Asia i Koty – Miserable Miaow

Nasiono się pomyliło. Ich płytą roku nie jest album autorstwa czterech facetów, którzy ostro gitarowo hałasują spośród stoczniowych dźwigów. Wydawnictwo, które przebiło całą resztę, wyszło spod rąk skromnej dziewczyny, która na koncertach doprowadza facetów do łez tylko z gitarą akustyczną. To Asia i Koty z płytą “Miserable Miaow”.

Mnie do łez Asia nie doprowadzała. Jej epka sprzed 2 lat była zbiorem prostych utworów zagranych na akustyku, a na koncertach wręcz nudziło mnie śpiewanie do trzech akordów na krzyż i brzmienie niemal podrabiające PJ Harvey. Ale tegoroczny długogrający debiut to co innego. Już ambientowa plama w „Never Let Me Down” pokazuje, że artystka nie będzie się trzymać kurczowo wyłącznie gitary. Świetnie kreuje klimat i tworzy kompozycje także w oparciu o elektronikę, pianino, a nawet subtelne bity w tytułowym, najlepszym utworze. Mamy więc Asię, która w porównaniu z epką znacznie się rozwinęła, śpiewa raczej delikatnie, ale echo PJ już tak nachalnie nie pobrzmiewa w jej wokalu (chociaż „White Chalk” momentami przypomina). To melancholijna płyta, dosyć smutna, ale nie ckliwa – Asia raz gra ballady, kiedy indziej tworzy wynurzające się gdzieś z oddali, mniej przebojowe kompozycje albo ucieka w psychodelię jak w najdłuższym na płycie „Why” z wokalem pełnym pogłosów. Swoje pomysły przekuwa w proste, ale świetnie brzmiące i minimalistyczne kompozycje. Brawo.

[Jakub Knera]