Tundra: Nie chcemy zamykać się w paradygmacie naszej nazwy

Tundra, jeden z najciekawszych trójmiejskich i polskich zespołów ostatnich kilku lat, wraca z nową i pierwszą długogrającą płytą. „Tajne i głębie” mogą być sporym zaskoczeniem dla tych, którzy znają zespół z dotychczasowych wydawnictw. Duet odłożył na bok akustyczne przeszkadzajki i elementu folku na rzecz długich i rozwlekłych, drone’owych kompozycji. Tundra jednak od początku swego istnienia w swoje działanie ma wpisany eksperyment i otwarcie na mnogość gatunków i pomysłów, więc to zaskoczenie nie powinno aż tak bardzo dziwić. Dzień przed premierą i koncertem w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, zespół opowiada o tym jak nowy materiał powstawał. 

„Tajne i głębie” znacząco różni się od Waszego poprzedniego materiału. Mam rację? Skąd ta inność się wzięła?

Krzysiek Joczyn: O „Tajniach i Głębiach” myśleliśmy od początku pod kątem wydawnictwa Zoharum. Michał i Maciek zaproponowali nam wydanie płyty u siebie, więc chcieliśmy pokazać coś, co pasowało by stylistycznie do ich wcześniejszych wydawnictw. Sięgnęliśmy w tym celu po zeszłoroczne szkice, które odłożyliśmy wcześniej na inną okazję. Najwyraźniej ta okazja właśnie nadeszła, co zaowocowało płytą.

Dawid Adrjanczyk: Tak, słusznie, różnica jest wyczuwalna od razu. Ale dla kogoś, kto uważnie śledzi nasze koncerty nie powinna być dużym zaskoczeniem. Wszystko się zmienia, my się też zmieniamy, przez cały czas, stąd i nasza muzyka się zmienia. Od początku, kiedy tylko idea Tundry zrodziła się w naszych głowach, mieliśmy świadomość, że nigdy nie będziemy chcieli doprowadzić do sytuacji, w której zamkniemy się w pewnym paradygmacie nazwy. Wiedzieliśmy, że obok inspiracji, której daliśmy silny wyraz na poprzednich płytach, będziemy otwarci na poszukiwania i na nieustanne obieranie nowych dróg. Więc w rzeczy samej, podążamy nową ścieżką dokąd ona prowadzi – nie wiadomo…

De facto jest to wasz pierwszy długogrający album. Czy możecie z pełną świadomością powiedzieć, że tak brzmi Tundra? Dla mnie jest on nieco zaskakujący.

KJ: „Tajnie i Głębie” to nasza pierwsza płyta nienagrywana na tzw. setkę. Naszym debiutem (nie licząc dema z 2011 r.) jest „Anekumena”. Ta płyta jak, „Reindeer Luck” oraz „Tajnie i Głębie” – każda z nich jest inna i pokazuje inną twarz naszego projektu.

Więcej jest teraz dronów i rozciągniętych dźwięków, niż rozwarstwionych kompozycji, budowanych w oparciu o brzmienie przeszkadzajek itp. Pojawia się gitara, w bardzo drone’owej, metalowej wręcz formie, co jest bliskie dokonaniom Dawida grającego solo jako Akpatok. Bardzo mało słychać brzmienia instrumentów akustycznych, skąd ta zmiana?

KJ: Akpatok też ma wiele twarzy. Faktycznie jednak Dawid woli ostatnio zanurzać się w długich kompozycjach i widać to w dokonaniach obu projektów. To prawda, że akustycznych instrumentów jest przez to jakby miej, ale mamy nadzieję, że ta pustka nikogo nie przeraża. Ja osobiście nie mam presji aby koniecznie manifestować swoją obecność moimi instrumentami. Jeżeli w jakimś momencie uważam moje dźwięki za zbędne, wolę trochę przeczekać. Liczy się efekt końcowy. Poza tym, płyta płytą, a na koncertach może brzmieć zupełnie inaczej.

DA: Ja bym raczej powiedział, że gitara pojawia się na płycie w formie minimalistycznej i medytacyjnej. Trudno nie zauważyć pewnych podobieństw do tego, co robię w ramach Akpatok, bo jestem w dalszym ciągu tym samym człowiekiem, jednak Tundra podąża zupełnie inną drogą. Fascynują mnie bardzo długie kompozycje, budowanie transu przez Opowieść. Ale ta fascynacja trwa od lat. Na tym zawsze budowaliśmy tożsamość Tundry i nową płytą robimy jedynie pewien krok dalej, głębiej, intensywniej.

Jaki był wasz zamysł na tę płytę? Zmieniliście instrumenty, kompozycje, metodologię. Czy to przemyślany ruch czy bardzo spontaniczne podejście?

DA: Przemyślany, zdecydowanie. Ale zmiana nie przyszła gwałtowanie. Przez te wszystkie lata, kiedy tworzymy Tundrę nigdy nie ograniczaliśmy się do jednego instrumentarium, co można było zauważyć na koncertach. Zmianie uległa natomiast sama koncepcja pracy nad płytą. Od początku założyliśmy taki plan działań, aby pozostawić sobie dużą dozę kreatywnej swobody w obrębie miksów. To zresztą mój ulubiony sposób pracy z dźwiękiem i muzyką – wielodniowe budowanie kompozycji, nieustanna dekonstrukcja pierwotnych założeń, kiedy pojawiają się nowe pomysły i nowe rozwiązania. To też zawsze bardzo intensywny czas pełnego pochłonięcia przez świat dźwięków – tak było i tym razem. Nie zmienia to jednak faktu, że granie na żywo traktowaliśmy i traktujemy jako najwyższą formę muzycznej ekspresji, nierzadko w bardzo rytualnym wymiarze, dlatego ten sam materiał na koncertach będzie przybierał nowe formy, a my będziemy obierali nowe ścieżki, i tak w nieskończoność.

W kilku momentach płyta kojarzy mi się z albumem Starej Rzeki, ale bardziej przez nastrój, klimat. W „Cieniu chmury nad ukrytym polem” upatruje się nowoczesnego spojrzenia na muzykę folkową, nie do końca moim zdaniem słusznie. A jak to wygląda u was, na ile próbujecie tworzyć swoją wersję folku, związanego z jakimś miejscem, regionem bądź obszarem?

DA: Zaskakujące skojarzenie. Nastrój, który towarzyszył nam przy powstawaniu tych kompozycji i znaczenia, którymi chcieliśmy nasycić naszą muzykę wydają mi się dalekie od tego, co pokazał Kuba Ziołek na swoim albumie. Są po prostu inne i podejrzewam, że to dobrze. Folk, a może lepiej byłoby powiedzieć – muzyka wiejska w swojej wersji in crudo – jest bardzo bliska mojemu sercu, prawdopodobnie najbliższa. Sama muzyka Tundry nie ma jednak nic wspólnego z etnicznością konkretnych obszarów geograficznych. Przynajmniej nie bezpośrednio. Niejednokrotnie korzystaliśmy z nagrań terenowych joik, z samskich opowieści o leśnych roślinach, odwoływaliśmy się do naszego wyobrażenia przestrzeni Tundry. Muzycznego wyobrażenia. Prace nad „Tajniami i Głębiami” zaprowadziły nas w nowe rejony, zamknięte, duszne przestrzenie, w świat bardziej tajemniczy i bardziej mistyczny. Taka potrzeba była w nas samych od dawna, wiedzieliśmy, że kiedyś to w końcu nastąpi. Ale i przeminie, zapewne.

KJ: “Cień chmury…” to oczywiście świetna płyta (czy może raczej kaseta – prywatnie wolę tą wersję), ale jej siła tkwi między innymi w tym, że Stara Rzeka to bardzo osobisty projekt, a Tundra taka nie jest, dlatego raczej trudno nam się porównywać. Jeśli chodzi o folk… To bardzo niejednoznaczne pojęcie, ale moim zdaniem odwołuje się ono koniecznie do jakiejś tradycji jako podstawy, a w przypadku muzyki Tundry tradycja co najwyżej jest jedną z wielu równorzędnych składowych. Od początku nazywamy swoją muzykę muzyką elektroakustyczną i to chyba najlepsze dla niej określenie.

Materiał, który znalazł się na płycie, oparliście w całości o szkice, które powstały podczas jednej nocnej sesji w połowie zeszłego roku. Kojarzę z koncertów jedynie „Wędrujące kamienie”. Na ile Tundra przyjmuje metodologię dopracowywania utworów ich brzmienia, szlifowania ich, a na ile to efekt spontanicznej improwizacji?

KJ: Utwory Tundry zmieniają się z koncertu na koncert, z próby na próbę. Można to nazwać szlifowaniem, ale szlifowaniem przy użyciu improwizacji właśnie. Nie zawsze są to zmiany na lepsze, czasami dany utwór po prostu obumiera. W każdym razie staramy się żeby nasza muzyka żyła razem z nami. Materiał, który utrwaliliśmy na płycie jest dopracowany, ale jako zawartość albumu. Sama muzyka rozwijać się będzie dalej…

Fotografia u góry:  Jakub Szymczak. Tundra zaprezentuje materiał z nowej płyty w sobotę, 7 czerwca w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia. Szczegóły w zakładce KONCERTY.