Aktualności

Gdzie się podziały gdańskie parki i ogrody?

Skąd wzięła się nazwa Błędnik i kto wie, że kiedyś w jego miejscu był malowniczy ogród? A to, że przed Bramą Wyżynną był Ogród Botaniczny, przy Pustym Stawie na Stogach stał dom kuracyjny z kawiarenkami i wypożyczalnią kajaków, a z Parku Oliwskiego można było dostrzec morze?
Nakładem wydawnictwa Słowo/obraz terytoria ukazało się właśnie drugie wydanie książki „Ogrody odchodzące…? Z dziejów gdańskiej zieleni publicznej 1708–1945” Katarzyny Rozmarynowskiej, urbanistki z Politechniki Gdańskiej. Z tej okazji przypominam moją rozmowę z autorką sprzed sześciu lat.

Pierwotnie wywiad ukazał się na łamach Trojmiasto.pl we wrześniu 2011 roku:
http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Gdzie-sie-podzialy-gdanskie-parki-i-ogrody-n51625.html

JAKUB KNERA: Czytając pani książkę dochodzi się do przerażających wniosków – kiedyś w Gdańsku była masa przestrzeni zielonych, a teraz oprócz kilku głównych parków sytuacja przedstawia się bardzo kiepsko.

KATARZYNA ROZMARYNOWSKA*: To nieprawda. Nie jest tak źle. Większość parków i zieleńców, o których piszę, wciąż jeszcze istnieje. Problem polega na tym, że dla większości z nas są niedostrzegalne, zbyt mało o nich wiemy. Dawni mieszkańcy, którzy byli emocjonalnie związani z gdańską zielenią wyjechali stąd, a dla przybyszów, opuszczone przez Niemców parki były zupełnie pozbawione treści. Utrudniło to im uznanie zielonego dziedzictwa za własne, a tym samym zmniejszyło jego szansę na przetrwanie. Moja książka ma na celu przybliżyć dzisiejszym gdańszczanom dzieje gdańskiej zieleni publicznej, odkryć jej pozamaterialną treść, pokazać to, czego nie widać, a co jest konieczne do zrozumienia jej wartości. Tylko to może pomóc ocalić zielone zabytki przed ostatecznym unicestwieniem.

Katarzyna Rozmarynowska
„Ogrody odchodzące…? Z dziejów gdańskiej zieleni publicznej 1708–1945”
Słowo/obraz terytoria 2017, Wydanie II
Więcej terytoria.com.pl

Co zaskakuje najbardziej? Można doszukać się w niej wielu ciekawostek. Chyba mało osób zdaje sobie sprawę, że nazwa Błędnik wzięła się od ogrodu z labiryntem (był w miejscu, gdzie obecnie przecinają się tory z mostem), w którym się błądziło, przed Bramą Wyżynną był Ogród Botaniczny, a park na Jaśkowej Dolinie był jednym z pierwszych miejskich parków – a nie lasem, który teraz przypomina! – w Europie.

Zaskoczeń było dużo, może dlatego, że praca nad książką trwała wiele lat. Największym jednak było to, że miejsca, które wcześniej znałam, okazywały się zupełnie inne niż mi się wcześniej wydawało. Najlepszym przykładem jest wymieniony przez pana Błędnik. Też, podobnie ja pan, myślałam, że istniał tam labirynt. Tymczasem nic na to nie wskazuje, a swoją nazwę, ta najstarsza gdańska promenada zawdzięcza prawdopodobnie szalonym (błędnym) pacjentom pobliskiego lazaretu. Albo Park Jaśkowej Doliny, dziś pusty i niedostępny las. Tymczasem kiedyś było to miejsce tętniące życiem, jeden z pierwszych parków miejskich w Europie. Gdańszczanie bardzo wcześnie, bo już w 1832 roku wpadli na pomysł jego budowy. Byli z niego bardzo dumni. Dwa jego widoki umieścili nawet na gloryfikującej miasto rycinie. Znalazły się na symbolicznym łuku triumfalnym, pośród najcenniejszych gdańskich budowli: ratusza, teatru miejskiego, zbrojowni itd. O wysokiej randze, jaką park się cieszył, dobitnie świadczy i to, że jego odwiedziny były częstym elementem programu oficjalnych wizyt ważnych osobistości. Kilkakrotnie gościł tu następca tronu pruskiego książę Fryderyk, który od 1840 roku panował jako król Fryderyk Wilhelm IV, a ostatni następca tronu, komendant Pierwszego Regimentu wrzeszczańskich Huzarów Śmierci książę Wilhelm (1882-1951) zimą zwykł korzystać z toru saneczkowego urządzonego na stokach Wzgórza Królewskiego , co zostało nawet uwiecznione na okolicznościowej pocztówce.

Fontanna na Targu Maślanym na początku XX wieku (obecnie między ulicą Lastadia i Kotwiczników) upamiętniająca pomyślne zakończenie budowy miejskich wodociągów i kanalizacji / ze zbiorów W. Gruszczyńskiego

Wielu osobom pewnie ciężko sobie wyobrazić, że kiedyś w miejscu między obecnym I Liceum Ogólnokształcącym, Pomnikiem Poległych Stoczniowców i Zieleniakiem był malowniczy Plac Hanzy, na Starych Szkotach znajdował się Ogród Schahnasjahna żywcem przypominający ten z powieści „Tajemniczy Ogród”, przy Pustym Stawie na Stogach były kawiarenki, dom kuracyjny oraz wypożyczalnia kajaków, a stojąc przy żywopłocie w miejscu Drogi do Wieczności w Parku Oliwskim można było dostrzec nawet morze. Ciężko potraktować pani książkę jako optymistyczny obraz tego, co dzieje się z obszarami zielonymi w Gdańsku, widząc różnicę między tym co było kiedyś, a sytuacją obecną.

Nie, dlaczego? Proszę spojrzeć na tytuł zakończony wielokropkiem i znakiem zapytania. On jednak pokazuje, że ciągle mam nadzieję na zatrzymanie postępującej degradacji. Optymistycznie patrzę na coraz większe zainteresowanie mieszkańców zabytkową zielenią, na rosnącą świadomość jej wartości i budzącą się potrzebę zmiany. A stąd już tylko krok do urny wyborczej, do walki o fundusze, do organizowania się w jej obronie zabytkowych.

Wiele dawnych parków już nie istnieje. Czas obszedł się z nimi okrutnie. Nie ma na to rady. Nic nie zwalnia nas jednak z obowiązku poszukiwania ratunku dla tych, które jeszcze pozostały. Warunkiem koniecznym wyprowadzenia ich z pustki w jakiej się znalazły, jest zainteresowanie społeczności lokalnych. Wierzę, że jeśli władze dostrzegą prawdziwe zainteresowanie swoich wyborców zabytkową zielenią, to znajdą się też środki na jej rewaloryzację. Warto o nią walczyć, chociażby dlatego, że jest ona świadectwem historii i fragmentem europejskiego dziedzictwa za które jesteśmy odpowiedzialni. Parki i skwery powstawały dzięki olbrzymiemu wysiłkowi i zaangażowaniu dawnych mieszkańców i w związku z tym nie powinny być dzisiaj traktowane jako niechciane, zawadzające postępowi skupiska zdziczałej zieleni. Nie jesteśmy ich właścicielami a jedynie depozytariuszami, którzy powinni przekazać je następnym pokoleniom. Poza tym, są nam one po prostu potrzebne.

Może Gdańsk nie ma w tradycji dbania o swoje przestrzenie zielone? W końcu niszczono je wielokrotnie chociażby podczas wojen napoleońskich. A ponadto wiele z parków otwartych publicznie, najpierw było prywatnymi, zamkniętymi przestrzeniami.

Gdańszczanie bardzo dbali o swoją zieleń. Zniszczenia wojenne nie były przez nich zawinione. To były kataklizmy. Natomiast zwyczaj udostępniania mieszkańcom ogrodów prywatnych, który poprzedził budowę ogólnodostępnej zieleni publicznej, dotarł do Gdańska pod koniec XVIII wieku. Dzięki hojności właścicieli można było przechadzać się tu po ogrodach: Andrzeja Schopenhauera na Oruni, opata cystersów w Oliwie, a na początku XIX wieku także Jana Labesa w Jaśkowej Dolinie (ok. 1803) i Sörena Bjørna na Stogach. Chętnie swoimi zielonymi salonami dzielili się także właściciele posiadłości na Polankach.

Park na Jaśkowej Dolinie był regularnie odwiedzany przez ważne osobistości ze świata polityki. Na zdjęciu pruski Następca Tronu, książę Wilhelm, który na początku XX wieku wybrał się tam na sanki. / ze zbiorów K. Szczecińskiego

Ale pewne zmiany w myśleniu ludzi się pojawiają. Odnawiany jest Park Reagana, Park Haffnera, Park Oruński. Pojawiają się plany młodych architektów jak przestrzenie zielone mogą ożywić dzielnice. Swego czasu odbył się nawet konkurs na zagospodarowanie Placu Wałowego .

Oczywiście. Zieleń w przestrzeniach publicznych, także zieleń zabytkowa staje się coraz ważniejszym elementem w miastach w całej Europie. Od pewnego czasu obserwujemy taki mały renesans miejskiej sztuki ogrodowej. Miło, że w Gdańsku również podejmowane są inicjatywy związane z rewaloryzacją parków. Szkoda, że tych inicjatyw jest tak mało. Jeśli zaś chodzi o konkurs na Plac Wałowy, to szkoda, że w jego warunkach nie zwrócono uczestnikom uwagi, że Plac Wałowy to także najstarszy gdański zieleniec (założony w 1872 roku), o doskonale zachowanym układzie kompozycyjnym, a nie tylko plac, który trzeba zagospodarować.

Wydaje się że teraz cykl z XIX wieku się powtarza – wraz z rozwojem urbanizacji przestrzenie zielone zanikają i mieszkańcy zaczynają odczuwać ich brak. Przegrywamy pod względem przestrzeni zielonych chociażby z Berlinem i Paryżem, z którymi kiedyś z powodzeniem mogliśmy konkurować. Czyżby więc polityka Gdańska brnęła w złym kierunku?

Jeżeli chodzi o nowe realizacje, to ciągniemy się w tyle nie tylko za Berlinem i Paryżem, ale również za wieloma znacznie mniejszymi miastami. Wydaje się, że brakuje nam całościowej planistycznej wizji terenów zieleni, która pozwoliłaby na rozsądne gospodarowanie istniejącymi zasobami i rezerwowałaby tereny pod nowe parki. Sztandarowe gdańskie realizacje, takie jak Park Reagana czy brzeźnieński Park Haffnera, są dla mieszkańców wielu dzielnic, ze względu na trudności komunikacyjne, praktycznie nieosiągalne. Mam tu na myśli przede wszystkim południowe dzielnice Gdańska – gęsto, chaotycznie zabudowane kamienne pustynie, bez drzew, skwerów i parków. Nie możemy liczyć na to, że będą je zakładać nastawieni na szybki zysk deweloperzy. Jako elementy ogólnodostępnego systemu zielonych przestrzeni publicznych powinny być inwestycjami miejskimi, tak samo jak drogi, chodniki i place.

Mam nadzieję, że moja książka chociaż w minimalnym stopniu zwróci uwagę na problem parków i przestrzeni zielonych w Gdańsku. Dla większości z nich czasu pozostało już niewiele, wchodzą bowiem w okres schyłkowy. Jeżeli nie uda się ich uratować w najbliższych latach, to na zawsze znikną z krajobrazu miasta. Chyba ze szkodą dla nas wszystkich.

Gdańskie parki i zieleńce na mapie Gdańska z 1940 roku. Łącznie było ich niemal 40.

*Katarzyna Rozmarynowska – adiunkt na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej; prowadzi zajęcia z urbanistyki i architektury krajobrazu. Jej zainteresowania zawodowe są związane z szeroko pojętą problematyką miejską, historią sztuki ogrodowej, teorią i konserwacją zabytkowej zieleni oraz teorią architektury krajobrazu. Jest autorką licznych artykułów poświęconych tej tematyce. Oprócz prac o charakterze ściśle naukowym, w jej dorobku są również projekty rewaloryzacji m.in. Parku Przymorze, Park Stawowie w Sopocie czy wrzeszczańskiego parku przy PG. Jest także autorką Zielonego Pomnika Jana Pawła II na gdańskiej Zaspie.