All posts filed under: Recenzje

Resina – Traces

Karolina Rec, mimo że wciąż wydaje się być na początku swojej muzycznej drogi (chociaż „Traces” to już jej drugi pełnowymiarowy album), ma za sobą bardzo bogatą ścieżkę – od Akademii Muzycznej, przez współtworzenie zespołów Kings of Caramel, Cieślak i Księżniczki, po angaże do filmów (ostatnio „Dzień Czekolady” Jacka Bławuta czy film dokumentalny „Tourists”). W tych różnych projektach Rec ze swoim instrumentem – wiolonczelą – współistnieje z całą gamą innych muzyków. Kiedy gra na nim w pojedynkę, jej muzyka brzmi zupełnie inaczej: jest delikatna, zwichrzona, czasem niepoukładana, bliska przez to nieokiełznanej naturze, którą próbujemy zrozumieć. Tak samo wiolonczelistka bada możliwości swojego instrumentu. Jej debiutancki album, zatytułowany po prostu „Resina” dobrze pokazywał te poszukiwania, bazowanie na zapętleniach, szukanie wielowarstwowości w minimalizmie. Po dwóch latach artystka publikuje swój kolejny album, wydany również w wytwórni 130701, post-klasycznej odnodze słynnego labelu FatCat, który pokazał światu m.in. Animal Collective czy Sigur Rós. To album bardziej złożony, kompleksowy wręcz, ale też brzmiący potężniej. Resinę znów cechuje organiczność, w różnych formach: kiedy zapętla dźwięki swojego instrumentu, kiedy snuje wokalizy (których na tej płycie …

Totally Together – Take Off

Na profilu bandcamp projektu Totally Together czytam, że jego ideą jest kolekcjonowanie dotychczasowych pomysłów i muzycznych fantazji. To cecha wspólna wielu artystów, którzy często poruszają się pomiędzy różnymi światami, czerpią inspiracje z wielu stron i przekuwają je w muzyczne pomysły. „Take Off” to debiutancki album nagrywającego pod tym szyldem Romana Wróblewskiego, ale przed trzema laty muzyk wydał już trzyutworową epkę. W międzyczasie udzielał się w zespole Enchantia czy Dub Whale, a jednocześnie mocno inspiruje się muzyką klasyczną spod znaku Bacha czy Chopina ale też jazzem. Wiele z tych wpływów na „Take off” jest bardzo wyraźnie odczuwalnych. Najważniejszy, elektroniczny idiom, napędza cały materiał za sprawą wyrazistych bitów, wspartych melodyjnie brzmiącymi syntezatorami. Otwierający płytę „Delicious” wyróżnia się mocnym groovem i swego rodzaju transowością, być może nie tak odległą pierwszym dokonaniom Aphexa Twina. Z kolei „Come Closer” bliżej już do piosenki, z resztą towarzyszy jej wokal, zmodyfikowany autotunem (niestety tekstowo pozostawiającym sporo do życzenia). Ten dualizm piosenka-eksperyment, elektronika-klasyczne brzmienie jest obecny przez całą resztę materiału – raz robi się melodyjnie i piosenkowo, za chwilę bardziej elektronicznie i eksperymentalnie. …

Emil Miszk & The Sonic Syndicate – Don’t Hesitate!

Emil Miszk jest muzykiem bardzo wszechstronnym. Od zespołu Algorhythm licząc, który współtworzy, po masę innych składów, gdzie spotyka się w różnych konstelacjach z trójmiejskimi artystami takimi jak Dominik Bukowski, Sławek Jaskułke, Piotr Chęcki, Michał Bąk, Sławek Koryzno, Szymon Burnos czy Kamil Piotrowicz. Miszk jest też jednym z jaśniejszych punktów nowej fali jazzu nad morzem ale i w Polsce – jest aktywny, gra i nagrywa często, jest młody, a jego głowa kipi od pomysłów. Emil Miszk & The Sonic Syndicate to z jednej strony udokumentowanie jego kształcenia na Akademii Muzycznej w Gdańsku, gdzie w tak szerokim składzie zaprezentował muzykę po raz pierwszy w czerwcu 2017 roku. Grono zaproszonych muzyków jest imponujące: saksofoniści Piotr Chęcki i Kuba Więcek, puzonista Paweł Niewiadomski, gitarzysta Michał Zienkowski, pianista Szymon Burnos, basista Konrad Żołnierek i perkusista Sławomir Koryzno. Nad wszystkim czuwa Miszk-lider, który skomponował na płytę siedem kompozycji. “Don’t Hesistate!” jest materiałem bardzo zróżnicowanym, o szerokim spektrum. Zespół gra niczym mała orkiestra, tworząc wielowarstwowe kompozycje, pełne niuansów. Pierwsze skrzypce grają tu dęciaki, na czele z liderem – zarówno kiedy budują przejmujące …

ROD – Lelum Polelum

ROD konsekwentnie od kilku lat buduje swój język muzyczny, który za punkt wyjścia traktuje muzykę drum’n’bass, a jednocześnie sięga go arsenał instrumentów ludowych. Zespół z Wejherowa przez trzy lata z rzędu wydawał epki, rzucające poszlaki na to, jaki mają pomysł na muzykę i co chcą powiedzieć. Każde z tych wydawnictw miało w sobie coś pociągającego – wokale, teksty, połączenie elektroniki i słowiańskich piszczałek czy innej maści instrumentów. Zespołów które czerpią z współczesności i tradycji jest sporo, by wymienić chociażby Kapelę ze Wsi Warszawa czy Village Kollektiv – nie dziwi więc, że i ROD trafił do Karrot Kommando, wytwórni, która albumy wyżej wymienionych składów wydaje. „Lelum Polelum” zbiera doświadczenia muzyków, stanowiąc solidną i przemyślaną formę. Atakujący rytm przywołuje na myśl słowiańskie rytuały, a jego forma wywodząca się z dubstepu i d’n’b silnie wciąga w świat obrzędowości, która w połączeniu z piszczałkami czy okazjonalną lirą smyczkową zyskuje wyraziste i potężne brzmienie. Jednocześnie ROD nie jawi się jako zespół archaiczny i reprezentant cepeliady; nie przywołują przeszłości i nie próbują wskrzesić tradycji. Raczej grając swoją muzykę tu i teraz …

Dule Tree – Transhumanistic followers of antyutopia happiness

Długo zabierałem się za zrecenzowanie albumu “Gross Humanity” zespołu Dule Tree i w końcu się nie zebrałem. W tym czasie grupa z tria zmieniła się w duet, który tworzą Paweł Rucki i Szymon Browarczyk. I nagrali nowy materiał „Transhumanistic followers of antyutopia happiness”. Niby to tylko dwie osoby, a nieco ponad dwadzieścia minut muzyki brzmi jakby na zespół złożyło się o wiele więcej dźwięków, bo ciężko wyróżnić tutaj zaledwie dwa instrumenty. Dule Tree określa się mianem blackened-noise-jazz, a ich muzyka gdzieś wszystkie obecne w tym powiązaniu słów wątki przeplata. Dodałbym jeszcze metal. Nowy album brzmi jakby przy jednym stole siadł John Zorn, Shinning i Messhugah: jest ciężko i agresywnie, a jednocześnie barwnie. Zaczyna się czterdziestosekundowym „Nic”, które jest gwałtownym i mocnym otwarciem z pogranicza metalu, jazzu czy zornowskiego nieokiełznania z rykiem w tle. „Father Yod” zdaje się bardziej konwenjonalny, ale gdzieś w połowie następuje przełamanie, zniszczenie konstrukcji. Najdłuższy na albumie „Needle in the sleeve” bazuje na rytmicznych wybiciach perkusji, zagęszczeniu tkanki brzmieniowej i podbitej efektami gitarowej ścianie, a także zniekształconych wokalizach. To znów jawi się …

Ate – Secondary drowning

Petar Petkov po dwóch latach wydaje drugi album. Z bliźniaczo podobną okładką, która ma wskazywać, że także w warstwie estetycznej jest tu wiele punktów wspólnych z wydanym w 2016 „MCCV”. Nagrywając jako Ate jego orężem jest gitara elektryczna, której możliwości minimalizuje i oszczędnie dozuje barwę brzmieniową. Znów odniesieniem jest tu muzyka ambientowa, odrobinę dronowa w swojej łagodniejszej odsłonie. Petkov gitarę używa tak jak przystało zespołom post-rockowym, ale zamiast przesadnej dramaturgii, stawia na kontemplację, w którą trzeba – jak sugeruje tytuł – zatonąć. Delikatne zagrania na instrumencie tworzą płynne, świetnie budujące przestrzeń repetucje, które w mgiełce onirycznego pogłosu tworzą osobliwy, surrealistyczny nastrój. Poza zamykającym album utworem, pozostałe cztery „fale” wciągają swoją długą i stopniowo rozwijaną konstrukcją. Stąd i sam tytuł utworów dobrze odzwierciedla ich charakter – rozwijają się ospale, bez większych urozmaiceń, budując solidną, ale jednocześnie subtelną dźwiękową powłokę. Gdzieś pod pierwszym planem instrumentu muzyk przemyca kolejne warstwy brzmieniowe, w których wyłapuję (trafnie?) dźwięki fal, tym razem już nie muzycznych, ale tych morskich. „Secondary Drowing” nie jest płytą zaskakującą, ale pomysłowa jest jej formuła, bliska idei …

Cisowa-Wrzeszcz – Krajobraz zniknął

Sprawdziłem ile łączy Wrzeszcz, dzielnicę Gdańska, z Cisową, dzielnicą Gdyni. Punktów wspólnych jest całkiem sporo – obie leżą blisko lasu (a w każdym z nich jest charakterystyczny szczyt: Długa Góra w Cisowej czy Strzyska Góra we Wrzeszczu), przez obie przebiega największa arteria Trójmiasta i w każdej z nich jest główna droga, która prowadzi poza centrum. Stosunkowo daleko z nich do morza, ale na szczęście w Gdyni wiedzie tędy Potok Cisowski, a przez Wrzeszcz przepływa Strzyża. Od tego roku oba miejsca łączy też wspólny projekt muzyków swego czasu współtworzących Old Time Radio: Tomasza Garstkowiaka i Piotra Salewskiego. Po długim niebycie ich pierwotnego zespołu, ten pierwszy już jakiś czas temu nagrał kilka płyt pod szyldem Stare Radyjko, a drugi nagrywa solowo jako D.O.M. Ich gdańsko-gdyński projekt nazywa się po prostu Cisowa-Wrzeszcz, od nazw dzielnic w których mieszkają. Pomiędzy nim wymieniali się koncepcjami i w nich rejestrowali swoje pomysły, które w pewien sposób czerpią z wcześniejszych dokonań dwójki muzyków. Na„Krajobraz zniknął”dominują kosmiczne brzmienia syntezatorów, często podbijane prostymi bitami, które wspólnie przywołują na myśl kosmiche musik. Ten album to …

Syny – Sen

Mało kto miał tak dobry powrót z drugą płytą jak Syny. Jeśli po debiutanckim „Oriencie”, dziele znaczącym i wyjątkowym, oczekiwania były wyśrubowane, to „Sen” do poprzeczki dosięga, ba, nawet ją przeskakuje. Robert Piernikowski i 1988 stworzyli swój unikalny styl, który kształtowali bardzo długo – by przypomnieć ich pierwszy owoc współpracy, jeszcze pod szyldem Etamski/Piernikowski. Stopniowy zwrot w kierunku korzeni rapu, a jednocześnie przefiltrowanie ich przez swoją wrażliwość i podejście produkcyjne, stanowiło o doskonałym sznycie tego, co na debiucie się znalazło. Ten przekaz podkreśliły koncerty, na których teksty z wielu utworów skandowała publiczność, a niektóre z nich zostały wręcz wchłonięte przez mowę potoczną (Orientuj się! Włanczaj!). Jednocześnie Syny nie do końca były strawne dla ortodoksyjnych fanów rapu, duet usadowił się gdzieś na marginesie – to nie dziwi bo ich wypowiedź jest nietypowa, ale i oryginalna; przyglądają się wszystkiemu po swojemu, trochę z boku. Materiał zdążył wsiąknąć, koncertów było co niemiara, aż w końcu obaj muzycy zrobili sobie synowską przerwę i wydali albumy solowe. 1988 pokazał na „Grudzie” jak doskonały ma zmysł do tworzenia instrumentalnych, zabrudzonych pasaży, dźwiękowych …

Uku – Otter songs

Aż cztery lata Łukasz Plenikowski kazał czekać na swój debiutancki, pełnometrażowy album. I znów nagrał płytę w zaciszu, zanadto nie dając tego po sobie znać i jedynie okazjonalnie grając koncerty. „Otter Songs” po wydanym w 2014 roku „Intension” wydaje się z jednej strony konsekwentnym rozwinięciem obranego szlaku, ale także poszukiwaniem nowych ścieżek. Jest w jego muzyce sporo nowości i słychać, że album to krok naprzód. Pomimo dosyć onirycznych i przestrzennych kompozycji, cechuje je w większości przypadków wyrazisty i jednostajny rytm bitów, na których muzyk buduje swoje utwory. Kompozycje są gęste od pomysłów – przez ambientowe pasma w tle, po szorstkie sample uwypuklane na drugim planie czy delikatne syntezatorowe melodie. Uku pasowałby do katalogu Kompakt Records (swoją drogą szkoda, że wydawnictwo ukazuje się jedynie w formie cyfrowej), łącząc ich rytmiczne kierunki z ambientowymi, subtelnymi zwrotami. „Otter Songs” pomimo warstwy instrumentalnej ciężko jednak nie traktować jako, po prostu, piosenek. Plenikowski bowiem w każdym utworze śpiewa, przywołując na myśl głos Saschy Ring z Moderat czy Markusa Achera z The Notwist – jego wokal jest delikatny, zlewa się z …

Michał Miegoń – Plastic Chants

Michał Miegoń znany jest przede wszystkim z zespołu Kiev Office gdzie – z grubsza upraszczając – śpiewa o Gdyni – i The Shipyard. Ale jednocześnie, razem z zespołem, eksperymentuje z brzmieniem. Tyle, że nie jest to jedyny jego skład, a uzbierałoby się ich z tuzin. Miegoń na trójmiejskiej scenie jest ewenementem – z jednej strony nie wzbija się na wyżyny popularności, ale z drugiej osiąga często szczyty oryginalności. Jego język muzyczny jest specyficzny, wyjątkowy, nie łatwy i nie zawsze przyswajalny. Wielokrotnie w recenzjach jego wydawnictw albo tych przez niego produkowanych, zwracałem uwagę właśnie na sposób realizacji materiału – Miegoń działa punkowo i nie poleruje swojej muzyki, wywodzi się z garażu i nie zamierza z niego uciec, hołdując temu, co najciekawsze w dorobku trójmiejskiej (ale nie tylko) alternatywy. „Plastic Chants” to jego kolejna eksploracja szalonych pomysłów i możliwości gitary. Tyle, że nie zwykłej gitary, bo gra tutaj na instrumencie-zabawce, preparowanym i zniekształcanym masą efektów. Przez to efektem wcale nie jest muzyka gitarowa. Miegoń bawi się brzmieniem, dźwiękiem, możliwościami tworzenia kompozycji. Wykorzystuje proste bity, które raczej są …