Szubrycht: Młode zespoły nie robią researchu

Jarosław SzubrychtCzego młode zespoły nie robią? Po pierwsze researchu – nie wiedzą kto zajmuje się jaką muzyką, a nie warto wszystkim zawracać głowy. Po drugie – nie upewniają się, czy ich wiadomość/przesyłka dotarła, czy zwróciła uwagę. Zbytnie narzucanie się nie jest dobre, ale czasem warto o sobie przypomnieć. Ale najgorzej jak nie grają dobrej muzyki, wtedy nic nie pomoże – jako drugi w dyskusji „Jak trafić do krytyków?” wypowiada się Jarek Szubrycht, redaktor naczelny T-Mobile-Music.pl.

Przeczytaj pozostałe głosy:

Jakub Knera: Jak młody zespół – zakładając, że nagrał ciekawą płytę – może do Ciebie dotrzeć i zainteresować swoją muzyką? Co powinien zrobić w tym kierunku? Czego młode zespoły nie robią?

Jarek Szubrycht: Żadna filozofia. Można wysłać płytę, bo ja jestem z pokolenia, które wciąż słucha płyt, albo pliki WeTransferem. Można link do Bandcampa, czy innego podobnego miejsca, ale jako że dużo podróżuję nie zawsze jestem w stanie korzystać ze streamingu. Nie lubię za to być molestowany na Facebooku i nie lubię jak ktoś mi zawala skrzynkę niezapowiedzianymi empetrójkami. Czego młode zespoły nie robią? Po pierwsze researchu – nie wiedzą kto zajmuje się jaką muzyką, a nie warto wszystkim zawracać głowy. Po drugie – nie upewniają się, czy ich wiadomość/przesyłka dotarła, czy zwróciła uwagę. Zbytnie narzucanie się nie jest dobre, ale czasem warto o sobie przypomnieć. Ale najgorzej jak nie grają dobrej muzyki, wtedy nic nie pomoże.

Na ile znaczenie ma tzw. rozpoznawalność – przez muzyka zespołu który przysłał Ci płytę, który jednocześnie gra już w innym, znanym Ci składzie; przez label, który ma rozpoznawalną markę albo przez opinię osoby/dziennikarza, z którym/którą się liczysz?

Label ma dla mnie duże znaczenie, wiadomo że kiedy przychodzi coś z nalepką Warp, XL, Jagjaguwar, Sub Pop, 4AD, Ipecac czy Relapse, to warto sprawdzić. Nowy projekt lubianego muzyka też budzi zainteresowanie. Opinie znajomych również, jak najbardziej, ale nie wszystkich, tylko bardzo konkretnych znajomych – każdy z nas ma grono takich osób, których gust zna i zdanie szanuje. Jeśli oni coś polecają, wiadomo, że słuchamy bez kolejki. Ale słucham też rzeczy znikąd – tu zawsze warto wysilić się na dobrą nazwę, fajną okładkę… To nie zastąpi muzyki, ale zwróci uwagę.

Czy środowisko dziennikarzy/krytyków muzycznych to hermetyczna i zamknięta grupa? Wiele osób uważa, że ciężko do niej dotrzeć ze swoją muzyką. Łatwo czy ciężko?

Poza sporadycznymi pogawędkami przy piwie dwa, może trzy razy do roku, na jakimś dużym festiwalu, nie widuję się z dziennikarzami spoza własnej redakcji, więc jakie to środowisko? Moim zdaniem nie ma czegoś takiego. Co do drugiej części pytania… Dzisiaj do każdego jest łatwo dotrzeć, zdobyć bezpośredni telefon, wysłać maila – więc proszę nie marudzić tylko trochę się postarać. Na pewno za to trudniej się przebić przez natłok innych informacji.

Czy ma dla Ciebie znaczenie nośnik na którym dostajesz płytę do odsłuchania (link do muzyki w formie cyfrowej, streaming, winyl, cd lub kaseta)? Jaki preferujesz? Czy ma znaczenie gdy artysta przy okazji jakiegoś koncertu/festiwalu wręczy Ci płytę osobiście?

CD lub pliki to dla mnie najpraktyczniejsze nośniki, bo mogę dzięki nim słuchać muzyki wszędzie. Oczywiście, cudownie jest nastawić z wielkim namaszczeniem winyl, patrzeć jak się obraca i smakować analogowego dźwięku, ale wiadomo, że dla małych labeli rozsyłanie takich promówek to bardzo duży koszt, więc jak słyszę o dziennikarzach, którzy marudzą, że bez winyla albo oryginalnego CD nie napiszą recenzji, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Owszem, fajniej dostać oryginał i czasem ma to wielki sens, bo oprawa graficzna cudownie uzupełnia muzykę, ale nie przesadzajmy.

Najważniejszy jest dobrej jakości dźwięk, nie nośnik. Na szczęście prawie już minęła moda na rozsyłanie dziennikarzom promówek z wypikanym lub zagadanym dźwiękiem. Dziwię się, że artyści na to pozwalali, na takie masakrowanie swojej muzyki. U mnie takie promówki od razu lądowały w koszu, choćby to był wytęskniony nowy Slayer czy David Bowie. Nie dotykałem, a do wytwórni szedł komunikat: „Jeśli uważacie mnie za potencjalnego złodzieja to nie przysyłajcie mi materiału przed premierą. A najlepiej w ogóle. To nie jest prezent od Mikołaja, to moja praca i nie mam czasu na wygłupy”. O dziwo, to czasem działało. A właśnie – nie mam magnetofonu, więc proszę mnie nie uszczęśliwiać kasetami, bo nic z tym nie zrobię… To czy ktoś mi wręczy płytę osobiście czy wyśle, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, choć przy okazji osobistego spotkania zawsze może dopowiedzieć coś, co mnie zaintryguje… Ale w liście czy mailu też da się to napisać.

Czy opinie recenzentów/krytyków mają znaczenie? (zwłaszcza w dobie blogerów i mnożących się bytów poświęconych muzyce) Jakie i dla kogo – promotorów, organizatorów festiwali, właścicieli klubów, słuchaczy? Co zespół może zyskać na pozytywnej, a co na negatywnej recenzji?

Moim zdaniem wciąż mają znaczenie – mniej niż kiedyś pomagają w sprzedaży i na pewno nie da się już dzięki jednej recenzji w poczytnym piśmie zrobić Złotej Płyty, ale jeśli ukaże się takich kilka, w różnych miejscach, to ludzie zaczynają się interesować, wpisywać w Google’a, a bookerzy węszyć. Wierzę też, że rzetelne, uczciwe recenzje są ważnym lustrem dla artystów, weryfikują ich własne o sobie wyobrażenie. Negatywna recenzja, paradoksalnie, też może pomóc –bo zwraca uwagę, inicjuje dyskusje. Gorsze są recenzje obojętne, beznamiętne opisy muzyki, a już najgorszy ich brak.

Wiele osób zarzuca krytykom brak obiektywizmu, ale czy recenzowanie czegokolwiek nie ma być z góry subiektywne?

Obiektywnie to można mierzyć czas w wyścigach, nie sztukę. Ale recenzje mogą być uczciwe i rzetelne. Moim zdaniem dobry recenzent powinien poznać wcześniejszą twórczość artysty, starać się poznać i zrozumieć kontekst, a nie zakładać z góry, co usłyszy i co napisze. Nie uznaję też pisania recenzji po jednym przesłuchaniu płyty czy wręcz w jego połowie, co praktykują niektórzy koledzy. Chociaż kto wie, może mają taki słuch i taką pamięć, że im to wystarczy. No więc mi nie wystarczy i słucham wiele razy, nawet jeśli w połowie pierwszej piosenki wiem, że czekają mnie godziny rzeźbienia w gównie, bo każdego staram się ocenić uczciwie. Nie po to, żebym mu potem mógł spojrzeć w twarz, ale po to, żeby móc sobie samemu spojrzeć w twarz w lustrze.

Po co recenzować kiepskie wydawnictwa? Czy negatywne recenzje są potrzebne?

Czasem to nieuniknione, kiedy słabą płytę nagrywa ktoś bardzo znany, kiedy to jest totalnie oczekiwana i jeszcze nachalnie promowana płyta, warto nakłuć balon, warto zmierzyć się z gigantem. Ale już bicie mniejszych chwały nie przynosi. Kiedy zaczynałem i byłem piękny, młody oraz bezkompromisowy, lubiłem raz na jakiś czas bezlitośnie rozstrzelać jakichś amatorów, marzących o wielkich scenach, a czytelnicy lubili to czytać, bo złośliwości zawsze dobrze się sprzedają. Wolę już jednak nie tracić na takie rzeczy czasu. Jest tak dużo dobrej muzyki, że złą możemy po prostu ignorować, wyszukując spośród dobrego najlepsze.

Ile płyt miesięcznie jesteś w stanie przesłuchać? Sumując te, które dostajesz z różnych źródeł, te które czujesz się w obowiązku zrecenzować/przedstawić (są takie?) oraz te na które potencjalnie możesz trafić (przypadkowo)?

Nie liczę. Słucham muzyki właściwie non stop. Czasem leci w tle, czasem jestem na niej bardzo skupiony, ale kilka do kilkunastu płyt dziennie to norma. Niektóre są jednorazowego użytku – i po pierwszym przesłuchaniu lądują w archiwum. Inne kręcą się wiele razy – albo dlatego, że przygotowuję tekst, albo dlatego, że mi się tak podobają.

Czy bycie krytykiem/dziennikarzem muzycznym to ciężka praca?

Przede wszystkim – nie jestem krytykiem i nigdy nie aspirowałem do takiego miana. W moim rozumieniu krytyk muzyczny to ktoś, kto dysponuje konkretnymi narzędziami do analizy dzieła muzycznego od strony formalnej, to wykształcony muzykolog. Ja jestem ignorantem, ale za to ciekawym świata i ludzi. Wiele rzeczy widziałem, wiele słyszałem, niemało czytałem, ale też znam temat od kuchni – sam nagrywałem płyty, występowałem na scenie, a także brałem udział w organizacji koncertów, od klubowych przez Stadion Narodowy (ten chorzowski), aż po festiwale. Wierzę więc, że mam coś ciekawego do opowiedzenia i zdarza mi się widzieć rzeczy, których inni, bez podobnych doświadczeń, nie dostrzegają. Jestem więc dziennikarzem, ale i promotorem. Jestem wielbicielem i popularyzatorem muzyki, nie krytykiem. Moim wzorem jest John Peel, nie Lester Bangs. Po tym drugim została tylko jego własna legenda (żywa i tak tylko pośród innych pismaków) oraz parę błyskotliwych złośliwostek, a ten pierwszy odkrył przed nami niezliczoną ilość nowych artystów i gatunków muzycznych. Czy ciężka praca? Kiedy pracy jest za dużo, każda może dać w dupę, ale nie oszukujmy się – pisanie o muzyce, rozmawianie z artystami, jeżdżenie na festiwale… Sądzę, że górnicy mają trochę ciężej.

Co robisz w sytuacji, gdy artyści zarzucają Ci, że „nie rozumiesz” ich płyty i całkowicie mylisz się w recenzji? Polemizujesz? Czy zespoły potrafią przyjąć krytykę?

Nie interesują mnie opinie artystów o moich recenzjach. Zresztą prawie nigdy nie dyskutują – kiedy im się nie podoba to po prostu się obrażają. Jedni trwają w tym latami, innym przechodzi, różnie bywa. Jak już powiedziałem, staram się nie być nadmiernie złośliwy, więc chyba nikt nie powinien czuć się niesprawiedliwie skrzywdzony, ale oczywiście mogę się w moich ocenach pomylić. Jestem tylko człowiekiem, a recenzja to nie jest wyrok bez możliwości apelacji, tylko moja opinia. Podpisana imieniem i nazwiskiem, nic mniej i nic więcej.

Ale nie dziwię się, że artyści nie potrafią znosić krytyki, bo to fakt niezbity, że nie potrafią – wiesz, to zwykle ludzie wrażliwsi niż średnia krajowa, więc również mniej odporni na razy. Oprócz tego muzycy wkładają w swoją twórczość dużo pracy, często i niemało pieniędzy, więc nie chcą słyszeć, że to wszystko gówno warte, że cały trud na marne. Nie dziwię im się.

Czy polska krytyka muzyczna jest ostrożna przy ocenianiu płyt? Czy dziennikarze mają obawy przed wyrażaniem konkretnych, nawet negatywnych opinii czy jest dokładnie na odwrót? Jaka jest zagraniczna krytyka muzyczna?

Najłatwiej napisać złośliwą recenzję. Wyszukiwanie wad i ich obśmiewanie jest dziecinnie proste, więc najczęściej zajmuje się tym z ochotą dziennikarska młodzież. Trudniej przeanalizować dzieło, zobaczyć je w szerszej perspektywie, naprawdę próbować zrozumieć – a potem opisać tak, żeby i odbiorca zrozumiał. Ale tak, jesteśmy dość łagodni. Z dwóch powodów. Znaczna część autorów tzw. recenzji to nie dziennikarze, ale po prostu media workers, którzy – tak się składa – lubią muzykę. Niespecjalnie się jednak na niej znają, ale też nie chcą urazić wydawcy, bo więcej darmowej płyty nie przyśle. W dodatku nie najlepiej piszą po polsku, więc produkują jakieś nieśmiałe teksty, będące w gruncie rzeczy wariacjami na temat press releasów. Drugi powód jest inny i przyznaję, że sam tak czasem grzeszę – otóż w związku z latami posuchy na polskim rynku, zdarza mi się zawyżać nieco oceny polskich artystów. Paru kolegów po fachu też tak czyni. Nie dlatego, że ponosi nas entuzjazm oraz patriotyzm (a już na pewno nie dzieje się tak w moim przypadku), ale z czystego, zimnego wyrachowania – wysoka ocena intryguje, szczególnie wystawiona nowemu, anonimowemu artyście. Zwraca uwagę. Najpierw lubujących się w nowościach kolegów po piórze, ale także innych, zazdrosnych muzyków, potem wydawców, organizatorów imprez, a wreszcie publiczności. Można spowodować efekt kuli śnieżnej, więc czasem warto swoją gałkę podrzucić… Ale to nie zadziała w przypadku kiepskich rzeczy, to naprawdę musi być dobre, bo inaczej można się tylko ośmieszyć.

Anglicy na ten przykład są dużo bardziej brutalni w swoich sądach, ale też u nich konkurencja jest znacznie większa i ogólny poziom nieporównywalnie wyższy, więc ktoś musi wytłuc to mięso armatnie, nie ma litości.

Czy jest coś czego brakuje Ci w muzycznej publicystyce (zarówno polskiej jak i zagranicznej)?

W Polsce brakuje mediów. Po prostu. Jesteśmy za dużym krajem, żeby mieć tak mało mediów muzycznych, czy w ogóle poświęconych szeroko pojętej kulturze. To straszne, bo to będzie owocować powiększaniem się kulturalnej pustyni… Facebook czy blogi to fajne narzędzia, ale to zdecydowanie za mało. A tak w ogóle to oczywiście brakuje czasu – zarówno na pisanie, jak i na czytanie. A że czas to pieniądz, to znaczy, że brakuje też kasy na finansowanie odpowiednio wysokiego poziomu. Brakuje więc takich tekstów, które były siłą na przykład „Rolling Stone’a” w latach 70., czy nawet jeszcze 90. Przygotowywanych tygodniami, pogłębionych, obszernych. Zresztą, może ja już jestem stary i nikomu młodszemu takiego dziennikarstwa nie trzeba? Ale nie, myślę po prostu, że młodzi nie wiedzą, że tak można. W sensie – że może być aż tak dobrze.

——————————————————————————————————————————————————————————————————————————

Co powinny wiedzieć zespoły, które chcą dotrzeć do reprezentantów mediów i jakie błędy zazwyczaj popełniają? Czy praca recenzenta jest łatwa? Czy w ogóle są nam potrzebni recenzenci muzyczni? Te trochę podchwytliwe pytania mają zachęcić do dalszej wymiany zdań. Nowe idzie od morza uruchamia kolejną dyskusję, której celem jest próba ujęcia polskiej krytyki muzycznej czy – jak wolą sami przepytywani – dziennikarstwa lub osób piszących o kulturze. W środę, jako trzecia wypowie się Agnieszka Szydłowska z Programu Trzeciego Polskiego Radia.