Search and Hit Enter

The Shipyard: Woda jest genialnym źródłem metafor i odniesień

Po półtora roku od premiery debiutu wracają. W innym składzie, z innym producentem, pod szyldem innej wytwórni, z innymi pomysłami i brzmieniem. Motławę, która widniała na płycie „We Will Sea” i płynęła w stronę Bałtyku zamieniają na Mars, gdzie szukają wody. I nie tylko. Na tydzień przed premierą płyty „Water on Mars” The Shipyard opowiadają o jej powstawaniu.

Jakub Knera: The Shipyard stopniowo przeobrażało skład. Teraz to kwartet – jak to wpłynęło na pracę w zespole i waszą muzykę?

Piotr Pawłowski: Bardzo dobrze pracuje nam się razem w tej konfiguracji. Zarówno przy opracowywaniu pomysłów w sali prób czy w studio nagraniowym ale też i w trakcie koncertów, których gramy coraz więcej. To praca kolektywna i demokratyczna, na pewno bardziej niż przy okazji płyty „We Will Sea”.

Rafał Jurewicz: Są straty i zyski, jak zawsze. Ale skupieni jesteśmy na obecnym składzie, działa on znakomicie, brzmienie na płycie zbliżyło się do tego z koncertów, na czym nam zależało. W naszej muzyce cztery osoby wystarczą do tego co gramy obecnie, a i tak mamy kilka możliwości. Dzisiaj The Shipyard totrzech basistów i jeden wokalista, a jeszcze bardziej dokładnie dwie osoby grające na gitarze, dwie na klawiszach, jedna na perkusji, dwie śpiewają, więc możemy śmiało eksperymentować i jeszcze nie raz zaskoczyć.

Znad morza przenosicie się na Mars. Czy dla The Shipyard druga płyta jest jakąś znaczącą zmianą?

Michał Młyniec: Dla mnie druga płyta jest dużą zmianą, jest konkretniej, bardziej singlowo. Zespół ewoluuje.

RJ: Płyniemy dalej. Jako stoczniowcy, wszędzie tam gdzie jest woda mamy szanse dotrzeć. Po debiucie, który wzbudził wiele emocji, staraliśmy się nagrać płytę lepszą. Jest mocniejsza od pierwszej, ale ma przy tym więcej melodii. Druga płyta to ważny moment dla zespołu, coś już musisz udowodnić, kogoś jeszcze możesz przekonać, kogoś możesz stracisz już bezpowrotnie. Ale o tym myślę bardziej teraz, tuż przed wydaniem płyty. Nagrywając ją, myśleliśmy tylko i wyłącznie o muzyce i jak zrobić to najlepiej jak na warunki, które mieliśmy.

Za materiał zabrał się nowy producent, Andrzej Izdebski. Jesteście zadowoleni z efektów – co w nowej płycie ma dla Was największą wartość?

PP: „Water on Mars” jest bardziej spójną całością niż „We Will Sea”. Tu nie ma żadnych wycieczek w inną stylistykę niż nasza, od początku do ostatniego dźwięku nie ma wątpliwości że to gra The Shipyard.

Michał „Goran” Miegoń: Album został nagrany, nie licząc niektórych dogrywek klawiszy, na setkę w mojej pracowni. Andrzej ciekawie przefiltrował te dźwięki przez swoją wrażliwość, dokładając nierzadko produkcyjne patenty, których się nie spodziewaliśmy. Dzięki temu zachował surowość czterech osób grających razem ale i selektywny kop prosto w twarz.

W wielu momentach „Water on Mars” brzmi nowofalowo, zahacza nawet o rejony Joy Division. Czy to celowy zabieg, chcecie dać wyraz tego typu estetyce?

PP: Ten zespół jest jednym z najważniejszych zjawisk muzycznych XX wieku i będzie rzucać swój mroczny cień jeszcze na wiele następnych pokoleń. Peter Hook – basista New Order na pewno w swoim czasie wywarł spory wpływ na moje granie na gitarze basowej i nie zamierzam się tego wypierać.

MM: Ja akurat nie słucham Joy Division. Zgadzam się z tym co mówi Piotr, ale to nie jest do końca moja estetyka. The Shipyard jest wypadkową różnych inspiracji, udało nam się znaleźć wspólny język i czerpać z każdego z nas to, co najlepsze. Każdy usłyszy wpływy innych legend muzyki i to jest świetne.

RJ: Gdybyśmy we czterech przynieśli wszystkie nasze płyty to moglibyśmy stworzyć takie małe Itunes czy Spotify. Byłoby tam sporo różnej muzyki, od klasyki po ciężki metal, od world music po grunge. Jestem pewien, że każdy z nas zabrałby zupełnie inne płyty na bezludną wyspę, razem wypełniamy olbrzymią muzyczną przestrzeń. Nowa fala jest jednym z tych wspólnych mianowników, więc będzie ją słychać, czasem mniej, czasem bardziej. Gdy Piotr weźmie do ręki bas to już z miejsca brzmi zimnofalowo, chyba że schowasz mu gdzieś kable.

Z drugiej strony to o wiele mocniejsza płyta. Opowiedzcie proszę jaki nacisk chcieliście położyć na brzmienie i teksty.

MM: To, że płyta jest mocniejsza jest moją zasługą, bo jestem osobą, która najbardziej z nas wszystkich kocha mocne brzmienia i mocne granie. Uważam też, że polska muzyka rockowa mocno ucierpiała przez tak zwane radiowe miksy. Eksponuje się wokal, spłaszczając całą resztę, przez co nawet świetne utwory stają się miałkie i bez wyrazu w porównaniu do produkcji zachodnich. Cały czas zależało mi, żeby wszystko było zagrane i zaśpiewane konkretnie. Jestem dumny z tego, że wokal Rafała jest wyraźny, a brzmienie poszczególnych instrumentów na tym nie ucierpiało. Jest cios.

PP: Planowanie jaka ma być „Water On Mars” nie wyglądało w ten sposób, że „teraz zagramy dwa szybkie, potem jeden wolny a potem jeden jeszcze szybszy niż tamte dwa ale z innym przesterem na gitarze”. Prawdę mówiąc nie było żadnej kalkulacji. W chwili rozpoczęcia pracy nad zbieraniem utworów miałem pomysły tylko na późniejsze „Lisbon” i „Higher Than Your Flow”, zdecydowana większość pozostałych powstała z pomysłów zebranych już w trakcie wspólnych prób w lipcu i wrześniu 2013. Rafał napisał większość tekstów na płytę, ja przyniosłem teksty do „But Everything” i „Higher Than Your Flow”, a Goran do „Firearms”. Pomimo trzech różnych autorów te teksty mają ze sobą wiele wspólnego. Opisują współczesny świat, który nie zawsze może się podobać. Powiem więcej, coraz mniej nam się podoba.

MGM: Samo nagrywanie zajęło nam około tygodnia. To dobry tryb pracy bo zamiast skupiać się na jak najlepszym, kolejnym podejściu, koncentrowaliśmy się na pewnej energii która przepływa przez osoby grające razem. Perfekcjonizm zabija spontaniczność. Wydaje mi się że udało się nam przenieść ten żywioł na nowe utwory które są bardzo energetyczne.

RJ: Tekstowo wybieramy się w kosmos, żeby lepiej przyjrzeć się możliwościom na przyszłość, ale i też mieć pełny ogląd tego, co obecnie wydarza się na Ziemi. Astronauci nazywają to „overview”. Po takiej podróży na Ziemię wracasz już odmieniony, masz inną perspektywę, masz wrażenie, że Ziemia to tak naprawdę jeden statek unoszący się w kosmosie, i my wszyscy jesteśmy na jego pokładzie. Tracisz poczucie ulic, dzielnic, regionów, państw. Zamiast tego wszystko staje się jedne i wspólne. Jest w tym nadzieja i poważne ostrzeżenie jednocześnie. Uwielbiam oglądać ludzi. Pomyślałem, dlaczego by tego nie zrobić z dalszej, bardziej kosmicznej perspektywy, a potem opisać.

Wiele kompozycji odnosi się do tematów wody lub jest z nią związanych. Przez pryzmat tytułu waszego debiutu „We Will Sea” ciężko nie spytać czy czujecie jakieś szczególne powiązanie: z morzem, miejscem w którym rezydujecie na co dzień?

RJ: Woda to życie, początek wszystkiego, zaklęty krąg. Mieszkając w Trójmieście jesteśmy pod jej jeszcze większym wpływem, ja osobiście gdy myślę o wodzie czuję jednocześnie respekt i wdzięczność. A ponieważ woda jest genialnym źródłem metafor, odniesień, tyle poruszamy ten wątek w naszej twórczości.

PP: Nie jestem człowiekiem znad morza a z południa kraju – jednak to morze od prawie 4 lat wywiera na mnie bardzo pozytywny, twórczy wpływ.

MGM: Wodne klimaty są mi bardzo bliskie, zarówno w sferze inspiracji jak i mojego życia codziennego. Jako rodowity Gdynianin nie wyobrażam sobie innego miejsca do życia. Na pewno wpływa to też na moją grę na gitarze!

Czy zespół rockowy może w Polsce się wybić na szerszą skalę? Wasza muzyka jest w Offensywie, występujecie na festiwalach i zdajecie się mieć chrapkę na coś więcej. Jest łatwo?

MM: Uważam, że jest to możliwe. W Polsce nie jest łatwo z różnych przyczyn, ale uważam, że po prostu trzeba stworzyć świetną muzykę i potrafić ją zagrać – wtedy sama się obroni. Niby proste, ale jednak trudne do osiągnięcia. My poszliśmy właśnie tą drogą.

PP: Gorsza muzyka wypiera lepszą, parafrazując prawo Kopernika-Greshama. Ale my się nie poddajemy i robimy to, na co mamy wpływ.

RJ: Myślę, że mamy jeszcze sporo do zrobienia, wiele miejsc, do których jeszcze nie dotarliśmy i wiele chęci by to zmienić. Łatwo nie jest, ale jeśli zaczniesz się na tym koncentrować, to już po tobie.

MGM: Powtarzam zawsze aktualne zdanie: trzeba po prostu napierać. Przy pokorze, konsekwencji, skupieniu i dobrej energii progres przychodzi sam z siebie – i to progres ku lepszemu.

Premiera płyty „Water on Mars” odbędzie się 28 marca w klubie B90. Więcej szczegółów w dziale KONCERTY.