Search and Hit Enter

Anna Królikiewicz. Zminimalizować wizualność

– Nie trzeba zawsze wielkiej orkiestry, żeby zagrać tak, żebyś usłyszał. Może jest tak, że gdy rośnie nadęte bolero, nie dosłyszysz tego najsubtelniejszego dzwonka, który był ci przeznaczony. Czasem można bardzo skromnymi środkami poruszyć Ziemię, niekoniecznie erupcją koloru, werniksu, wielkim formatem. Kiedyś bałam się ograniczeń, myliłam je z brakiem wolności, potrzebowałam dużych krosien. Im więcej się z tymi ograniczeniami konfrontujesz, tym bardziej się zadziwisz i okaże się, że sytuacja, której się bałeś, bo wydawała ci się niepewna, jest niezwykle komfortowa, uwalniająca – opowiada Anna Królikiewicz*, artystka, która w swojej twórczości wykorzystuje pokarm.

Fotografia: Renata Dąbrowska

 

JAKUB KNERA: Co to jest synestezja?

ANNA KRÓLIKIEWICZ: To nagła sensacja – który polega na tym, że przy pomocy jednego bodźca uruchamiają się bodźce z kompletnie innych obszarów zmysłowych. To współwrażenie. Jak spada pinezka, to ja słyszę: „ą”, widzę czerwień i czuję metaliczny smak. Bodziec z jednego obszaru, który pojmujemy czuciem wyzwala – jak w dominie – cały szereg innych. Uruchamia w różnych punktach mózgu zupełnie dziwnie powiązane ze sobą elementy.

Czymś takim jest metafora. To nie jest opisywanie koloru czarnego wprost, poeta powie: krucze skrzydło. Szuka do tego koloru struktury, jakiego typu to jest czerń, szorstka, zimna czy ciepła. Z powodów malarskich jest mi to strasznie bliskie, dlatego w ogóle zaczęłam malować i poszłam na Akademię Sztuk Pięknych.

Chodziłaś też do szkoły muzycznej.

Do szkoły muzycznej podstawowej i średniej – grałam na fortepianie i chodziłam na lekcje solfeżu. Dla mnie sposób, w jaki zapamiętywałam nuty i dźwięki, jak się uczyłam na pamięć utworów był bardzo specyficzny. Pamiętam, że ułatwiałam sobie zapamiętywanie dźwięków, kojarząc je z czymś. Ale robiłam to na poziomie dziecinnym i nieświadomym.

Czułaś, że bliżej ci do akademii sztuk pięknych niż akademii muzycznej?

Wiedziałam już bardzo wcześnie, co chcę robić. Bardzo szybko okazało się, że szkoła muzyczna, do której posłali mnie rodzice nie ma dla mnie sensu i nie radziłam sobie w niej. Przyszedł taki dzień, że trzasnęłam furtką, bo wiedziałam, że ćwiczenie po osiem godzin dziennie cudzych kawałków nie przynosi rezultatów. Moja nauczycielka powiedziała kiedyś, że gram Bacha jak Cyganka przy ognisku. I ja wiem, co ona miała na myśli – w moim wykonaniu był zbyt emocjonalny, a nie taki powinien być.

Więc trafiłaś na ASP.

Byłam na roku z bardzo zdolnymi ludźmi – to były osoby z liceum plastycznego, niewiarygodnie dobrze przygotowane. Ja przyszłam z ogólniaka i to była dla mnie niezła lekcja pokory – musiałam dużo pracować, żeby dojść do ich poziomu, ale przynajmniej wiedziałam, dokąd idę. Dostałam się do mojego upragnionego profesora, Hugona Laseckiego, a jego asystentem był Krzysztof Gliszczyński. Same osobowości, silni malarze. Bardzo dużo się nauczyłam, dużo otrzymałam.

Anna Królikiewicz "Stany Skupienia", festiwal Art Loop 2012, fot. Bogna Kociumbas
Anna Królikiewicz „Stany Skupienia”, festiwal Art Loop 2012, fot. Bogna Kociumbas.

Dyplom zrobiłaś w 1993 roku, a zjawiskiem synestezji w swojej twórczości zaczęłaś zajmować się w 2011.

Zajęłam się pokarmem jako medium w sztuce. Okazało się, że ma te same wartości co farba: gęstość, teksturę, temperaturę, ciężar, zapach. Oczywiście malowanie obrazu jest czym innym, to nigdy nie będzie to samo, co budowanie obiektu z pokarmu, ale zobaczyłam w tym analogię. Dostrzegłam, że mogę robić rzeczy, które działają na widza wielozmysłowo.

Za bardzo uczepiliśmy się jedynie wizualności?

Mamy pięć zmysłów i możemy uruchomić je wszystkie, nie tylko sferę wzroku.

Skąd ta synestetyczna wolta?

Przestałam sama sobie wystarczać, widziałam, że nie spełniam się w pracach rysunkowych. Coś mi się wyjałowiło i już nie umiałam tego niczym użyźnić. Byłam akurat w takim momencie życia zawodowego, również osobistego że nie miałam nic do stracenia. Pomyślałam: jak nie teraz, to kiedy? Pierwsza praca, którą zrobiłam to „Flesh Flavour Frost” w 2011 roku.

Lody o zapachu skóry.

Chciałam, żeby skóra była wyczuwalna na języku – ukręciłam te lody w maszynie. Wydawało mi się, że są smaczne i ludzie na nie bardzo ciekawie reagowali, nawet entuzjastycznie, zwłaszcza do momentu przeczytania opisu. Bo później pojawiła się taka dziwna myśl, że jest się trochę kanibalem, a trochę, że jest to obrzydliwe, bo to smak skóry spoconej na słońcu.

Więc po co?

Chciałam przywołać cudzą obecność przez zapach, smak, temperaturę i strukturę tych lodów. Czyli, żeby wziąć coś na język – większość moich prac odwołuje się do myślenia o pokarmie jako nośniku sentymentów. Wiesz, już nigdy kasza manna nie będzie tak smakowała jak od niani, „nigdy nie będzie takiego lata”. Nigdy już nas mama nie opatuli w szlafrok i nie da nam – jak będziemy przeziębieni – mleka z miodem i masłem. Nigdy już nie będzie tych truskawek z krzaczka zerwanych u babci, gdy zbierało się na burzę na wsi i tak niesamowicie pachniało powietrze.

Wcześniej robiłaś już projekty związane z ciałem.

W 1995 roku po dyplomie, na mojej drugiej wystawie indywidualnej, kuratorowanej przez Roberta Rumasa w Nadbałtyckim Centrum Kultury. Pokazałam wytatuowaną skórę, która miała wyglądać na ludzką, ale była ze świni. Kupiłyśmy z mamą pęcherze moczowe w rzeźni i całe je wytatuowałam po umyciu ich w wannie.

Mało przyjemnie się kojarzy. Czemu dla ludzi w ciele jest coś odpychającego?

Jesteśmy wychowani w kulturze dezodorantu, wstrętu wobec choroby, kulturze botoksu, żeby nie pokazać zmarszczek i zakrywać śmierć. Wszystko ma być sterylne i raczej z „Vouge’a”, mniej z potoczności. Na swoje zmarszczki pracowałam ciężko 46 lat, łatwo mi ich nie odbierzecie! A przecież wszyscy mamy kontakt z drugim ciałem w trakcie seksu, matki mają kontakt z ciałem dziecka podczas rodzenia. Mamy też kontakt z ciałem, które odchodzi, umiera i nieoswajanie tego jest lękowe, to strachliwy kamuflaż. Ukrywanie tych stanów jest czymś nienaturalnym. Nie chodzi mi o to, żebyśmy wszyscy śmierdzieli, ale nie widzę powodów, żeby uciekać od pełni przeżycia. Wydaje mi się, że jesteśmy strasznie lękliwi i narcystyczni, tacy cholernie wrażliwi – boimy się, że nam zaszkodzi, jak pobędziemy przy chorej matce, że zmienimy dziecku pieluchę, obetniemy mężowi paznokcie, dotkniemy obcego i się zarazimy. Omijając pewne stacje, ubożejemy w tej podróży. Jest w naszej kulturze pewien stopień hipokryzji – unika się pełni z drugim człowiekiem, bo i ze sobą kontaktu się unika na głębszym poziomie.

Ciało to jedno, a o czym opowiada pokarm?

O ziemi, z której przyszedł, jeżeli jedzenia nie traktuje się tylko jako zapełnienia żołądka, lub tylko dostarczenia sobie witamin, mikroelementów i białek w dobrej proporcji. Jeśli traktuje się je poważnie.

Gdy pójdziesz do restauracji do mądrego kucharza, który rozumie, co robi, to można wyczytać z talerza z jakiej tradycji wyrastają rzeczy, które się na nim znalazły. To jest mocno związane z tożsamością – jak jest zrobiony śledź, dlaczego jest gotowany w occie i w cukrze, skąd to się wzięło. Pokarm wiąże się z pamięcią, z przekazem, rytuałem. Z tego założenia wyszłam w pracy „Drogeria”, który zrealizowałam w 2012 roku na Biskupiej Górce podczas festiwalu Streetwaves – to świetny impuls do opowiadania innymi środkami o czymś, co tam było, co tam zastaliśmy. Trafiliśmy na stary sklep z artykułami kolonialnymi, w którym było mydło i woda kolońska. Chciałam pokazać, że można o nich opowiadać zupełnie inaczej, niż jedynie stawiając po nich opakowania w muzeum.

Anna Królikiewicz "Drogeria", festiwal Streetwaves 2012, fot. Agata Królak
Anna Królikiewicz „Drogeria”, festiwal Streetwaves 2012, fot. Agata Królak

Przygotowując jedzenie, które będzie smakować jak one. Synestezja wywołuje efekt niematerialny.

Tak. Nie dokładam przedmiotów do świata. Jak idziesz do muzeum, żeby zobaczyć monograficzną wystawę, to wejdziesz tam tylko na parę godzin, chwilę, nie będziesz mógł nawet zrobić zdjęcia. Jak jadę do MOMy czy do Ermitażu, to spotkam się tylko z jedną pracą, może dwiema, nie będę w stanie zaabsorbować dwustu. Jak jadę do Londynu do Tate, to idę do Marka Rothko – wiem, gdzie szukać lekarza, jak mi potrzeba koloru. Natomiast to też jest efemeryczne, to, co mi zostanie w głowie – czyli w ciele – z tego spotkania to moje. Ja sobie tego Marka Rothko albo tych wycinanek Matissea nie wezmę do domu. W związku z tym pomyślałam, że poczucie obrazu wiszącego w galerii mniej więcej równa się efemerycznością innym odczuciom. Jeżeli to, co ci podam do ust ma przesłanie, wiadomość i ty ją odczytasz – super. Jest to tak samo niematerialne, jak refleksja po zobaczeniu obrazu i rzeźby.

To efemeryczne, chwilowe, ale to wciąż obraz, oddziałujący przede wszystkim na zmysł wzroku. Chcesz działać wielowymiarowo.

Staram się ostatnio, żeby moje rzeczy nie miały obrazu, żeby nie zabierały pola widzenia, żeby obraz powstawał w głowie widza po polizaniu, dotknięciu. W School of Form w Poznaniu ludzi, którzy mają być projektantami, uczę szukania kontekstów do tego, co robią, myślenia o taktylności. Że kształt szklanki z czegoś wynika, że w Japonii jest inna, do picia wina w kantynie hiszpańskiej inna, do herbaty z samowara inna. Że obrus ma swoją historię. Że w kształtach warzyw zamknięte są kody do odczytania, z których warto korzystać.

Zauważyłam, porządkując zdjęcia realizacji według chronologii mojego CV, że zaczęłam od bardzo barokowej pracy – pomijam teraz tamte lody – bardzo obfitej, czyli „Stołu” na festiwalu Narracje z 2012 roku. To był duży stół nakryty na kilkanaście osób przy ulicy Czopowej w Gdańsku, z pełną zastawą, sztućcami, porcelaną, starym szkłem, kilkunastoma kilogramami ryb i chlebem. Wszystko ustawione jak z niderlandzkiej martwej natury – wzorowałam się na obrazach z czasów, kiedy Gdańsk miał swój złoty wiek. Wino z kieliszków było wypite, na serwetkach były ślady po otarciu ust, talerze brudne od zjedzonych potraw. Chciałam wywołać poczucie, że ktoś tu był, a widz zjawił się nie w porę, przyszedł za późno, po kolacji. Potem zaczęłam oskubywać moje realizacje z elementu wzrokowego.

Jak w projekcie „Absoluty” z Gdańskiej Galerii Miejskiej z 2013 roku.

Były tam tylko trzy zapachy w różnych punktach galerii, w tym jeden, który można było uznać za fetor – jednak był najbardziej złożony, biologiczny. To on właśnie miał ciało, ciężar, wywołał najwięcej komentarzy. Na tegoroczny festiwal Alternativa, który odbędzie się na terenach postoczniowych w Gdańsku, przygotowuję pracę na ten sam temat. O braku, utracie, nieobecności – właściwie od dyplomu tylko ten wątek przerabiam w realizacjach. Skrobię z baroku, skrobię z mięsa do białej kości. Czegoś takiego potrzebuję. To będzie remiks z poezji – parę tygodni zabrała mi dyskusja z tłumaczem czterech wersów, które wykorzystam. Ciągle za dużo było smalcu na słowach.

Anna Królikiewicz "Wesele którego nie było", Instytut Teatralny, fot. Monika Brzywczy.
Anna Królikiewicz „Wesele którego nie było”, Instytut Teatralny, fot. Monika Brzywczy.

Wszystkie zmysły planujesz uruchomić w Teatrze Polskim w Poznaniu i w Starym Teatrze w Krakowie.

Po pierwsze to koncepcja teatru jako organizmu, który ma swoją morfologię i fizjologię. To nie tylko fasada i makijaż, czyli scena i zbiorowy portret aktorski. Gdyby przejść przez gałki oczne do tyłu, to trafimy na poczekalnię dla aktorów przed samym wejściem na scenę, w moim przekonaniu miejsce absolutnego sacrum. Moment przed wyjściem w stronę widza za kurtynę. Chodziłam po zakamarkach teatru dyrektora Jana Klaty w Krakowie i dla mnie to szczególne miejsce z ogromnym napięciem.

A dalej są kolejne elementy organizmu.

Pokój makijażu, później garderoby, jakiś układ trzewi, układ pokarmowy, układ wydalniczy. Wytatuowana skóra – to freski w sali Modrzejewskiej w Teatrze Starym, albo to, w jaki sposób jest zachowana do tej pory secesyjna fasada ze wspaniałymi reliefami. Teatr ma układ oddechowy, układ krwionośny, całą kombinację kabli elektrycznych, unerwienia sznurowni.

Czyli to nie tylko skomplikowana intelektualnie maszyna.

Warto pomyśleć o teatrze jako o żywej komórce, takiej dotykalskiej, babskiej. Gdyby potraktować go jak kobietę, trzeba myśleć o teatrze pojęciami przynależnymi do porządku kobiecego. Jeżeli porządkiem męskim jest okulocentryzm, faktor wzrokowy i intelektualny, to porządkiem kobiecym jest faktor wielozmysłowy, rozumiejący ciało, myślenie nim, a więc cała fizjologia. Bo teatr to jest fizjologia – nie tylko oka, bo odbieramy też słuchem, smakiem, zapachem i dotykiem.

Chcesz zakłócić widzowi wyłącznie wzrokowy i intelektualny odbiór dramatu?

Zaczepić go, podrażnić mu inne zmysły. Droczyć się.

Skąd pomysł?
Z całą pewnością z ubiegłego roku, kiedy zostałam zaproszona przez Macieja Nowaka i Instytut Teatralny na 13. edycję Praskiego Quadriennale, gdzie pokazałam pracę „Wesele, którego nie było“, będącą ukłonem w kierunku Wyspiańskiego. Odwołałam się w niej do gastronomicznego uniwersum stołu nieobecnego w „Weselu“, bo o tym, co weselnicy piją i jedzą nie napisał ani słowa. To było dla mnie potężne wyzwanie – nie jestem aktorką, nie mam narzędzi do performensu, a ten trwał ponad cztery godziny. Na podstawie badań odtworzyliśmy potrawy ze wsi galicyjskiej w wersji wegańskiej, była adrenalina i mocne napięcie między mną a publicznością.

Projekt w Krakowie nazywa się „Boreasz”, a w Poznaniu „Mnemozyne”.

W Krakowie, zaproszona przez Justynę Łagowską, robię monumentalną realizację na kilku poziomach, w kilku miejscach teatru. Ta praca wychodzi z intymnego, osobistego wątku, jest o układzie oddechowym, ale wentyluje bardziej uniwersalnie, przewieje wszystkich. Dotyka korytarzy, przejść, zaplecza teatru, miejsc być może dla widza nieistotnych. W nich dosłownie dotknie go powietrze, interwencja, performance zaproszonej przeze mnie Anny Steller. A widz dotknie jedzenia i napojów zaprojektowanych pod kątem wzmocnienia wydajności płuc.

Natomiast w Poznaniu w Teatrze Polskim w ramach Spotkań Teatralnych „Bliscy Nieznajomi“ przygotuję „Mnemozyne“, projekt kameralny, cichy i skierowany do pojedynczego widza. W opozycji: dzieje się nie w schowkach, tylko w loży głównej, w której będą miejsca wydzielone dla widzów i każdy z nich będzie indywidualnie podlegał stymulacji na poziomie dotyku, smaku i zapachu.

Tylko w tej jednej loży?

Kuratorki Agata Siwiak i Agata Kiedrowicz zadbały o to, żeby właśnie tylko w tej jednej loży – takim kokonie, macicy. Będzie można tam siąść podczas każdego spektaklu, w cenie biletu. Ale będzie też otwarta codziennie dla ludzi, którzy nie chcą przyjść na cały spektakl, tylko spędzić tam piętnaście minut. Mnemozyne to grecka bogini pamięci, matka dziewięciu muz, w tym Melpomeny, opiekunki dramatu. Pojedyncza pamięć, oparta o zmysły będzie istotna w tym doświadczeniu. Tam się połączy to, co wyraźne, głośne z tym, co jest na granicy dostrzegania, zapamiętania, poczucia, wymagające skupienia, wsłuchania się.

Mówisz o odzieraniu mięsa do kości, minimalizowaniu. Jak to się odnosi do tego wielowymiarowego oddziaływania?

Nie trzeba zawsze wielkiej orkiestry, żeby zagrać tak, żebyś usłyszał. Może jest tak, że gdy rośnie nadęte bolero, nie dosłyszysz tego najsubtelniejszego dzwonka, który był ci przeznaczony. Czasem można bardzo skromnymi środkami poruszyć Ziemię, niekoniecznie erupcją koloru, werniksu, wielkim formatem. Kiedyś bałam się ograniczeń, myliłam je z brakiem wolności, potrzebowałam dużych krosien, ale teraz w ogóle nie sprawiają mi kłopotu. Im więcej się z tym konfrontujesz, tym bardziej się zadziwisz i okaże się, że sytuacja, której się bałeś, bo wydawała ci się niepewna, jest niezwykle komfortowa, uwalniająca.

Anna Królikiewicz "Stół", festiwal Narracje 2012, fot. Michał Andrysiak.
Anna Królikiewicz „Stół”, festiwal Narracje 2012, fot. Michał Andrysiak.

Jakich ograniczeń się bałaś?

Małej ilości środków wyrazu użytych do robienia sztuki, dyscypliny, spędzania czasu samemu, bo to ograniczenie wyobraźni tylko do swojej wyobraźni i bycia tylko w swojej głowie, niepodlegania wielu bodźcom. Myślę też o takim życiu w zupełnym odosobnieniu, życie eremity może być fascynujące. Ono daje luksus braku hałasu, luksus wewnętrznej higieny i tak myślę o moich ostatnich pracach – szukam w nich ciszy. Doświadczyłam w ubiegłym roku tego, że mikroruch w milczeniu wystarczył za całą rozmowę, która była już niemożliwa. Chodzi o kumulację koncentracji, o wyciągnięcie esencji.

Być ze sobą, a z drugiej strony nie odbierać wszystkiego na raz i to powierzchownie. Ale czy jako społeczeństwo nie tępiejemy i nie zatracamy zdolności głębszego wejścia w sztukę?

W sztuce nie jest tak, że dwa i dwa to cztery. To pięć i pół i wytrzymaj z tą drzazgą pod paznokciem! Jest we mnie pewien niepokój i chcę, żebyś go ze mną dzielił, jak ci go przekazuję – możesz to zrobić, ale możesz też mieć inny system skojarzeń, skalę wrażliwości, inną myśl po wyjściu z wystawy.

Moje dyplomantki z krytyki artystycznej, Natalia Koralewska i Kasia Sobczak, robią wystawę w dawnej Jadalni w Garnizonie w Gdańsku Wrzeszczu. Wpadły na pomysł, jak zaktywizować wyobraźnię artystów wobec martwego już miejsca, jak zrobić to multisensorycznie. Chcą tak pracować z artystami, żeby ten projekt naprawdę wrastał w przestrzeń i odpowiadał na jej specyficzne pytania – bo na razie jest przed rekonstrukcją, wyburzeniem, oczyszczeniem. Musisz się skupić, żeby odebrać sygnały zdegradowanej, opustoszałej sali i nie możesz ślizgać się w obcowaniu ze sztuką po wierzchu.

Jak odbierać rzeczywistość różnymi zmysłami uczysz też podczas warsztatów multisensorycznych w Zbrojowni Sztuki.

To ćwiczenia z dotykania materii, wykorzystywania w pełni jej bagażu cech, nazywania jej na nowo, z tworzenia nowych słów, nazywania zjawisk. Mówisz o 3D, opowiadasz tę chmurę, którą jest doznanie sensoryczne, bo ono jest przestrzenne, i ja się od tych ludzi uczę. Wydaje mi się, że chyba wszyscy za mało w siebie nawzajem wierzymy i za mało rozmawiamy, a każdy ma swoją historię, której warto słuchać. Ludzie mają tak niewiarygodne skojarzenia, wspaniałe wspomnienia, inteligencję w obserwacji, mają tyle przemyśleń, chcą się tym dzielić.

Uczycie się nawzajem.
Przecież to tylko o to chodzi – żeby ktoś ci dał takie ziarno, żeby ci kiełek wyrósł od razu w głowie, zazielenił. Żebyśmy sobie mówili rzeczy, które nam coś dają, nie okradają, ale dokarmiają.

[white_box]* Anna Królikiewicz jest artystką wizualną, wykładowczynią, dr hab na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Prowadzi Czwartą Pracownię Rysunku na Uczelni. W latach 2001-2003 uczyła w kilku pracowniach na wydziałach Sztuki i Projektowania Graficznego Bilkent University w Ankarze, od 2013 wykłada przedmiot Kształt Smaku w School of Form w Poznaniu. Oddana monumentalnemu rysunkowi i instalacji, brała udział w około 70 wystawach zbiorowych w kraju i zagranicą, swoje prace pokazywała m. in. w Nowym Yorku, Istambule, Ankarze, Kilonii, Brukseli, Pradze, Warszawie, Krakowie, opuszczonym sklepie mięsnym w Sopocie, sali jadalnej zakonu kartuzów, wyschniętej miejskiej fontannie i lesie. Ostatnio w Teatrze Polskim w Poznaniu i Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, gdzie szuka rozwiązań dla esplorowanej przez siebie myśli o teatrze, jako ciele. Laureatka nagród za osiągnięcia artystyczne i pedagogiczne, stypendystka miasta Sopot. Zajmują ją obszary związane z szeroko pojętą fizycznością człowieka i kruchością pamięci, ostatnie prace dotykają zagadnień z fizjologii smaku, synestezji i wielozmysłowości.[/white_box]