Aktualności

Drugie życie Mapy i Łoskotu

Oba zespoły na trójmiejskiej scenie obrosły legendą. Oba nagrały płyty, które brzmią aktualnie także dziś. Oba postanowiły się reaktywować. Łoskot i Mapa wracają – premierowe koncerty po przerwie zagrają w sierpniu na Off Festivalu. Z tej okazji w konkursie Nowe idzie od morza można wygrać dwa karnety na to wydarzenie.

 

To zespoły nie tyle kultowe, co ważne w annałach trójmiejskiej, ale też polskiej muzyki. Nagrały płyty ważne, oryginalne, ale też przełomowe w kontekście przeobrażeń polskiej sceny alternatywnej w latach 90. Oba niejako zdekonstruowały ówczesne podejście do jazzu (Łoskot) i rocka (Mapa), co było ważne ze względu na wcześniejsze powiązania ich członków z tymi estetykami. Co równie ważne, w owym czasie w ich składach rodziły się ważne postaci polskiej sceny muzycznej, które teraz odgrywają na niej znaczącą rolę. Łoskot jest echem yassu, Mapa echem tego co w latach 80. i 90. działo się na gitarowej scenie w Słupsku.


Burzliwe lata 90.

Ten pierwszy został powołany przez Mikołaja Trzaskę, gdy jeszcze grał w sławetnej Miłości. W 1993 roku, kiedy grupa od razu zadebiutowała na Gdynia Summer Jazz Days w najwcześniejszej odsłonie zespołu (obok saksofonisty był w nim grający do dziś Olo Walicki oraz Jacek Olter, Szymon Rogiński i Jacek Majewski). Trzaska dwa lata później wydał pierwszą solowa płytę. Młodszy o prawie dekadę Walicki zdążył już objechać Polskę ze Zbigniewem Namysłowskim, udzielał się w zespole Szwagierkolaska. Tyle, że Łoskot w pierwszej odsłonie (udokumentowanej płytą “Na żywo w Mózgu”), był tylko preludium do tego, czym stał się w swoim najmocniejszym składzie. Dopiero “Amariuch” z 1998 roku nagrany z Tomkiem Gwincińskim i Piotrem Pawlakiem (już bez Oltera i Majewskiego), wydany przez Multikulti Project, pokazał grupę u szczytu formy. Gwinciński jako jeden z protoplastów bydgoskiej odsłony yassu i Pawlak, który wcześniej udzielał się w Bieliźnie i właśnie stawiał pierwsze kroki z zespołem Kury, wzmocnili skład. Jazz Forum nagrodziło album drugim miejscem w corocznym rankingu, ponadto został nominowany do Fryderyków oraz zdobyła “typ Machiny”.

Łoskot w pierwszym z pierwszych składów w 1995 roku. Od lewej: Jacek Majewski, Szymon Rogiński, Jacek Olter, Mikołaj Trzaska i Olo Walicki / fot. Łukasz Gawroński

“Amariuch” z jednej strony był popisem wirtuozerii reprezentowanej przez Trzaskę, a z drugiej obficie czerpał z technologicznych nowinek za sprawą gitarzysty Piotra Pawlaka. Transowy rytm, czerpanie z tradycji, ale też wykorzystanie samplingu, nawiązania do techno i zmiany tempa – Łoskot odświeżył wizerunek jazzu, a w zasadzie wyskoczył daleko za jego bezpieczną granicę, o wiele dalej niż Miłość. Po siedmiu latach wrócił z kolejną studyjną płytą “Sun” (po drodze wydając koncertówkę “Śmierdzące kwiatuszki), na której Piotr Pawlak zebrał odłożony przez 5 lat materiał grupy i dopracował go produkcyjnie. Efektem była płyta, z którą zespół muzyków-erudytów świetnie odnalazł się na progu XXI wieku: barwna, złożona, lawirująca między gatunkami, pełna produkcyjnych smaczków. Dwa lata później, w 2007 roku, zespół zawiesił działalność, pozostał jednak w pamięci wielu.

– Tego rodzaju zespół, który rodzi się tak intymnym językiem, od czasu do czasu musi dostać świeżej krwi. Dwanaście lat temu miałem potrzebę, aby grać muzykę improwizowaną i przeszkadzało mi, że gram na zespole: chłopaki grają, a ja do tego włączam się z mniej lub bardziej udanymi historiami – wyjaśnia przyczyny rozstania Mikołaj Trzaska. – Wolę grać w trybach, w których substancje między muzykami nawzajem się mieszają. 12 lat temu znudziła nas oczywistość i to co, robimy. Potrzebowaliśmy się rozstać, żeby zdobyć doświadczenie, ale nie odłożyliśmy instrumentów – cały czas graliśmy.

Historia Mapy wydaje się mniej złożona. Stworzyli ją muzycy wywodzący się ze Słupska – Marcin Dymiter i Paul Wirkus. Obaj, nim weszli na teren muzyki elektronicznej, eksperymentalnej i elektroakustycznej, grali w zespołach gitarowych (wtedy to określenie było rozumiane inaczej niż obecnie). Dymiter współtworzył jeden z najważniejszych polskich zespołów undergroundu, Ewę Braun nagrywając z nią kilka płyt, a Wirkus w latach 80. zaczynał muzyczną przygodę w punkowym zespole Karcer, a potem współtworzył zespół Spokój.

Artykuł o zespole Mapa w magazynie The Wire w grudniu 1998 / Fot. Magda Saja

Kluczowy był dla nich również 1998 roku – równolegle z “Amariuchem” Łoskotu wydali nakładem Anteny Krzyku daleką od noise’owych korzeni płytę “Fudo”, na której połączyli brzmienie elektroniki, avant-jazzu czy rocka, przez co zyskali sobie miano pierwszego polskiego zespołu, który wszedł na terytorium post-rocka. Cały album powstawał korespondencyjnie między Gdańskiem, a Kolonią, gdzie artyści wtedy mieszkali. Doceniło ich brytyjskie The Wire, a płyta momentalnie stała się kultowa. Rok po jej wydaniu zespół zawiesił działalność.

Bez próżnowania

Przez te 12 lat (Łoskot) i 19 (Mapa), muzycy nie spoczęli jednak na laurach. Trzaska zaczął coraz intensywniej rozwijać się w kierunku wolnej improwizacji, grając z Peterem Brotzmanem, Kenem Vandermarkiem, podróżując po Europie czy Stanach ze śmietanką gatunku muzyki free-improv. Dał się poznać także jako twórca muzyki filmowej – jest stałym współpracownikiem Wojciecha Smarzowskiego, dla którego przed rokiem stworzył najbardziej monumentalne dzieło: muzykę do filmu “Wołyń” zarejestrowaną z Orkiestrą Klezmerską Teatru Sejneńskiego.

Olo Walicki grał z Kobietami, cały czas tworzy muzykę do spektakli, współtworzył z Gabą Kulką projekt The Saintbox, a z Leszkiem Możdżerem nagrał płytę „Metalla Pretiosa”. Na dwóch płytach projektu „Kaszebe” zwrócił się w kierunku swoich rodzimych stron – za pierwszym razem (2007) czerpiąc z języka tej mniejszości etnicznej, a za drugim (2014) angażując trójmiejskich artystów do napisania tekstów, które z  dystansem komentują ten region.

Pawlak odsunął sie na drugi plan, jako producent. Bez niego płyty Ścianki, Kobiet, Pulsarusa, The Shipyard, Pink Freud nie brzmiały by tak dobrze. Bez niego nie powstałyby Kury i płyta-hołd „OLTER” ku czci przyjaciela perkusisty, Jacka Oltera, który w styczniu 2001 roku odebrał sobie życie. Grał też z Olem Walicki. A Walicki grał z Maciem Morettim w Warszawskiej Orkiestrze Rozrywkowej. Ten z kolei od lat tworzy stołeczną scenę muzyczną, budując Lado ABC czy grając w takich zespołach jak Mitch&Mitch, Paristetris albo LXMP. Albo w Shofar z Mikołajem Trzaską. Grał też z Łoskotem podczas ich ostatniej trasy. Czyli wszystko zostaje w rodzinie.

Jesteśmy zespołem czterech różnych, ale blisko związanych ze sobą ludzi – nie tylko na scenie ale i poza nią – opowiada Olo Walicki. – 12 lat temu po 12 latach grania zawiesiliśmy działalność. Przez cały ten czas cierpiałem na brak kontaktu z kolegami. Dzwoniłem do nich regularnie i grałem w różnych składach. Czekałem cierpliwie na ten moment, kiedy znowu wszyscy się spotkamy. Imputowałem pytanie „czy to juuuż?”, odczekałem należny czas i w którymś momencie nastąpił “ten” czas.

Dymiter i Wirkus poszli w kierunku działalności solowej. Pierwszy nagrał serię solowych płyt pod szyldem Emiter, w tym arcyciekawą „#2: static”, aby potem podjąć współpracę z m.in. Krzysztofem Topolskim, Zosią Esden, Le Quan Ninhem, Robem Mazurkiem, Thomasem Lehnem, Johnem Butcherem, Axelem Dornerem, czy zespołami Mordy i Ludzie. Zagłębiał się w nagraniach terenowych, dokumentując swoje poszukiwania serią „Field notes”, ale też romansował z gitarą, zwracając się w kieurnku gitarowych korzeni w projekcie Niski Szum. Tworzył też instalacje dźwiękowe czy muzykę do spektakli teatralnych. Do dziś Dymiter jest nieustannie zajęty i kilkakrotnie w ciągu miesiąca podróżuje między różnymi miastami w Polsce. Kontakt z Paulem Wirkusem jednak się nie urwał – obaj mają podobne życiorysy, które często się spotykały. W pierwszej dekadzie XXI wieku grali wspólne koncerty z Krzysztofem Topolskim, ale o powrocie nie rozmawiali.

Wirkus po zawieszeniu Mapy nagrał minimalistyczny album “Echo”, „Mimikry”, „Inteletto D’Amore” i „Déformation Professionnelle” – ten ostatni wysoko ocenił serwis Pitchfork. Współtworzył September Collective czy niezwykły projekt Forest Full of Drums ze Stefanem Schneiderem z To Rococo Rot. W międzyczasie grał też z Maciem Morettim i Mikołajem Trzaską (obie płyty wydało Kilogram Records). Przed rokiem wydał dwa albumy solowe, które okazały się pretekstem do zagrania koncertów nad Wisłą. Pomysł na granie na żywo z nowym materiałem miał też Dymiter, więc postanowili zagrać wspólną trasę. A przy okazji wspólne koncerty.

Po koncertach stało się jasne, że pracujemy dalej, nagrywamy płytę, a koncerty dały dużo radości – wspomina Marcin Dymiter. – Mapa może dzięki temu, że nagrała tylko jedną płytą nie jest wyczerpaną formułą.

Zespół ożył, a muzycy obserwowali bardzo pozytywne reakcje publiczności na to, co robią.

Nasz wspólny minimalizm jest inny niż w naszych solowych działaniach – opowiada Wirkus. – Minimalizm Mapy nie jest subtelny i konceptualny. To minimalizm z ulicy, w którym miesza się punk, hip-hop, brudny jazz i jakieś amerykańskie podejście do kompozycji. Jest w nim precyzja ale też nonszalancja i nieuchwytność.

Mapa w 2017 roku: Marcin Dymiter i Paul Wirkus.

Smak ryzyka

Muzycy Łoskotu od dłuższego czasu spotykają się na regularnych próbach w studiu Ola Walickiego na terenie byłej Stoczni Gdańskiej.

– Gramy muzykę improwizowaną, dlatego nasze próby to koncerty– tłumaczy Walicki.– Robimy to, żeby rozszerzać nasz język wypowiedzi. W efekcie po czterech półgodzinnych improwizowanych blokach w ramach jednej próby, jesteśmy jak po czterech koncertach; wykończeni i przede wszystkim wyeksploatowani umysłowo.

Ekscytację ponownym spotkaniem z muzykami odczuwa też Trzaska.

– Wystąpiło coś co lubię: smak ryzyka – opowiada. – Zdecydowaliśmy się, że każdy z nas będzie temperował swoje możliwości. Wiadomo było, że Olo nie chce już grać, tak jak kiedyś. Piotr nie chce już używać tylu swoich efektów, a ja nie ryczę tak jak kiedyś. Nie da się wrócić do tego samego i nie ma takiej potrzeby. Kiedyś chciałem być na pierwszym planie, a teraz często mam poczucie, że byłoby lepiej, gdyby było mnie trochę mniej albo gdybym był ciszej.

Każde spotkanie jest rejestrowane, podobnie jak koncerty, które muzycy planują zagrać po wystąpieniu na katowickim festiwalu. Na razie jednak więcej dat nie zdradzają. Czy ich pokłosiem będzie płyta?

– Jeśli przyjdzie na nią czas, powstanie naturalnie – tajemniczo odpowiada saksofonista. – W tej chwili nasza muzyka jest tworzona do grania koncertów przed ludźmi. Lubię surowość Łoskotu, połączoną z przestrzenią i dynamiką. Myślę, że to będzie totalna niespodzianka. Może to być sukces albo fiasko.

Doświadczenie i wiek muzyków zrobiło swoje, co wpłynęło na muzykę.

– Ideałem jest zespół, który ma jedno ego – wspólne. A więc każdy z nas musiałby się rozczworzyć, żeby dać ze swojego ego jedną czwartą– śmieje się Walicki.

Łoskot w 2017 roku: Mikołaj Trzaska, Piotr Pawlak, Olo Walicki i Macio Moretti.

Elastic punk

Mapa płytę ma już nagraną. “No Automatu” ukaże się nakładem Gustaff Records na winylu w dniu koncertu duetu na Off Festivalu. Album to 9 utworów, na których Wirkus i Dymiter redukują swoje narzędzia. Bazują na minimalistycznym set-upie, składającym się z wyselekcjonowanych analogowych instrumentów elektronicznych. Dymiter wspomina, że wspólne granie od razu zadziałało:

– Kiedy spotkaliśmy się przed trasą, żeby grać, po paru minutach miałem poczucie jakby minęły 3-4 tygodnie od ostatniej naszej próby. Idea redukcji, uchwycenia za pomocą prostych analogowych instrumentów energii, powrót do czytelnego dla nas idiomu „punk” jako filozofii, dźwięków, ale i motoryki był dla nas naturalnym środowiskiem.

Tym razem muzycy nie wymieniali się korespondencyjnie pomysłami, jak przy powstawaniu “Fudo”. „No automatu” jest uchwyceniem danego momentu, poparte myśleniem oraz tropami tego, do czego artyści chcą w muzyce dążyć. Świadoma rezygnacja i redukcja to ich narzędzia muzyczne w dobie przesytu. Efektem jest zupełnie inny album i zespół.

– Nasze kompozycje są otwarte i elastyczne. Nazywamy je: elastic punk – opowiada Wirkus. – Słuchając miksów, odkrywaliśmy, że często reagujemy sposobami wyniesionymi z grania w konwencjonalnych gitarowych undergroundowych zespołach. Tylko że my używamy dosłownie kilku najczęściej analogowych i małych instrumentów elektronicznych.

„No automatu”  to dalsza droga MAPY po „Fudo”– pozwala zaistnieć artystom w sposób inny niż ich solowe projekty. To jednak nie koniec niespodzianek– jesienią dojdzie do reedycji “Fudo” na winylu nakładem trójmiejskiej Extinction Records.

– „Fudo” była fuzją fascynacji brzmieniem jazzu lat 60. XX wieku, samplingu i improwizacji, a „No automatu” widzę  jako rozwinięcie idei rytmu oraz energii punkowej, która niesie i otwiera człowieka – podkreśla Dymiter.

Wirkus zgadza się z nim, że oba wydawnictwa to poszukiwanie wyjścia z konwencjonalnych sposobów pracy nad muzyką. Mapę traktują jak laboratorium. Wirkus zauważa, że przy nagrywaniu drugiego albumu, poruszali się intyucyjnie, dokładnie w odwrotnym kierunku niż na “Fudo”.

– Szliśmy od awangardy i jazzu do naszych punkowych korzeni, ale ten punk zawiera w bardzo esencjonalnej formie wszystko to co w międzyczasie przeżyliśmy. „Fudo“ jest płytą tęsknot, a „No automatu“ płytą refleksji.

Łoskot zagra 4 sierpnia na Scenie Leśnej o g. 20.45, a Mapa 6 sierpnia o g. 18:50 na Scenie Eksperymentalnej. Poza nimi na Off Festivalu zagrają jeszcze trzy zespoły z Trójmiasta: The Fruitcakes (Scena Główna, 4.08, g.15.00), Spoiwo (Scena Trójki, 4.08, g. 17.40) i Trupa Trupa (Scena Główna 4.08, g. 19.40). Więcej informacji i pełen program: off-festival.pl.

KONKURS: WYGRAJ KARNETY NA OFF FESTIVAL!

Nowe idzie od morza zaprasza do udziału w konkursie, w którym można wygrać jeden z dwóch karnetów na katowicki Off Festival.

Aby to zrobić, należy wskazać swój ulubiony utwór Mapy lub Łoskotu i uzasadnić wybór w kilku zdaniach. Dwie najciekawsze odpowiedzi zostaną nagrodzone trzydniowymi karnetami na Off Festival.

Aby wziąć udział w konkursie, należy wypełnić FORMULARZ. Konkurs trwa do 13 lipca do godziny 20. Zwycięzcy zostaną ogłoszeni dzień później.