Search and Hit Enter

Muzyka na peryferiach Open’era

Zamiast za gwiazdami, na Open’erze warto wybrać się śladem polskich zespołów, na których może nie zawsze są tłumy, ale najzwyczajniej w świecie przewyższają tzw. headlinerów.

Wielkie nazwy spoglądają z plakatów i zachęcają widzów do obejrzenia gdyńskiego festiwalu. Trzeba pozbawić się złudzeń i pamiętać, że Open’er jest imprezą raczej rozrywkową niż edukacyjną, w większym stopniu stawiająca na sezonowe gwiazdy przemierzające Europę, aniżeli odważnie dobierając program, który nie boi się ryzyka i eksperymentuje z zapraszanymi zespołami. Widzowie/słuchacze/odbiorcy/imprezowicze* (niepotrzebne skreślić) i tak do Kosakowa przyjadą. I tak będą oglądać kapele na scenie głównej i namiotowej. Ale warto zejść z głównego szlaku, poświęcić uwagę polskim artystom. Bo ich poziom artystyczny jest wysoki. Bo mają na swoją muzykę pomysł i brzmą świeżo. Bo są ciekawsi niż zagraniczne gwiazdy. Bo na ich koncertach chce się zostać do samego końca.

Night Marks Electric Trio

Trio z Wrocławia podzieliło koncert na dwie części. Zespół lada moment wyda debiutancką epkę w U Know Me Records, ale już kilka zajawiających ją utworów pokazuje, że muzycy mają głowy pełne pomysłów, bardzo ciekawie lawirując pomiędzy estetyką hip hopową i soulową. Koncert na Open’erze pokazał, że to skład bardzo sprawnie łączący wszelkiej maści bity z sugestywnie brzmiącymi syntezatorami, klawiszami, a także gitarą elektryczną. Muzyka NMET bardzo często zyskuje trochę oldskulowy charakter, ale jednocześnie ożywczy, przede wszystkim za sprawą barwnych klawiszowych partii. Kiedy do tria dołączył duet Archeo czyli Natalia i Paulina Przybysz, nigdyś z Sistars kompozycje w wielu momentach nabrały popowo-soulowego charakteru, jednak muzyka NMET nawet bez ich towarzystwa broniła się doskonale. Fajnie, że dziewczyny odcinając się od swojej wcześniejszej twórczości, występują pod nowym szyldem, szkoda tylko że stawiają na język angielski – tekst do utworu „Leki” jest bardzo dobry i fajnie byłoby usłyszeć więcej piosenek w rodzimym języku. Ich udział trochę koncert upopowił, ale warstwa muzyczna cały czas grała pierwsze skrzypce.

Jerz Igor

To był ich trzeci koncert, w rozbudowanym ośmioosobowym składzie. Trzy dęciaki (Tomasz Duda, Maurycy Idzikowski, Tomasz Dworakowski), dodatkowa wokalistka Joanna Halszka-Sokołowska, Oliver Heim na basie i marimbie oraz Jerzy Rogiewicz i Igor Nikiforow brzmieli niczym pełnoprawna perkusja. Doskonałe zgranie, połączenie partii elektronicznych (bity, syntezator) z hawajsko brzmiącą gitarą, cymbałkami i pianinem zaowocowało bardzo spójnym przekazem. Jednocześnie były to bardzi chwytliwe melodie, bajkowe kołysanki o bardzo dziecięcym charakterze na żywo zabrzmiały wyraziście, uwypuklając niesamowitą erudycję muzyków i frapujące rozwiązania aranżacyjne. „Kołysanki” chwilę przed godz. 19 nie brzmiały usypiająco, wprost przeciwnie – zróżnicowana dramaturgia i różnorodność brzmieniowa cały czas koncentrowały uwagę, a detale tylko podbijały wrażenie muzyki zespołu. Mimo kilku ciężko wyciągniętych wysokich partii, bardzo dobrze z wokalami poradził sobie duet Rogiewicz/Nikiforow, którzy śpiewali bardzo fajnie na wzór przedstawicieli zespołów doby lat 60.

We Draw A

Elektroniczna grupa to duet złożony z muzyków Kamp i nieodżałowanego Indigo Tree. Pierwsza składowa wnosi do muzyki pulsującą, utrzymaną w charakterze 4/4 rytmikę, która jednocześnie ma w sobie coś z krautrocka, dzięki linearnym, rozwijającym się formom. Sample, klawisze i fantastycznie wibrujące brzmienie Korga wpływają na chwytliwe struktury, utrzymane w dyskotekowym klimacie, ze sporą domieszką retro brzmień sprzed kilku dekad. Doskonale zazębiają się z nimi zagrania Peve Lety’ego, który również wykorzystuje elektronikę, ale też brzmienie swojej gitary i bardzo lirycznie brzmiący głos. Dzięki temu piosenki We Draw A z jednej strony zachowują dużą dozę emocjonalności, z drugiej dyskotekowy i taneczny sznyt, a z trzeciej bardzo przebojowy charakter, idealnie nadający się na okres lata. Mają w sobie także duży potencjał sceniczny, ciekawie wykorzystując możliwości swoich instrumentów, sposób budowania rozwijających się utworów i nawarstwiających się dźwięków, z jednej strony buzujących w dolnych rejestrach, a z drugiej barwnie uzupełniające pierwsze plany kompozycji.

Robert Piotrowicz

Ostatnie dwie płyty Piotrowicza ukazują jego muzyke z dwóch perspektyw: jako misternie budowane, oparte na detalach konstrukcje, ale też jako potężnie brzmiące obezwładniające gitary, przypominające nachodzące na siebie ciężkie gitarowe kaskady. Koncert na Open’erze zdominował ten drugi element, bardzo dobrze wpasowując się w przestrzeń Alter Space. Syntezatorowe frazy wypełniłycały namiot, a stereofoniczne brzmienie funkcjonowało bardzo dobrze (to sukces w przeciwieństwie do wielu problemów nagłośnieniowych na Scenie Głównej). Niskie basowe elementy wybrzmiewały też czysto fizycznie, wprawiając w drgania drewnianą podłogę, ale wszystkie wysokie elementy cechowały się dużą selektywnością – słychać było wielowarstwowość utworów, ale też doskonale przemyślaną narrację i konstrukcję utworów. Po występie Piotrowicza w Pardon, To Tu żartowałem, że koncerty powinien grać w specjalnie przygotowywanych do tego salach. Alter Space doskonale się do odbioru jego muzyki sprawdził – zapewnił przestrzeń i doskonale pełnił też rolę pudła rezonującego; śmiem nawet wątpić czy prędko uda się znaleźć lepszą przestrzeń dla muzyka. Jeśli przyjąć, że w wielu momentach jego utwory przyjmują charakter dźwiękowej rzeźby odbieranej fizycznie i w określonej przestrzeni, opene’rowa scena warunki ku temu spełniła bardzo dobrza.

PS. Z zagranicznych wykonawców zdecydowanie najlepiej wypadli The Afgan Whigs, którzy zaprezentowali klasyczny, alternatywny rock, brzmiąc jednocześnie potężnie, efektownie i szczerze. Są w dobrej formie, a ich utworów słuchało się z przyjemnością i kolejny raz potwierdziło się przysłowie, że „stara gwardia nie rdzewieje”.

Heineken Open’er, Gdynia-Kosakowo, 2-5.07.14.

[Jakub Knera]