All posts filed under: Archiwum

Destructive Daisy – Ophelia’s Dreams

Dwa lata temu wydały pięcioutworową epkę i długo kazały czekać na swoje drugie wydawnictwo. Kompozycji jest niewiele więcej, bo raptem osiem, ale słuchając „Ophelia’s Dreams” wydaje się, że to wystarczająca ilość. Destructive Daisy grają intensywnie, pomysłowo, ale przede wszystkim ciężko, wyciągając dla siebie co najlepsze z tradycji stoner i garage rocka, chociaż na pewno w tej bardziej piosenkowej i przebojowej wersji. Pobrzmiewają tu grunge’owe echa – chociażby w otwierającej album „Ophelia” w tle można wyczuć brzmienie a la Nirvana. Ten album to zestaw fanstastycznie skrojonych kawałków z wyrazistymi i mięsistymi riffami –  jest ostro i intensywnie. Produkcją materiału zajął się Jan galbas z Ampacity, dzięki czemu materiał brzmi lepiej niż debiut, chociaż nie jest to muzyka, w której należy szukać niansów. Te psychodeliczne, pełne soczystego brzmienia kawałki dzięki swojej ciężkości bardzo fajnie łączą się z wokalem Audri Roos, który brzmi z jednej strony dojrzale, a z drugiej dziewczęco, trochę punkowo. Ten kontrast pomiędzy potężnym gitarowym łojeniem, rozpędzoną perkusją, która nie rzadko eksloduje przy uderzeniach w bębny i talerze, a głosem Roos zarysowuje najciekawszy element płyty, zestawienie …

Tropic of Cancer w Kolonii Artystów

Zaduszkowa nowofalowa dyskoteka w środku miasta. Tropic of Cancer tworzą muzykę do bólu prostą, a jednocześnie sugestywną i na swój sposób piosenkową. Projekt zrodził się w głowie Camelli Lobo w wykonaniu solo, a w wersji koncertowej rozrasta się do trzech osób – w Kolonii Artystów odpowiedzialnych za gitarę elektryczną, bas, klawisze i Korga (grali na nich naprzemiennie). Utwory tria bazowały przede wszystkim na syntezatorowych warstwach, prostych, trochę kiczowatych bitach i liniach gitar: basowej i elektrycznej. Zwłaszcza ta ostatnia wnosiła trochę klimat sphagetti western, gdy pociągnięcia na strunach następowały niemal przy samym mostku, przez co brzmiały bardziej wyraziście i metalicznie. Muzyka TOC bardzo mocno przypomina klimat nowofalowy, z drugiej strony była trochę senną i przez to psychodeliczną dyskoteką, w Zaduszki idealnie pasująca do panującego klimatu i aury. Podbite delayami wokalizy Lobo rozmywały się w chmurze muzyki, ale jednocześnie doskonale z nią splatały – na tle powtarzalnego rytmu i zagrań fajnie komponowały jako całość. Ważne odnotowania jest to, że utwory nie miały specjalnie eksperymentalnego posmaku, ale bardzo piosenkowy, na swój sposób przebojowy, choć ukryty pod sporą warstwą muzycznej mgły, …

Latarnie Montpellier – Synchroniczność i najpiękniejsza kobieta na świecie

O Latarniach z Montpellier nie wiadomo nic. Poza muzyką. Jedyny fakt, który udało mi się ustalić to miejsce zamieszkania twórcy, a więc „bliżej morza niż Gdańska”, jak przeczytałem w mailu, kiedy dostałem materiał. Poza tym projekt ten być może zespołem (jak można wywnioskować w jedynym do tej porze wywiadzie), chociaż to co słychać mogłoby wskazywać na to, że powstał w chociażby w sypialni za sprawą zaledwie jednej osoby. „Synchroniczność i najpiękniejsza kobieta na świecie” to aż dwadzieścia utworów – dużo, tym bardziej że oniryczny klimat wielu kompozycji zlewa się często w całość, dzięki dość podobnej formie, rozmytym gitarom i podbitym delayem wokalizom. Już romantyczna nazwa nastraja na to z jaką muzyką mamy do czynienia – ambient zyskuje tu bardzo dream-popowy, przebojowy charakter, który często ulega zagęszczeniu przez shoegaze’owe gitarowe warstwy, które sprawiają wrażenie tworzenia się muzyczno-wokalnego strumienia świadomości. Ale to tylko pozory, bo pod każdym z utworów kryją się bardzo zwarte, piosenkowe formuły. Przy pierwszym przesłuchaniu ciężko selektywnie całośc całość na czynniki pierwsze, bo uwagę zwraca przede wszystkim gęsta a jednocześnie lekka atmosfera muzyki. Z jednej strony budowana …

Marianne Faithful w Starym Maneżu

Kameralny koncert zamiast spektakularnych fajerwerków. Koncert wypełniony hitami może zagrać Lady Gaga, Nick Cave albo The Rolling Stones – powiedziała w pewnym momencie swojego koncertu Marianne Faithful. I te słowa dobrze podsumowują jaki wieczór w Starym Naneżu był. Brytyjka z okazji 50-lecia swojej twórczości nie przywiozła ze sobą rozbuchanego show, kilkuosobowego składu, który zagra szalone, bogate aranżacje. Poprzednio w Gdańsku Faithful zagrała w 2010 roku na imprezie Roberta Wilsona „Solidarność, Twój anioł Wolność ma na imię” w ramach 30. rocznicy obchodów sierpniowych, która wywołała fatalne wrażenie. Teraz było bardziej intymnie. Artystce towarzyszyło brzmienie gitary elektrycznej (na zmianę z akustyczną) oraz perkusji, okazjonalnie wspieranych klawiszami. Poza kilkoma, bardziej zadziornymi momentami, jak „The Stations” autorstwa Grega Dulliego i Marka Lanegana, był to raczej koncert spokojny i kameralny. Faithful wyszła na scenę podpierając się laską, a w trakcie koncertu kilkakrotnie siadała na fotelu popijając herbatę. Zważywszy na swój wiek (69 lat) granie koncertów jest dla niej pewnym wyzwaniem, z którego jednak wychodzi obronnie. Czasem zdarza się jej zafałszować, czasem za długo opowiadać anegdoty związane z kolejnymi piosenkami, ale jednocześnie jest …

Annutara – Ulisi

Z muzyką etniczną i muzyką świata nie jest w Polsce łatwo. Od kilku lat w tej dziedzinie niepowstrzymanie prym wiedzie Kapela ze wsi Warszawa, która z jednej strony wypracowała swój unikalny język muzyczny jak i formę, w jakiej prezentuje kolejne albumy, czerpiące obficie z polskiej tradycji. Ostatnio objawieniem jest trio Sutari, które łączy w swojej twórczości brzmienia folkowe i wielogłosowe kobiece śpiewy. Fantastycznie brzmią na płycie, jeszcze lepiej na koncertach. W Trójmieście ostatnim takim przypadkiem był Sunday Pagans, którzy pieśni z Ukrainy i Białorusi połączyli z współczesnymi brzmieniami elektronicznymi. Posunięcie ryzykowne, który pozytywny efekt przyniosło jedynie połowicznie, bo czuć w tym trochę przymus i sztuczność pożenienia starego z nowym, pięknych pieśni tradycyjnych z bitami i syntezatorami. Annutara swoją genezę ma w Laboratorium Pieśni, które od kilku lat koncentruje się na pieśniach tradycyjnych. Występujące w tym składzie Alina Jurczyszyn i Kamila Bigus w Annutarze są więc już tylko jednym ze składników tego zespołu. Ich wokale są nadal najważniejsze i regularnie dominują na pierwszym planie – zespół inspiruje się muzyką bałkańską, romską, ukraińską, żydowską i arabską. Wpływy tradycji tych …

Olo Walicki Kaszebe II w Radiu Gdańsk – wygraj bilety!

41. odsłonę z cyklu Metropolia Jest Okey w Radiu Gdańsk uświetni koncert jednego z najlepszych polskich składów koncertow, Olo Walicki Kaszebe II. Nowe idzie od morza rozdaje bilety na to wydarzenie! Projekt Olo Walicki Kaszebe II to grupa muzyków i przyjaciół, którzy odważnie bawią się formą, estetyką i energią koncertowej odsłony materiału z najnowszej płyty, ciesząc się występami na żywo jak młodzi chłopcy. Autorem muzyki na płycie i śpiewającym basistą jest Olo Walicki. Współtwórca nurtu yassowego – Łoskotu, ostatniego składu Miłości oraz wielu zespołów jazzowych m.in z Leszkiem Możdżerem, Zbigniewem Namysłowskim czy Mazzollem. Autor kultowej płyty OW KASZEBE z 2007 roku. Pomysłodawca projektu multimedialnego The Saintbox z Gabą Kulką. Pisze muzykę do filmu, pracuje z teatrami i tancerzami, a ostatnio debiutował jako autor spektaklu muzycznego “To be authentic, or not to be” – w którym wystąpił w duecie z Andrzejem Sewerynem. Oprócz Walickiego zespół tworzą M.Bunio.S, Piotr Pawlak, Tomek Ziętek, Kuba Staruszkiewicz. KONKURS!!! Aby wygrać jedno z dwóch dwuosobowych zaproszeń na koncert Kaszebe II w Radiu Gdańsk, należy odpowiedzieć na poniższe pytanie: Kiedy po raz pierwszy pojawiła się nazwa Kaszuby? …

Kobiety – Podarte sukienki

Nigdy nie przepadałem za płytami Kobiet. Owszem, ten zespół ma dar do pisania chwytliwych i ciekawych piosenek, ale czym innym jest jeden, dwa single, a czym innym cały album. „Marcello”, „Pozwól sobie”, „Doskonale tracę czas” – wydaje mi się, że Kobiety bardziej pamięta się z powodu radiowych hitów niż całokształtu twórczości, która nigdy nie wybijała sie przesadnie ponad średnią. I na dodatek od początku wszystkie notki prasowe wspominają, że to pierwszy polski zespół z łatką „avant pop”. Czyli lepszy pop? Lepszy niż to co leci w radiu? Dla mnie muzyka Kobiet długo była właśnie czymś co można usłyszeć w radiu, włączyć w samochodzie, a o czym chwilę później się zapomni. Mam też wrażenie, że tak jest z ich twórczością – funkcjonują już 15 lat, a przypominają o sobie przy okazji premiery płyty, po czym po pewnym czasie słuch o nich ginie. Z drugiej strony są też jednym z „flagowych” zespołów trójmiejskich, jeszcze z początku XXI wieku, a więc dziennikarze skrupulatnie ich kolejne wydawnictwa odnotowują. Coś jest na rzeczy? Ostatnio na blogu zespołu, Grzegorz Nawrocki napisał o …

Calm the Fire – Doomed from the Start

Calm the Fire nie biorą jeńców. Od ich ostatniego wydawnictwa minęły trzy lata, a najnowsza płyta trwa ledwo 20 minut. Niby mało, zwłaszcza że jeden utwór średnio trwa kilkadziesiąt sekund, czasem przekraczając dwie minuty. Jednak tyle w zupełności wystarczy – „Doomed from the Start” to muzyka szalenie intensywna, pełna agresji czy też wkurwu, o którym mówi wokalista zespołu, Krzysztof Paciorek. Kwartet z Gdyni zgrabnie mieści się w tych krótkich utworach, przetaczając przez nie niczym walec całe kaskady riffów i zwinnych przejść między kolejnymi tematami. Nie ma tutaj przesadnego intelektualizowania i rozbudowanych, rozwlekłych kompozycji. Weźmy takie „Extinction”, które prowadzi wyrazisty i sugestywny riff, a rozszalała perkusja na drugim planie doskonale nakręca tempo utworu. Przy czym nie jest to nawalanie na oślep, ale zręczne skumulowanie kilku pomysłów – od metalowej sieczki na samym początku, po rozpędzone partie w środku, aż po ciężki, zamykający utwór finał. W wokal Paciorka trzeba się wsłuchać, bo na tle jazgotliwych instrumentów często jest ciężki do zrozumienia, ale moment kiedy splata się z muzyką na początku drugiej minuty tego utworu, jest jednym z …

Wizja obrazu. Relacja z Festiwalu Interference

Intereference pokazuje, że Gdańsk potrzebuje festiwalu dedykowanego teledyskom i formom multimedialnym, zadaje także pytanie: jak powinna wyglądać taka impreza? Przed czterema laty napisałem tekst, będąc nieco rozczarowanym, po dwudziestej odsłonie Festiwalu Yach Film. Interference odbył się dopiero drugi rok z rzędu, ale apetyt na razie nie do końca zostaje zaspokojony. Zadaje raczej pytanie: w jaki sposób zorganizować imprezę dedykowaną formom multimedialnym? Bo jest jeszcze sporo do zrobienia. Od Yachów (które po raz trzeci bez dotacji miasta odbędą się w grudniu w klubie B90) różni go to, że nie jest poświęcony jedynie teledyskom, ale formom multimedialnym w ogóle – widać to po kategoriach, w których przyznano nagrody: poza wideoklipem jest to found-footage, forma eksperymentalna i forma reklamowa. To szersze spektrum, ukazujące złożoność tego w jakim stanie jest obecnie twórczość wizualna na świecie (do konkursu wpłynęło ok 300 prac z całego globu). Sam festiwal został podzielony na kilka modułów – część koncertową i performersko-djską w Teatrze Szekspirowskim, galę w Europejskim Centrum Solidarności, wykłady i spotkania w Instytucie Kultury Miejskiej oraz VJ Battle w Klubie Buffet. Najbardziej cieszą te dwa …

Shorty UnInc – Lazarus Syndrome

Syny, Sarcast – te zespoły opisywałem na Nowe idzie od Morza w tym roku. Wywodzą się z hip hopu ale jednocześnie mocno od tego gatunku odstają, przede wszystkim ze względu na swój specyficzny język i formę, daleką od podwórkowego rapowania o codziennych problemach. A nawet jeśli pojawia się w nich obraz codzienności, to jest podany w ciekawej i nieszablonowej formie. Hip hop funkcjonuje jako pewna estetyka (ale często też klisza) przez kilka ostatnich lat regularnie poddawana ewolucji, słychać to w Polsce ale też w dokonaniach takich składów jak El-P, Death Grips czy Bicamelar Brain. Shorty UnInc również nie idzie udeptaną ścieżką – jego kolejne wydawnictwo, „Lazarus Syndrome” ma charakterystyczny dla gatunku rozbujany klimat i wyraziste bity obudowane warstwami melodii i tła. Jednocześnie dominuje tu mrok, czasem dark-ambientowe elementy, a kiedy indziej gęsty klimat bliski dokonaniom muzyków poruszających się w obrebie gatunku witch-house, który po prostu jest mroczniejszą, zmodyfikowaną wersją hip hopu. „Lazarus Syndrome” to intrygujący klimat i proste choć frapująco skonstruowane bity. Shorty UnInc nie odkrywa Ameryki, ale zgrabnie buduje muzyczny klimat i płynnie konstruuje …