służyć transmisji kultury i tradycji, wiadomo nie od dziś. Artyści w każdym zakątku globu czerpią z dorobku przodków i współczesnym językiem dokonują reinterpretacji tradycji albo też wykorzystują pewne formy i wpływy, by przetworzyć ją na nowo. Nie dziwi czerpanie z lokalnych wpływów, w których się dorasta, ale zgoła inaczej wygląda sytuacja, kiedy dochodzi do połączenia światów pozornie do siebie nie przystających. Płyta kwartetu Dominika Bukowskiego jest wyjątkowa, bo dokumentuje spotkanie z amerykańsko-irackim trębaczem Amirem ElSaffarem. Połączenie tradycji słowiańskiej z bliskowschodnią mogłoby być karkołomne, gdyby nie zmysł Bukowskiego do wykorzystania arabskiego maqam w połączeniu z wybranymi utworami zebranymi przez Oskara Kolbergera w księdze „Pieśni Ludu Polskiego”. Trąbka ElSaffara ma charakterystyczne brzmienie i nadaje kompozycjom wyjątkowy sznyt, bliskowschodnie brzmienie, które świetnie koloryzuje polskie utwory. „Oberek” i „Krakowiak” brzmią znajomo, ale jakby odmiennie, przepuszczone przez sito nowych inspiracji. Podobnie tradycyjna melodia iracka „Aya Daraha Bil Hazn”, która zagrana przez ten skład ma wyczuwalne odmienne wątki, ale jednocześnie bardzo dobrze dopasowuje się do konceptu płyty. Takich pobocznych wątków jest tu wiele i spięcie ich w całość …

Marcin Dymiter – Lexicon Imaginar al Clujului

Marcin Dymiter co chwila zaskakuje kolejnymi wydawnictwami. Nie wszystkie trzymają ten sam poziom, ale i każde kolejne ma odmienne źródło powstania – czasem są to nagrania terenowe (Field Notes), kiedy indziej współpraca z innymi muzykami (Baza z Olgą Szymulą, Flora Quartet), czerpanie z etosu muzyki gitarowej (Niski Szum), efekty prowadzonych przez niego warsztatów („Dźwiękowy Wrocław”, „Usłysz Łazienki”), ale też płyty, będące pokłosiem muzyki skomponowanej do spektakli. Do tych ostatnich po „Odzyskanych” oraz „Życie i śmierć Joanny Węgrzynowskiej” dochodzi „Lexicon Imaginar al Clujulu”. Wszystkie trzy łączy osoba Ludomira Franczaka, który owe spektakle tworzył, a Emitera poprosił o skomponowanie do nich ścieżki dźwiękowej. Ta ostatnia wydaje mi się jednak najciekawsza i najbardziej wciągająca. Po pierwsze, uwagę zwraca narracja, która niemal przez cały czas buduje napięcie, a przez to wciąga poszczególnymi detalami i ich strukturą. Z drugiej strony ciekawe są poszczególne elementy kompozycji – nagrania terenowe fal, zapętlone sample, które wprowadzają w utwory psychodeliczny trans i przestrzeń, ale też różne szmery, tak dla Emitera charakterystyczne. Kluczowy dla tych wątków jest bardzo pulsacyjny charakter utworów, obecny w największym stopniu …

Laboratorium Pieśni – Rosna

O tym, że w zglobalizowanym świecie coraz większą popularnością cieszy się to, co lokalne i czerpiące z rdznnej kultury, może poświadczyć zespół Laboratorium Pieśni. Niech kwestia ilosciowa nie będzie wyznacznikiem ich jakości, ale fakt, że grupę na facebooku śledzi ponad 80 tysięcy osób jest wymowne i pokazuje, że taka muzyka budzi zainteresowanie. Ich biały głos jest interesujący, ale w XXI wieku bardzo wymowny. Ośmioosobowy skład pełni dzięki temu także funkcję antropolożek, które podróżując po różnych zakątkach, przywożą różne tradycyjne pieśni, biora je na warsztat, aby we własnych polifonicznych interpretacjach je zaprezentować. Laboratorium Pieśni kreśli mapę wokalną Europy Środkowo-Wschodniej (Białoruś, Polska, Ukraina), ale też Bałkan, Gruzji czy Skandynawii. Wydaje się więc, że ograniczeń nie ma, a głowy wokalistek pełne są pomysłów i zapału na wyszukiwanie utworów z różnych kultur. Wiele z utworów jest śpiewanych a capella, ale część z nich zyskuje akompaniament w postaci subtelnie wprowadzanych bębnów szamańskich, dzwonków czy przeszkadzajek. Dzięki temu wokalizy zyskują wielowymiarowy charakter i przestrzeń. Utwory brzmią bardzo pierwotnie, rdzennie, oszczędna forma wykorzystania wokalu zyskuje przez wielowymiarowość. Jednocześnie nie przysłania treści, bo właśnie …

Mikołaj Trzaska i Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego – Wołyń OST

Mikołaj Trzaska współpracuje z reżyserem Wojciechem Smarzowskim już wiele lat, czego efekty można było znaleźć w jego dotychczasowych filmach, ale też przy innych okazjach: na płycie „Dom Zły”, koncertowej rejestracji z Off Festivalu „Mikołaj Trzaska gra Różę” czy podczas koncertów Trzaska Mówi Movie. Praca przy muzyce do filmu „Wołyń” jest jednak wyjątkowa tak jak nietypowy jest to film: to spektakularna i historyczna epopeja. Do tej pory gdański saksofonista nagrywał muzykę sam, ewentualnie z pomocą kilku zaprzyjaźnionych muzyków. W Tym przypadku mamy do czynienia z całą orkiestrą i to nie byle jaką bo Orkiestrą Klezmerską Teatru Sejneńskiego. Kto widział ich koncerty, wie o czym mówię, kto jeszcze nie – powinien jak najszybciej to nadrobić. Nie ma drugiej takiej orkiestry zarówno ze względu na jej skład (najmłodsi członkowie mają kilka lat) jak i sposób w jaki zespołowo odnajdują się na scenie. Trzaska dostrzegł to już dawno dlatego razem stworzyli muzykę do wielokulturowego, rozbudowanego filmu, aby te aspekty właśnie pokazać. Z ponad pięćdziesięciu minut muzyki w filmie znalazło się tylko kilka, dlatego całe szczęście że równolegle z premierą filmu, …

Olga Szymula – 2

Jeśli długo w Trójmieście brakowało muzyki dziwnej to pochodząca stąd Olga Szymula wypełnia tę lukę. „2”, jej pierwszy solowy album (wcześniej wydawała m.in. z Piotrem Cisakiem czy z Marcinem Dymiterem) jest osobliwym tworem, któremu równie często co do klasycznego studyjnego wydawnictwa, blisko do słuchowiska czy specyficznej dźwiękowej instalacji. Kiedy wydawnictwo otwiera pierwszy utwór, jedynie z muzyką jest jeszcze w miarę spokojnie, ale kolejne kompozycje (łącznie cztery) wprowadzają w jej muzyczny, trochę schizofreniczny świat. Szymula nie tworzy piosenek, chociaż śpiewa i wykorzystuje chociażby pianino, którym żywo sobie akompaniuje. To w większym stopniu muzyczne impresje i awangardowe formy, w których pojawia się wokal i różne dźwięki – od hałaśliwego noise, przez zgrzyty, elektroniczne wstawki czy krótkie partie instrumentów. Forma tych utworów jest mocno otwarta i wydaje mi się, że w dużej mierze bazują na improwizacja, co zwłaszcza przez pryzmat dotychczasowych koncertów artystki jest mocno odczuwalne. Pogłos, zapętlone wokalizy, subtelne bity – całość tworzy bardzo oniryczny, a jednocześnie psychodeliczny klimat. To parasłuchowisko buduje przedziwny krajobraz brzmień i skojarzeń – z jednej strony nie jest natarczywy, ale z drugiej …

Mordy – Homosucker

Wydaje się, że Mordy wypuszczają kolejne płyty po wielu miesiącach szlifowań i dopracowywania. Między „Homosucker” a „Nobody” minęło aż pięć lat i jest to dotychczasowy rekord w przerwach między kolejnymi albumami tego zespołu. Ponownie z resztą kwartet hołduje starej szkole muzyki gitarowej, co podkreśla w opisie płyty i ukłonie w kierunku takich kapel jak Mudhoney, Can, The Stooges czy Pere Ubu. I już od samego początku słychać, że to album mocno sadzony w historii muzyki, raczej spoglądający wstecz niż do przodu. „Homosucker” jest przy tym nagraniem mocno progresywnym. Ciężko szukać tu zwięzłych i treściwych piosenek, a zdecydowana większość utworów kipi od wielu wątków i najróżniejszych pomysłów – od wykorzystania saksofonów, sampli, elektroniki, bo dodatkowe wokale, które w różnych momentach płyty dodają jej charakteru. Mordy niczego nie robią sobie z panujących trendów, grają muzykę szczerą, zlokalizowaną gdzieś na peryferiach, jednocześnie surową i krwistą, co słychać także w sposobie rejestracji tego materiału. Często to nie-spoglądanie w przyszłość kieruje zespół za bardzo w stronę archaicznego brzmienia. W liście inspiracji grupa wspomina Deerhoof, którzy na tle pozostałych zespołów zdecydowanie …

Rhythm Baboon – The Lizard King

Babooński nie ma sobie równych. Na pewno nad morzem a może i w całej Polsce. Jego fascynacje footworkiem i juke są znane od dawna, ale mało kto tak jak on swobodnie czuje się pomiędzy tymi gatunkami. Muzyk jest w stanie stworzyć wciągające i pulsujące utwory, które zwracają uwagę mnogością nawiązań i ciekawych brzmień. Jednocześnie jego muzyka nie przytłacza, Baboon nie stawia jedynie na formę, ale inteligentnie buduje treść kolejnych kompozycji. Dominuje w nich imprezowy i rozrywkowy charakter, ale jednocześnie jest to inteligentna muzyczna układanka, która rozszalałą rytmikę potrafi połączyć w symbiozie z ciekawymi melodiami. „The Lizard King” jest materiałem mocno zróżnicowanym – sam tytułowy utwór wodzi za ucho wygrywaną od początku melodyjką, która później zespala się z kolejnymi elementami. Ależ wspaniale składają się tu partie klawiszy i zawadiackiej gitarki! Baboon zręcznie miesza sample i wplata w nie fragmenty instrumentów, które brzmią czasem trochę orientalnie, a w tym samym momencie wielkomiejsko. Chicagowskie wpływy są tu bardzo mocno odczuwalne, a jednocześnie artysta zręcznie kreuje swój charakterystyczny sznyt. Muzyka jest rozedrgana, pełna pomysłów, ale też chwytliwa i spójna, …

Resina – Resina

Karolina Rec swoje pierwsze solowe kroki stawiała już dawno temu i długo kazała czekać na pełnowymiarowe wydawnictwo. W tym czasie jednak regularnie koncertowała, pokazując ewolucję swoich pomysłów i to jak stopniowo je dopracowywała. Ten rozwój jest znaczący, ponieważ o ile wielokrotnie podczas występów na żywo utworom brakowało domknięcia, bardziej przypominały szkice, o tyle album wydaje się formą o wiele spójniejszą. Jako Resina bazuje na brzmieniu wiolonczeli i jej zapętleniach. Nagrywa poszczególne frazy, które potem powtarzane wyznaczają narrację całego utworu, a na ich tle buduje kolejne warstwy, wariacje i zarysy melodii. Często sprawia wrażenie jakby instrumentem się bawiła, sprawdzała spektrum jego brzmienia. Chociażby taki „Flock” ze strzępków stopniowo zaczyna przybierać bardziej zwartą formę. Tak jakby dźwięki nawzajem się szukały, aż finalnie w drugiej minucie układają się w melodyjkę, która stopniowo wzbogaca się o warstwy nadające jej dramaturgii. To z resztą najbardziej rozwinięty formalnie utwór, coś czego brakowało jej dotychczas na koncertach. Czymś odmiennym nastrojowo są dwie części utworu „Tatry” – to narastająca, zlewająca się mgiełka, dźwiękowa ilustracja do budzących się we mgle nad ranem gór. Obrazowa, …