Mikrospokój: Ocieramy się o abstrakt, boimy się dosłowności

To bez wątpienia jeden z dziwniejszych zespołów, jakie powstały na trójmiejskiej scenie. Mikrospokój z jednej strony czerpie z syntezatorowej elektroniki, żywcem wyjętej z lat 80., a z drugiej dodaje do niej nietypowe liryki – bardziej mówione w osobliwy sposób strumienie świadomości, niż śpiewane. Kilka tygodni po premierze swojej pierwszej płyty, duet odpowiada na pytania Noweidzieodmorza.com.

Jakub Knera: Skąd wziął się pomysł na Mikrospokój?

Paweł Piechowicz: Ciężko jednoznacznie powiedzieć. Na dzień dzisiejszy, słuchając nagranego dotychczas materiału czy patrząc na metodę twórczą jaką przyjęliśmy, widzę oczywiście mnóstwo wspólnych płaszczyzn z najróżniejszymi aktualnymi czy też nieco już zapomnianymi artystami. Jednak początek był dość przypadkowy. To chyba głównie produkt bardzo naturalnej ewolucji naszych wieloletnich działań na różnych polach, głównie tworzenia słownych improwizowanych audycji radiowych i podcastów okraszonych żywymi podkładami. A jeżeli wiercić głębiej, bez wątpienia u podstaw leżą bardzo dawne inspiracje twórczością TOTARTu, teatralnymi wycieczkami yassowców, lżejszymi zabawami Marcina Świetlickego… W tym sensie Mikrospokój to projekt bardzo trójmiejski. Jak się okazuje, od korzeni nie ma ucieczki…

Mateusz Kraszewski: Nie licząc naszych bardzo wczesnych dźwiękowych dokonań, zaczęło się od improwizowanych mini-słuchowisk, często bardzo hałaśliwych, ciągnących się w nieskończoność kombinacji gadaniny z syntezatorowymi rzężeniami. Potem zaczęło się robić bardziej muzycznie aż w końcu, kiedy okazało się że jest jednak potencjał na coś w miarę przystępnego, wymyśliliśmy sobie „Niemoc”, również jako swoisty ratunek przed kumulowaniem kolejnych nagrań w zapomnianych otchłaniach twardych dysków. Dużo lepiej pracuje się zdążając w kierunku obranego celu.

Na ile Wasz materiał to wynik spontanicznej i improwizowanej sesji, a na ile szczegółowo zaaranżowane kompozycje?

Paweł Piechowicz: Cieszę się że zadajesz to pytanie na początku, bo według mnie jednym z motorów napędowych Mikrospokoju jest właśnie ciągłe napięcie pomiędzy improwizacją a wyrachowaniem. Takie przeciąganie liny. Od siebie do tego wspólnego kotła wrzucam dosyć spontaniczne, niekiedy niemal desperackie słowne monologi, zwykle produkty strumienia świadomości który potrafi zaprowadzić w jakimś kompletnie zaskakującym kierunku. To wszystko bierze na warsztat Mateusz, który z właściwym sobie dystansem i wręcz obsesyjną precyzją przystępuje do obróbki, czasami z zupełnie przypadkowego słownego chaosu budując kompletnie nowe struktury. Na samym początku prac nad materiałem próbowałem też bardziej klasycznego podejścia, pisząc i dopracowując teksty przed nagraniem, ale w pewnym momencie doszedłem do wniosku że dryfuję w jakieś koszmarnie pretensjonalne obszary. Postanowiłem więc ostro odbić w drugą stronę i ostatecznie na albumie znalazły się chyba trzy „klasyczne” kawałki, reszta to improwizacje.

Mateusz Kraszewski: Zastanawia nas wciąż czy te różnice są wyczuwalne, bo nam wydaje się że bardzo. Muzycznie sprawa się miała odwrotnie. W tych „klasycznych” tekstowo utworach muzyka jest dużo bardziej przypadkowa, odjeżdżająca od słów. Później okazało się że to nie do końca działa, więc zrobiło się dużo bardziej spójnie. Zawsze jednak słowa są podstawą, muzyka jest raczej nieskomplikowana.

Mikrospokój obficie czerpie z elektroniki lat 80 – wykorzystuje brzmienie syntezatorów, syntetyczne bity. Lubicie brzmienie retro? A może chcecie brzmieć bardziej futurystycznie?

Mateusz Kraszewski: Syntezatory są dzisiaj wszechobecne, jest teraz wielki powrót mody na analogi. Osobiście nie zgodzę się że „Niemoc” jest ejtisowa. Czy jest futurystyczna? Staramy nie kierować się trendami w muzyce, choć oczywiście pewne inspiracje są nieuniknione. Nie odkryliśmy dziewiczych obszarów dźwiękowych, ale wydaje mi się że nie powielamy, co nas bardzo cieszy. W tym co dzisiaj jest modne i uważane za „futurystyczne”, irytuje mnie tak wiele że żadna z etykiet mi nie pasuje. Ja nawet nie wiem jak odpowiedzieć jak ludzie pytają: „a jaką muzykę robicie?” I szczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi.

Paweł Piechowicz: Dla mnie rzeczywistość muzyczna doszła do takiego punktu, że pojęcia „retro” czy „futurystyczne” uważam za zupełnie względne.

Ważnym elementem Waszej twórczości są teksty – jaki jest zamysł na ich podmiot liryczny? Stylizujecie się na jakąś wyimaginowaną postać? Wokale na „Niemocy” nie są zwyczajne, trochę schizofreniczne, nie do końca normalne, często mówisz specyficznym językiem.

Paweł Piechowicz: Wszystkie historie składające się na album to pewnego rodzaju wypadkowa nagromadzonych wspomnień, spontanicznych spostrzeżeń i aktualnych wydarzeń. Taka przemielona zbieranina codzienności. Na przykład, „Poprzednia poduszka” powstała kiedy w lecie przechodziłem wyjątkowo irytującą alergię, a „Akcja Wisła” to tekst napisany na gorąco po wizycie w Gdańsku w czasie EURO. Zdaję sobie sprawę, że teksty w zestawieniu i zagęszczeniu mogą sprawiać wrażenie dość schizofrenicznych, jednak to w większości stylizacja. Praktycznie każdy utwór to jakaś osobna historyjka, jakaś kolejna postać szarpiąca się na swój nieudolny sposób z własną rzeczywistością. Tak, jest w nich wszystkich część moich doświadczeń, ale mam nadzieję na tyle mała, że nie kwalifikuję się jako przypadek kliniczny. Staram się wierzyć że mam to jeszcze pod kontrolą…

Mateusz Kraszewski: Ja w dalszym ciągu nie do końca rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Czasami znajduję trochę siebie w tych tekstach. Należy pozostawić słuchaczowi pole do interpretacji. I trochę się śmiać.

Śpiewanie po polsku to niełatwa rzecz. Nie twierdzę, że wychodzi Wam to świetnie, ale z pewnością zyskujecie dzięki kreacji specyficznego języka, mówiącego o pewnych rzeczach z określonej perspektywy. Jak to postrzegacie?

Mateusz Kraszewski: Polski język jest pełen pułapek, jest bardzo niepiosenkowy. Dlatego wielu polskich artystów ucieka się do angielszczyzny. Nie zdało by to egzaminu na ‘Niemocy’. To bardzo polska, bardzo trójmiejska płyta. Język, którym przemawiamy jest specyficzny, ale nie dałoby się go przetłumaczyć na „normalny” polski albo jakikolwiek inny język. Tak ja to widzę.

Paweł Piechowicz: Śpiewanie po polsku to tak przerażająco trudne wyzwanie, że bezczelnie staram się robić coś zupełnie odwrotnego, żeby na ile to możliwe uciec klasyfikacjom i uniknąć porównań. Natomiast nasz język, powtórzę znowu, to naturalny produkt wieloletniej ewolucji i wystawienia na najróżniejsze inspiracje i wpływy, których wspólną płaszczyzną jest eksperyment, zabawa, akceptacja przypadku i luźnego skojarzenia. No i ciągłe ocieranie się o abstrakt. Obsesyjnie boję się dosłowności.

Na stronie wytwórni zamieściliście wiele osób, którym dziękujecie za pomoc przy powstawaniu płyty. Jak rozumieć te podziękowania – to żywe inspiracje czy puszczacie trochę do słuchacza oko?

Paweł Piechowicz: Myślę że cały ten album to w jakimś sensie puszczanie oka: do słuchacza, ale również do siebie, do własnej pamięci, która potrafi zaskoczyć w najdziwniejszy sposób. Notka do albumu i podziękowania to mały hołd złożony przypadkowi i podświadomości. Nagrywając wiele tekstów czasami na samym początku nie mogłem zupełnie pojąć, o czym tak naprawdę opowiadam. Często dopiero po tygodniach uświadamiałem sobie, że przytoczyłem jakąś sytuację z własnego życia. W tym sensie cała płyta to taki zlepek starszych i nowszych wspomnień, historii, traum. Więc podziękować postanowiliśmy miejscom i osobom, które w tych sytuacjach brały udział. Wymienienie np. Bolesława Bieruta w kontekście Akcji Wisła to nie tania prowokacja, ale historyczny fakt. Mam nadzieję że odbiorcy zrozumieją pewną grę i na tym poziomie abstrakcji nie będą próbowali dopisywać warstwy moralnej, bo zrobi się ciężko.

Mateusz Kraszewski: Ten album to rosół. W rosole są oka.

Paweł Piechowicz: Nawet w tak cienkim jak ten…

Nagraliście całkiem niezłą płytę – planujecie wykonywać materiał na żywo? Na czym Waszym zdaniem, może on zyskać w scenicznej odsłonie, a co będzie ciężko przenieść na scenę?

Mateusz Kraszewski: Duża jest przepaść pomiędzy nagraniem albumu studyjnego, szczególnie w takiej postaci, a graniem na żywo. Nie jesteśmy profesjonalnymi muzykami, trudno znaleźć nam czas na nagrywanie, a co dopiero na regularne próby i dopracowanie livesetów. Nie jest to jednak niemożliwe. Jeśli widzę Mikrospokój na żywo to w nieco innej postaci, gdzie większą rolę gra improwizacja raczej niż granie gotowych podkładów z laptopa. Chwilowo nie jesteśmy na to gotowi, ale bardzo byśmy chcieli koncertować. Zobaczymy co życie przyniesie…

Paweł Piechowicz: Przeniesienie Mikrospokoju na scenę na pewno będzie sporym wyzwaniem. Nie tylko dlatego, że jesteśmy osobami które najlepiej czują się w zaciszu studia, ewentualnie z mikrofonem pod zlewozmywakiem. Pakowanie pierwotnie improwizowanych kawałków w pudełka chwytliwych scenicznie ‚piosenek’ to działanie które zapewne skończyłoby się kompletną żenadą. Wolałbym raczej skonstruować pewną płaszczyznę interakcji z odbiorcami, na której rozegrać by się mogło jakieś specyficzne dla miejsca i czasu, jednorazowe zdarzenie. Zaskakujące dla wszystkich i kontrolowane tylko w ograniczonym zakresie. W tym sensie nasz występ na żywo może być procesem podobnym do powstawania albumu, tyle że daleko bardziej intensywnym i z kluczowym udziałem publiki.

Przeczytaj recenzję: Mikrospokój – Niemoc