Flapjack – Keep Your Heads Down

Długo trzeba było czekać na czwarty album Flapjack, ale się opłacało. Piętnaście lat – na co wpłynęły liczne rotacje w składzie, odejście Olassa i niekoniecznie sprzyjające warunki na rynku – to szmat czasu, żeby po nim wciąż chcieć wydać płytę. Poprzedni krążek „Juicy Planet Earth” ukazał się w 1997 roku, co w perspektywie tego co dzieje się w muzycznym świecie, było zupełnie inną epoką.

Po pierwszym zetknięciu z „Keep your Heads Down” można odnieść wrażenie, że to muzyka właśnie z innej epoki, ale to tylko pozory. Bo ta płyta nie trąci myszką, a brzmi na wskroś świeżo, łącząc w sobie zarówno elementy hardcore, rap core i thrash metalu (świetne „Feud”). Flapjack raz potrafi zaprezentować połamane rytmy w klimacie Rage Against The Machine z krzykliwym wokalem Guzika, za chwilę uderzyć ciężarem, w którym prym wiodą walcowate riffy albo udanie nawiązać do Deftones, ale nie pojawia się przy tym uczucie, że kopiują ich dokonania. Efekty udziału Olassa przewijają się w wielu utworach w postaci nagranych partii riffów, a Flapjack świetnie w muzyce się odnajduje – z jednej strony pełno tu zaangażowanych społecznie tekstów, ale także zabaw konwencją jak pomysłowy, czterosekundowy „Yogo”, po którym następuje genialny, zaśpiewany po hiszpańsku „Nombre: Odio”.

W ubiegłym roku widziałem Flapjack na koncercie przed Illusion w Gdańsku, gdzie zaprezentowali świetną formę. Ten album ją potwierdza i warto było na niego czekać tyle czasu.

[Jakub Knera]