Izes – Emotional Risk

Przy okazji pierwszego wydawnictwa, krótkiej epki, wydanej pod koniec ubiegłego roku, napisałem że Izes brzmi w wielu momentach jak Bjork. Teraz napiszę, że Izes brzmi jak Izes. Bo muzyczny charakter „Emotional Risk” na tyle się wykrystalizował, że dosyć ciężko dokonywać tak prostych porównań. A na dodatek ten album potwierdza, że w tym roku wśród wydanych w Trójmieście płyt, prym wiodą panie – najpierw wokalistki Enchanted Hunters, teraz Izes, a w kolejce jeszcze czeka Asia i Koty…

Ale wśród nich to właśnie Izes jest tworem najdziwniejszym i najbardziej oryginalnym, ze swoim niepowtarzalnym głosem, o bardzo dużej rozpiętości skali. Kto po Izie Sawickiej spodziewa się przyjemnych i ciepłych melodii, niech nawet nie sięga po ten krążek. Sama okładka mówi już za siebie – ta płyta to niełatwe, emocjonalne wycieczki, przez które ciężko przebrnąć. Teoretycznie elektroniczne, ale w równym stopniu jazzowe. Raz ustrukturyzowane i zwięzłe, kiedy indziej bardziej free, z klarnetem, saksofonem, wiolonczelą i perkusją w rozmaitych formach. Czasem instrumenty tworzą melodyjne i rytmiczne podkłady do śpiewanych tekstów, a kiedy indziej walczą z głosem, bawiąc się dźwiękiem. To wycieczka do mrocznej części człowieka, jazgocząca, drapiąca i wyciągająca największe brudy. A sposób w jaki Izes śpiewa nie raz wywołuje dreszcze – potrafi spokojnie nucić, szeptać, ale także obłędnie krzyczeć jak w otwierającym „No Past” albo trochę schizofrenicznie powtarzać tekst jak mantrę w „Under the Patronage”. A jednocześnie odbieram ten materiał jakby miał charakter piosenkowy, bo jest coś wręcz perwersyjnego w tym, że słucha się go z niekłamaną przyjemnością.

Ta płyta zaskakuje, świetnie łącząc damski wokal z jazzową stylistyką, która na dodatek w różnych odsłonach miesza się z elektroniką. Izes drażni, uwodzi, hipnotyzuje, wyrywa z letargu i walczy z przyzwyczajeniami. Rewelacja.

[Jakub Knera]