Wywiady

Maciej Polak. Łowca niedoskonałych syntezatorów

Maciej Polak 
fot. Renata Dąbrowska
renatadabrowska.com

– Na Dworcu PKS w Gdańsku wsiadałem do autobusu z kilkoma syntezatorami, które ledwo z kierowcą załadowaliśmy do luku bagażowego, a pod Wejherowem on powiedział do mnie, że „będzie dopłata za tę wersalkę” (śmiech). Potem zacząłem jeździć do Anglii samochodem, a następnie postanowiłem kupować sprzęt także za oceanem. Płaciłem i pisałem do ludzi, że za trzy miesiące po nie przyjadę. Wydawało się szalone, ale się udało. Jak pojechałem pierwszy raz i oddawałem auto w wypożyczalni na Manhattanie to właściciel nieźle się zdziwił, że w miesiąc przejechałem 6000 kilometrów. Jeździłem, zbierałem sprzęt, ludzie byli z różnych bajek, ale było to w pewnym sensie fascynujące, bo nie wiedziałem na co się piszę – opowiada Maciej Polak, kolekcjoner syntezatorów, twórca analogia.pl i muzyk zespołu Pin Park.

Fotografia: Renata Dąbrowska

 

JAKUB KNERA: Zajmujesz się syntezatorami od 20 lat. Jak to się zaczęło?

MACIEJ POLAK: Zupełnie przypadkowo. Od dziecka interesowałem się muzyką, chociaż u mnie w domu nie było żadnych tradycji muzycznych. Kiedyś spytałem babcię – która razem z dziadkiem pochodziła z Kresów – czy w domu ktokolwiek wykazywał jakiekolwiek zainteresowania muzyczne, co ona skwitowała jedynie tym, że kuzyn dziadka grał na harmonii (śmiech).

Postanowiłeś na własną ręką zainteresować się muzyką?

W pewnym momencie zainteresowałem się muzyką elektroniczną, z tym że był to bardziej Jean-Michel Jarre niż Tangerine Dream. Bo pod koniec lat osiemdziesiątych, słuchając Programu Trzeciego Polskiego Radia, można było usłyszeć przede wszystkim tych artystów. Momentem przełomowym była gazeta Future Music, którą czytałem w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Udało mi się znaleźć jej dwa numery, w których był poruszany temat syntezatorów analogowych – a było to w czasach, kiedy nie było internetu – i powoli od słowa do słowa zacząłem się nimi interesować. Zgłębiałem ten temat, przy okazji pisząc do magazynu Estrada i Studio, który w 1997 albo 1998 roku, gdy miałem 18 lat, wydrukował mój pierwszy artykuł.

Zainteresowanie muzyką i czytanie gazet to jedno, ale co innego sprzedaż i kupowanie syntezatorów.

Może kiedyś przyjdzie mi do głowy, jak to zbeletryzować, ale przyczyna była prozaiczna: brak jakiegokolwiek pomysłu na życie. Kończyły się studia i trzeba było coś robić. Skończyłem dwa kierunki, więc postanowiłem zająć się syntezatorami. Zwłaszcza, że poznałem Mirka Adamowicza, elektronika, z którym cały czas pracuję. Trzeba było na coś postawić i okazało się to dobrym wyborem.

Ale nie łatwym, bo syntezatory trudno było znaleźć w okolicy, ba, w Polsce.

Zacząłem wyjeżdżać do Wielkiej Brytanii, a potem do Stanów Zjednoczonych. Na Dworcu PKS w Gdańsku wsiadałem do autobusu z kilkoma syntezatorami – a przecież nie są małe – które ledwo z kierowcą załadowaliśmy do luku bagażowego, a pod Wejherowem on powiedział do mnie, że „będzie dopłata za tę wersalkę” (śmiech).

Raz, zupełnie dla żartu, na E-bay dałem ogłoszenie, że serwisuję piano Rhodes i ku mojemu zdumieniu zgłosiło się sporo osób. Więc następnego dnia władowałem walizkę z narzędziami i pojechałem do Londynu. Wstałem o 5 rano, a o 10 już jeździłem po ludziach i pracowałem. Wyglądało to śmiesznie, bo chowałem wszystko do plecaka Alpinusa, więc klienci witali serwisanta, który wyglądał jak turysta z gór.

Potem zacząłem jeździć do Anglii samochodem, a następnie postanowiłem kupować sprzęt także za oceanem. Na E-bay albo Craigslist znajdywałem syntezatory, płaciłem i pisałem do ludzi, że za trzy miesiące po nie przyjadę. Wydawało się szalone, ale się udało. Jak pojechałem pierwszy raz i oddawałem auto w wypożyczalni na Manhattanie to właściciel nieźle się zdziwił, że w miesiąc przejechałem 6000 kilometrów. Ale z drugiej strony to olbrzymi kraj. Jeździłem, zbierałem sprzęt, ludzie byli z różnych bajek, ale było to w pewnym sensie fascynujące, bo nie wiedziałem na co się piszę. Dzięki temu udało mi się poznać wiele fantastycznych osób.

Syntezatory w magazynie i w czasie podróży. Fot. Maciej Polak

Syntezatory w magazynie i w czasie podróży. Fot. Maciej Polak

Szukałeś dalej?

Znalazłem kontakt do kolesia z Kirgistanu, dzięki któremu skupuję instrumenty rosyjskie. Sowieci zrobili z pięćdziesiąt modeli różnych instrumentów, przede wszystkim markę Poliwoks. Kupowanie instrumentów z ZSRR przez Kirgizję było nietypowe, ale wiele lat temu przyzwyczaiłem się, że to musi być dziwne. Ostatnio kupuję też w Japonii – znam tam gościa, przez którego robię zakupy na aukcjach internetowych. On jest moim agentem – kontaktuje się, dowiaduje, czasem coś tłumaczy. Translator z japońskiego na polski to generator haiku, więc bez jego pomocy nie dałbym rady. Może to dziwne, ale w pewnym momencie, robiąc rzeczy nietypowe, przesuwa się twoja granica tego, co cię dziwi.

Na przykład to, że jeden syntezator kupił od ciebie Aphex Twin.

To też przypadkowa historia. Raz, gdy byłem w Londynie, miałem już wracać do Polski i okazało się, że osoba, która planowała kupić ode mnie instrument, zrezygnowała. Zamieściłem więc informację na ogólnoświatowej liście dyskusyjnej Analogue Heaven, że mam sprzęt do sprzedania od ręki. Odezwał się jakiś typ. Nazajutrz przyjeżdża, otwieram drzwi i widzę Richarda Davida Jamesa. Ustałem, niczym Małysz swoje najdalsze skoki. Byłem w szoku, ale stwierdziłem, że muszę zachować zimną krew i być profesjonalistą. Przywitałem się, dałem syntezator, dobiliśmy targu, ale pomyślałem, że muszę mieć pewność, że to on, więc zagaiłem czy to jego pierwszy syntezator. Odpowiedział, że ma ich cały pokój, więc wtedy już go dopytałem czy jest tym Richardem. Potwierdził. Przybiliśmy piątkę, a cała sytuacja okazała się nieźle absurdalna. Ostatnio skontaktował się ze mną Richie Hawtin czyli Plastikman.

Dlaczego po syntezatory musiałeś jeździć osobiście?

Po pierwsze – bezpieczeństwo sprzętu. Po drugie – robię kurs i zbieram wszystko na raz. Jak ktoś wystawia pralkę na sprzedaż w Skarszewach, to wisi mu to, że Amerykanin będzie chciał ją kupić nawet za połowę więcej. Nie ma ochoty jej pakować, najlepiej jak odbiorca przyjedzie sam. Często wiele ludzi nie chce nawet słyszeć o tym, że ma coś samemu wysyłać. Nie dziwię im się – kilka lat nauczyło mnie jako bezpiecznie zapakować, a potem wysłać coś wielkiego i nieporęcznego. Większość tych instrumentów ma spore gabaryty i są dosyć wrażliwe. Wynajem vana i wycieczka po kilku miejscach była więc najbardziej sensowna. A, że to trochę więcej do przejechania, niż mi się wydawało, to co innego. Poza tym przesyłka chociażby pianino Rhodes, które waży 50 albo 100 kilogramów z głośnikiem, kosztowała astronomiczną kwotę. Najbardziej sensowne było zwiezienie tego do jakiegoś kontenera, żeby to przetransportować statkiem do Polski. To w końcu nie laptopy (śmiech).

Stany, Wielka Brytania, Rosja – gdzie są najlepsze instrumenty?

Anglia jest krajem zamożnym i muzykalnym. Miałem tam znajomych, sporo osób pojechało tam do pracy i znałem język, więc to był naturalny kierunek. Kilka osób coś ode mnie kupiło, darzyły mnie zaufaniem i zdobyłem renomę. Z kolei w USA powstała większość najbardziej znanych firm, produkujących syntezatory. Poza tym tam było ich najwięcej. Nigdy nie załapałem się na okazję, żeby kosztowały grosze, ale ich cena była na tyle sensowna, że warto było tam jechać. Podobnie było w Niemczech – było ich sporo i za rozsądną cenę.

Dużo ryzykujesz, kiedy jedziesz po sprzęt i nie wiesz w jakim jest stanie?

Ryzyko to codzienność. Wyobraź sobie, że widzisz zdjęcie samochodu, który ma zapalone światła i decydujesz się go kupić. Ale tylko zakładasz, że w środku jest silnik. To jest ryzyko. Tyle, że podstawą ekonomii jest zysk, który jest premią za ryzyko. Nie wiem czy coś będzie zepsute albo ile układów scalonych – których w instrumencie jest około dwadzieścia, a każdy kosztuje 30-50 euro – będzie w środku. Możesz się zastanawiać co będzie zepsute, jeśli instrument jest kompletny i ktoś przy nim grzebał, ale ryzyko jest większe, jeśli ktoś tam grzebał i, co gorsza, coś wyjął.

Maciej Polak podczas Letniej szkoły produkcji muzyki realizowana wraz z Centrum Warte Poznania oraz Ableton Polska. Brzeg Wschodni, Poznań 2016.

Maciej Polak podczas Letniej szkoły produkcji muzyki realizowana wraz z Centrum Warte Poznania oraz Ableton Polska. Brzeg Wschodni, Poznań 2016.

Komu sprzedajesz syntezatory?

Hobbystom, którzy prawie w ogóle nie zajmują się muzyka, ale lubią takie instrumenty, bo to sentyment albo lubią takie maszyny. Mogą to też być muzycy, którzy grają bardzo zróżnicowaną muzykę. Piano Rhodes czy Wurlitzer wykorzystuje wiele osób, także w jazzie i elektronice. Syntezatorami interesują się młodzi ludzie, co jest bardzo fajne – czasem przychodzi ktoś, kto ma dwadzieściakilka lat, pracował na komputerze, ale sięga po analog, bo brzmi lepiej i słyszy różnicę. Jest stare pokolenie, młode, neofici, którym to się spodobało, albo starzy wyjadacze, którzy zjedli na nich zęby. Dzięki temu nie zabraknie chętnych.

Nie znudzą się?

Jeden z mitów mówi, że to się skończy. Ale tak nie będzie. Są wirtualne analogi, cyfrowe instrumenty, które zwiększyły dostępność i paletę brzmień, ale nie wyparły analogowych syntezatorów. To tak jakby powiedzieć, że w końcu powstanie taki samochód, który sprawi, że ludzi przestaną interesować stare modele aut. To nieprawda!

Wciąż jest na nie popyt. Zarówno wśród muzyków, którzy na nich tworzą, jak i słuchaczy, których interesuje tworzona na nich muzyka. Dlaczego?

To zmieniająca się proporcja mody, tajemniczości, niedostępności, walorów brzmieniowych, łatwości programowania, różnicy w trakcie tworzenia w stosunku do komputerów. Ważne są niedoskonałości sprzętu, pojawiający się przypadek, który wnosi wiele nowego. Na instrumentach cyfrowych i komputerze przypadek został zminimalizowany. Tam nie zrobisz czegoś nie tak jak powinieneś, bo wszystko możesz zaprogramować. Na syntezatorze możesz pomylić gałkę, oprzeć się nie tak jak chcesz, coś potrącisz, coś robisz inaczej. W miarę jak instrumenty stają się coraz bardziej idealne, ciężko o to wszystko. Może są nawet zbyt idealne w stosunku do tego, co miały naśladować. Bo syntezator w różne dni może brzmieć inaczej, zepsuje się – to wszystko ma duży wpływ na pracę. Trzeba myśleć i kombinować, a to rodzi przypadek albo lepsze i gorsze rozwiązania. Tylko z analogowym sprzętem jest to możliwe.

Nie masz wrażenia, że syntezatory przez pewien czas kojarzyły się z muzyką kiczowatą i wstydliwą, zwłaszcza przez pryzmat popu? Dopiero po jakimś czasie wiele osób dostrzegło ich wielką wartość i nowatorski aspekt.

Może trzeba było czasu, który musiał upłynąć, żeby ludzie zrozumieli, że to normalne instrumenty. Im bardziej ktoś dokształca się muzycznie, ma doświadczenie i widzi jak te były wykorzystywane, zdaje sobie sprawę, że ich rozwój poszedł w konkretnym kierunku. Ale mogły pójść gdzieś indziej – jeśli teraz grasz na nich muzykę elektroniczną, ale bardziej współczesną to w dużej mierze jest to coś, co mogło powstać w momencie ich powstania. Posłuchaj jak pięknie zostały wykorzystane analogi na płycie „Moon Safari” francuskiego zespołu AIR. To współczesne retroaranże, dzięki którym powstała przełomowa płyta. Zespół nie stworzył żadnego nowego gatunku, ale to piękne kompozycje świetnie brzmią właśnie dzięki użyciu analogowych instrumentów. Trzeba wiedzieć jak ich użyć. To tak jak granie na gitarze – można śpiewać szanty, ale z drugiej strony można grać jak José González i The Tallest Man on Earth i różnica jest dostrzegalna.

Ciekawe jest to, że syntezatory są przecież archaiczne, bo stworzone kilkadziesiąt lat temu, a wciąż gra się na nich drugiej dekadzie XXI wieku.

Wyobraź sobie, że używałbyś teraz komputera z lat siedemdziesiątych albo osiemdziesiątych. Co możesz na nim zrobić to chyba jedynie grać w grę z joystickiem z jednym przyciskiem. Nie będziesz go używać dla walorów, które oferuje. Natomiast o ile syntezatory są przestarzałe i niedoskonałe, ale mają swój charakter. Poza tym praca przy fizycznym urządzeniu jest ciekawsza. Nie wyobrażam sobie, że byłbym w stanie spędzić tyle czasu przy komputerze.

Maciej Polak i Maciej Bączyk jako Pin Park.

Maciej Polak i Maciej Bączyk jako Pin Park. Fot. Maga Sokalska.

No właśnie – dwadzieścia lat zajmujesz się syntezatorami, więc kiedy pojawiła się w tobie chęć, żeby na nich grać?

Dziesięć lat temu razem z moim przyjacielem Konradem Żywieckim z firmy
Musictoolz i Bartkiem Kuźniakiem spotkaliśmy się w studiu tego drugiego w
centrum Warszawy. Graliśmy najpierw pod nazwą Golden Nine, a potem dołączyłem do składu 2g, który jest aktywny do dziś.

Grasz też jako Pin Park z Maćkiem Bączykiem i lada moment wydajecie album. Poznaliście się, bo naprawiłeś mu syntezator? (śmiech)

Kiedyś do mnie zadzwonił, bodajże przy okazji pierwszej płyty Robotobiboka, pytając czy pożyczyłbym im Arp Odyssey. Nie znałem go, ale spodobało mi się to. Pożyczyłem sprzęt i od tego czasu mieliśmy ze sobą kontakt. Wiedziałem, że ma syntezator EMS….

Na którym obecnie razem gracie…

Pomogłem mu go zamienić z innym znajomym z jednej listy dyskusyjnej na przenośną wersję walizkową. Z dwa lata temu napisałem do Maćka, wpadł do mnie, czymś się tam pobawiliśmy i zaczęliśmy razem grać. Zaczęły nam wychodzić fajne rzeczy, ja mam uznanie dla jego doświadczenia muzycznego. Poza Robotobibokiem grał w zespole Małe Instrumenty, a teraz w Kristen. Zrobiliśmy jedną sesję, potem kolejną, fajnie się nam gra, choć to całkiem nietypowe, rzadkie i trudne instrumenty. Niełatwo je okiełznać i grać na nich na żywo, ale myślę, że zaczyna to wyglądać całkiem sensownie. Płyta Pin Park, jak nazywa się nasz zespół, ukaże się w maju i bardzo jestem ciekaw, jaki będzie odbiór takiego grania, inspirowanego elektroniką z lat siedemdziesiątych, ale też krautrockiem.

Na twojej stronie znajduje się wiele referencji muzyków z różnych stron sceny muzycznej. Kombi, Leszek Możdżer, Pogodno, pomagałeś Hot Chip przed Openerem, ale też grupie HIM. Jacek Sienkiewicz pisze o analogii i syntezatorach: „Legenda głosi, że jest miejsce na polskim wybrzeżu, w którym te piękne instrumenty powracają do życia.” Chyba niewiele osób to robi.

W Polsce mało ludzi się tym zajmuje, podobnie jest w Europie. W chwili obecnej problem jest taki, że mamy ograniczone moce przerobowe. Rzadko kiedy serwisujemy sprzęt kupiony, ale ten który mamy. Ale jeśli w Polsce ktoś nie ma gdzie go naprawić albo nie wie, gdzie to zrobić, trzeba mu pomóc.

„Antologia Polskiej Muzyki Elektronicznej” wydana w tym roku przez Narodowe w Centrum Kultury, w której Maciej Polak pisze o najważniejszych syntezatorach. Więcej: http://www.nck.pl/varia/318521-antologia-polskiej-muzyki-elektronicznej/.

„Antologia Polskiej Muzyki Elektronicznej” wydana w tym roku przez Narodowe w Centrum Kultury, w której m.in. Maciej Polak pisze o najważniejszych syntezatorach. Więcej: http://www.nck.pl/varia/318521-antologia-polskiej-muzyki-elektronicznej.

Syntezator to droga inwestycja?

Od 2-3 tysięcy złotych, aż po sufit. Kilka podstawowych modeli można kupić za 3-4 tysiące, ale potem są droższe. To nie jest tania zabawa, ale cena jest względna. Syntezator na którym gramy z Maćkiem kosztuje 12 tysięcy euro. Solidne skrzypce są za 50 tysięcy złotych. Może nie jest to mało pieniędzy, ale jeśli weźmiesz kredyt na 5 lat to miesięcznie płacisz za to 800 zł. Po takim czasie masz na własność podstawowe narzędzie pracy. Te instrumenty na początku były drogie, potem krótki czas były tanie, wyparła je technologia cyfrowa, ale potem znów ich cena wzrosła. Wynika to z tego, że to instrument wart swoich pieniędzy, który oferuje coś unikalnego. Ale jeśli coś jest drogie to zmusza, żeby to był świadomy wybór.

Bo w ciągu ostatniej muzyka na tyle się zdemokratyzowała, że każdy może tworzyć chociażby w sypialni.

To jest dobre, bo więcej osób może to robić. Ale z drugiej strony jest coraz mniej czasu na przebrnięcie przez wszystko. Nadprodukcja jest ogromna.

Jeśli ktoś gra kiepską muzykę to nie pomoże mu nawet sprzęt za miliony. Nie cierpię natomiast gdy ktoś mówi, że tylko na analogu dobrze się zabrzmi. To nie prawda. Jak coś ma być fajną piosenką to wystarczy nawet gitara akustyczna. Elektronika nie jest czymś lepszym i bardziej zaawansowanym albo szczytem w muzyce. Weźmy choćby przykład bliskiego mi folku azjatyckiego, afrykańskiego i słowiańskiego – jak można go porównać z muzyką tworzoną z tą, korzystającą ze zdobyczami elektroniki? Dla ludzi nie ma znaczenia, jak coś jest robione. Albo melodia cię rusza albo nie. Muzyka jest dobra albo zła. Trzeba zachować zdrowy rozsądek.