Mik Musik: ma być nienormalnie

– Ma być nienormalnie. Muzyka coraz bardziej odchodzi od materialnych formatów i jest to proces nieunikniony, ale nie uważam, żeby to było coś złego. Jestem wychowany na celebracji płyty jako obiektu i ciągle mnie to interesuje. Mik Musik stara się maksymalnie zachować aspekt materialności wydawnictw, nawet jeśli nakłady niektórych albumów sięgają rekordowych dziesięciu sztuk. Robię to, żeby to co dotykalne, pozostało jak najdłużej  opowiada Wojtek Kucharczyk z Mik Musik, kolejny głos w dyskusji „Jak wydawać muzykę?”.

BocianJakub Knera: Kilka lat temu wydałeś książkę „Na sam koniec” poświęconą historii Mik Musik, na zakończenie działalności wydawnictwa. Ale kilka lat później wznowiłeś pracę tej wytwórni. Dlaczego?

Wojtek Kucharczyk: Kończąc wtedy działalność, nie powiedziałem, że kończę ja definitywnie. Wolałem określenie „hibernacja“. Mik pojawiało się później gdzieniegdzie jako określenie pewnej marki, symbolu idei. Nawet powstało coś w rodzaju niby-logo „supported by MIK fame“ i trafiło na parę płyt. Nie przestałem działać, ale podążyłem w innym kierunku, moje płyty wychodziły w innych, „zewnętrznych“ labelach i był to bardzo ciekawy, intensywny okres. Lecz po jakichś trzech latach zaczęły mnie pociągać ponownie rzeczy bardzo skomplikowane, czasem hermetyczne lub bardzo nietypowe, a odbiorcy także zaczęli coraz częściej pytać o stare archiwalne nagrania, więc założyłem archiwalny profil na bandcampie i zacząłem je tam umieszczać. Z czasem pojawiły się rzeczy nowsze. I jak tych nowych było już całkiem sporo, a zainteresowanie rosło, stwierdziłem, że to czas, aby MIK wrócił do gry. I pierwszą, oficjalnie wydaną płytą przez nowy zrestartowany MIK był mój solowy album, „Saint Tinnitus Is My Leader“.

Mogę powiedzieć, że wytwórnia powróciła, bo znowu była potrzeba, żeby zapełnić lukę, którą nikt się zająć nie chciał. Lecz od 2008 roku wiele się zmieniło i w muzyce, i na tzw. rynku. Inne są też moje zainteresowania, chociaż oczywiście sedno sprawy pozostaje takie samo – energia.

Czy Mik Musik wydaje muzykę „dziwną“? Jakie kryteria stosujesz przy selekcji wykonawców, którym chcesz wydać płyty?

„Dziwną“? Zależy jak na to spojrzeć. Dla mnie jest to zupełnie normalna i oczywista muzyka, ale w kontekście np. polskiej sceny, a już szczególnie mainstreamu to na pewno coś, co może być dla większości niezrozumiałe i właśnie dziwne. Interesuje mnie to, co ja chcę przekazać. Gdybym oglądał się na to, czego oczekują inni, nie byłoby ciekawie. MIK zawsze stał na przekór modom i proponował nowe rozwiązania. Byliśmy pionierami w wielu kwestiach, które teraz są w zasadzie oczywiste, jak cyfrowe wizualizacje na koncertach, nowe media, ponadstylistyczność, nietypowe formy wydawania muzyki czy działania online. Mam na myśli także nowe idee i pomysły, często ryzykowne, ale czy trzeba jeszcze komuś tłumaczyć, że bez niebezpiecznych akcji nie ma postępu?

Zaczynaliśmy działalność jeszcze w czasach przedinternetowych, więc kilka epok się przewaliło, a my jakoś ciągle nie jesteśmy z tyłu, takie przynajmniej mam wrażenie. Może właśnie dlatego, że nie interesował nas nigdy konkretny styl, tym bardziej moda czy nawet jakiś konkretny profil działania. Robimy to, co jest w danym momencie dla nas interesujące, a ostatnio najbardziej interesująca jest przyszłość.

Jaka jest selekcja? Jestem głównym decydującym, musi mnie muzyka dotknąć, zaintrygować, nawet nie musi mi się spodobać, ale muszę poczuć, dowiedzieć się, że autor robi to maksymalnie szczerze i jest gotów podjąć ryzyko. Wolę rzeczy chropawe i kontrowersyjne niż wypolerowane, płaskie i liczące na szybki profit. Odrzucam wszystkie propozycje, które mają na celu zrobienie kariery, zdobycie pieniędzy i tym podobne sprawy. Takie rejony to nie nasza domena. Naszym polem jest poszukiwanie, najlepiej nowych rozwiązań lub innego spojrzenia na rozwiązania już znane. Ze wszystkiego można wycisnąć coś nowego.

Ważny także jest aspekt przyjaźni i współpracy, dlatego wolę myśleć o Mik Musik jak o kolektywie. Większość wydanych artystów to moi koledzy i przyjaciele, byli nimi przed płytą, albo stali się już po wydaniu, nie szukam za bardzo w nieznanych mi kręgach. Oczywiście są projekty specjalne, wtedy zapraszam artystów według tego, co robią, gdy jest mi właśnie coś konkretnego potrzebne.

Ostatnio znowu wróciliśmy do kwestii remiksów. Długo tego nie lubiłem, ale ostatnio remiksowanie nabrało znowu sensu, bo jest tworzeniem nowego kontekstu, nowej społeczności, sprzyja wymianie, łamie hermetyczność i jest po prostu zabawne. I do remiksów czasem zapraszam artystów spoza labelu, czasem napotkani po raz pierwszy lub ci „z ogłoszenia“, co przynosi bardzo ciekawe efekty. Kiedyś robiliśmy całe serie płytowe z zaproszonymi twórcami, a też często proszę o udział w moich nagraniach artystów z całego świata. Ale sednem Mik Musik jest główna grupa, która całość animuje. Oczywiście ona się zmienia, działamy już wiele lat, ale jest kilku gości o których zawsze się powie, że są mikowcami, nawet jeśli Mik Musik już ich płyt nie wydaje, duch unosi się dalej.

Demo? Można przysyłać, wobec dobrych rzeczy nigdy nie przechodzę obojętnie, zawsze chociażby służę radą i dyskusją, oczywiście jeśli jest o czym dyskutować. Ale mamy trudne czasy i raczej będę wydawał coraz mniejszą grupę artystów, jak kryzys ekonomiczny i logistyczny się nasili, to może nawet tylko swoje własne rzeczy. Lecz na razie robimy co należy i staramy się cieszyć tym co jest i bacznie się przyglądać rozwojowi przypadków, bez fundamentalizmów i uprzedzeń.

Na ile w przypadku Mik Musik ważna jest oprawa graficzna? Ostatnio przykładasz do niej duże znaczenie – to już nie tylko pudełko, ale cała zawartość, ze zdjęciami i innymi przedmiotami.

Oprawa graficzna w wielu wypadkach jest tak samo ważna jak muzyka, w kilku ważniejsza, w bardzo niewielu średnionieważna i zawsze przykładałem do niej ogromne znaczenie. Odkąd interesuję się muzyką, pociągają mnie także okładki. Dla mnie dobre wydawnictwo to takie, które do zaawansowanej muzyki dodaje zaawansowany obraz, opakowanie. Zaawansowany nie znaczy drogi czy wybujały, raczej chodzi o pomysły, które mają na celu łamanie przyzwyczajeń i walkę ze stereotypami, często poprzez ich wykorzystywanie, ale w kompletnie innymi kontekście, użyciu itd. Zestaw symboli ma wywoływać inne efekty, niż to się dzieje zazwyczaj. Uważam, że sposób projektowania jaki w MIK jest najczęstszy to coś pomiędzy sztuką a dizajnem, raczej nigdy nie robimy rzeczy „czystych“ ideowo, ikonograficznie czy systemowo. Ma być nienormalnie. (śmiech) Teraz muzyka coraz bardziej odchodzi od materialnych formatów i jest to proces nieunikniony, nie uważam też, żeby to było coś złego. Ale jestem wychowany na celebracji płyty jako obiektu i ciągle mnie to interesuje. Mik Musik stara się maksymalnie zachować aspekt materialności wydawnictw, nawet jeśli nakłady niektórych albumów sięgają rekordowych dziesięciu sztuk, to robię to, żeby to co dotykalne, pozostało jak najdłużej. Im mniejsze nakłady, tym bardziej materialne, więc wszystkie ostatnie tytuły mają w specjalnie produkowanych pudełkach, mik-boksach różne dodatki: czasem recyklingowe, jak fragmenty książek i egzotycznych gazet, fotografie wywołane na prawdziwym papierze aż po pastylki, gumy do żucia, czy liście laurowe plus oczywiście różnego rodzaju booklety, książeczki i naklejki. Te bardziej napakowane to takie mikromuzea, wystawki rzeczy dziwnych, mini gabinety osobliwości. Poza aspektem namacalności ma to na celu stworzenie odpowiedniego nastroju i otoczenia dla odbioru muzyki. Często jest to także grą z popkulturą czy z różnymi rodzajami kolekcjonerstwa. Mam nadzieję, że poczucie humoru w tych zabawach jest czytelne. Ważne jest też, aby mikowe albumy różniły się jak najbardziej od standardu, nawet za cenę niemożliwości włożenia tego na półkę z Ikea.

Wydajesz muzykę także w formie cyfrowej. Weźmy chociażby Twoje solowe nagrania „Bank Account“, zamieszczane co jakiś czas w sieci albo czteropłytowe archiwum nagrań Deuce. Skąd pomysł na taką formę? Nie boisz się, że taki nadmiar muzyki może zniknąć w zalewie informacji i plików mp3, skoro ludzie nie potrafią się skoncentrować na słuchaniu całych albumów?

Są różne wyszukiwarki! Kto chce, ten znajdzie. Mam się cenzurować i ograniczać? Nie! Nasze czasy pozwalają na absolutne nieskrępowanie, wręcz kuriozalnym wydaje mi się oczekiwanie na jakąś płytę rok czy dwa, ponieważ taki materiał często staje się potem nieaktualny. Muzyka ma opowiadać chwilę, dziać się teraz i mnie ten aspekt coraz bardziej interesuje. Doszliśmy do nowych prymitywnych czasów w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Muzyka to komunikat, nie estetyzacja. Rozmawiam ze światem za pomocą muzyki. Nowe technologie pozwalają na w pełni satysfakcjonujące nagranie, więc w ciągu kilku godzin bez wchodzenia do jakiegokolwiek studia, można stworzyć coś na Ipadzie, siedząc w parku lub na plaży. To jest dobre.

Oczywiście, trzeba mieć w głowie włączony jakiś ochronny filtr jakości, ale to temat na inną rozmowę. Wierzę w połączenie jakości z ilością. A czy ktoś chce tego posłuchać czy nie, to naprawdę nie mój problem. Nie robię muzyki dla pieniędzy, nawet jeśli od lat jestem profesjonalistą. Pieniądze to tylko jeden z elementów – miło jeśli jest obecny, ale nie jest najważniejszy. Marketingowy koncept „mniej towaru, bo wtedy się drożej sprzeda“ jest mi obcy, wręcz z nim walczę. Na razie pracuję nad nową formą, a do tego potrzebne jest zerwanie z wszelkimi starymi zasadami. Mój rosnący album jest ryzykowny i uciążliwy, może także dla niektórych słuchaczy, ale jeśli się takiego rocznego zobowiązania podjąłem, to dlaczego miałbym nie wytrzymać? I tak mam więcej nagrań zrobionych niż pokazuję. Gdybym tylko mógł mój czas w całości poświęcić nagrywaniu i tworzeniu, pewnie byłbym polskim rekordzistą. I naprawdę nie chodzi o to, czy ktoś tego posłucha czy nie, to komponuję dla samej muzyki. Póki co jest jednak tak, że odbiorcy słuchają, może nawet coraz dokładniej, więc myślę, że moja koncepcja ma szanse powodzenia.

Czy działanie Mik Musik się opłaca? To z jednej strony fajna, trochę artystyczna ekstrawagancja, która wielbicieli muzyki pociąga, ale z drugiej strony planujesz zmienić zasady działania wydawnictwa na inną niż w formie obecnej. Jak widzisz przyszłość MM?

W sensie finansowym, taka działalność oczywiście się nie opłaca w żaden sposób. W najlepszych momentach oscyluję wokół zera, na ogół grubo poniżej. Ale im więcej płyt, tym więcej akcji wokół, więcej się o Mik mówi, tym więcej zabawnych i korzystnych sytuacji. To się opłaca. Jasne, frustracja jest momentami ogromna, ale jeśli pomyślę, ile dzięki mikowym działaniom osiągnąłem, ile różni „zrzeszeni“ artyści zdziałali, to nie można tego po prostu w kategoriach finansowych oceniać, bo byłaby to małostkowość.

O przyszłości, takiej konkretnej biznesowo-logistycznej na razie trudno mi mówić, bo na żaden pomysł nie nakręca mnie jakoś do końca. Może to będzie rodzaj klubu z subskrypcjami, może płyty fizyczne będą już tylko na zamówienie, a może ustalę jedna cenę na wszystko i ujednolicę nakłady. Wchodzimy też ostro we wszystkie serwisy streamingowe, bo myślę, że – szczególnie w Polsce – ta forma słuchania muzyki, za chwilę absolutnie wygra. Bez sensu jest z tym walczyć, lepiej to wykorzystać, spróbować się do tego dopasować i polubić te nowe formy. Lepiej jest horyzont poszerzać, niż trzymać się jakiejś małej, coraz bardziej wyludnionej wysepki.

Jak finansujesz wydawanie płyty? Z własnej kieszeni, pieniędzy podatników czy artyści sami opłacają sobie to co chcą wydać?

Z własnej kieszeni. Nawet nie ze sprzedaży innych tytułów bo – jak wcześniej wspomniałem – najczęściej przychody wynoszą mniej niż zero. Zdarza się, że artysta sam się dorzuca, bo tak chce lub może, czasem też wyprodukuje coś samemu, także w sensie fizycznym np. skopiuje kasety albo zrobi własnoręcznie oprawę graficzną. Odgórna zasadą jest to, że każdy ponosi koszty własnych nagrań, mój udział to pomoc przy miksach bądź masteringu, jeśli jest to potrzebne. Dbam też o promocję i PR na tyle na ile jest to możliwe i sensowne.

Większość artystów realizuje swoje nagrania we własnych ministudiach lub gdziekolwiek na laptopach, więc na szczęście budżety nagraniowe mogą oscylować w niskich pułapach, to na ogół poświęcony własny czas i energia. Z grantów nie korzystam, czasem jestem do takich działań zapraszany lub wiem, np. przy koncertach, kto dane akcje sponsoruje, ale MIK jako taki nie zabiega o środki publiczne na wydawanie płyt. Tym samym nie jestem nic podatnikom winien, uważam, że to czysta gra. Ale nie mówię, że to się nigdy nie zdarzy, chociaż wtedy na pewno będę czuł się choć trochę cenzurowany. Zdarzyło się, że zespoły, w których grałem dostały pieniądze na trasę z odpowiednich instytucji, do których zwróciliśmy się o pomoc się zwróciliśmy, ale to są raczej anegdotyczne sytuacje. Jeśli dobrze pójdzie, mam szansę na jakieś stypendium, ale to jeszcze większa anegdota i wyjątek potwierdzający regułę. Natomiast gdyby znalazł się inwestor, lub jeszcze lepiej mecenas, który uwierzyłby w MIK, to chętnie bym się nad taką propozycją pochylił, bo chyba nadszedł czas spróbować czegoś nowego, także w sensie finansowym. Tyle przygód już było, więc nie straszą mnie kolejne. Marzę też po ludzku o jakichś prawdziwych wakacjach, a ciągle na to ciężko nazbierać.

Co powinien zrobić młody zespół, żeby wydać płytę? Działać na własną rękę, uderzać do dużego lub małego wydawnictwa?

Zależy, co ten zespół robi. Wydanie płyty to obecnie tak łatwa sprawa, że nawet małe dzieci mogą sobie z tym poradzić. Ale już pokazanie jej światu, jakakolwiek dystrybucja i promocja to są rzeczy, gdzie samemu się niewiele zdziała, na to pracuje się bardzo długo, chociaż już nie latami tak jak to było kiedyś, bo kiedyś nie było internetu. Młode zespoły powinny przede wszystkim najpierw pracować nad sobą, słuchać jak najwięcej jak najróżniejszej muzyki, czytać książki, czesać wszelkie portale i magazyny, czytać recenzje, uczyć się, chodzić na koncerty innych, na festiwale i przede wszystkim jak najwięcej grać, komponować, nagrywać. I nie myśleć o kasie, zajebistym imidżu i prędkiej karierze, bo wtedy będą istnieć bardzo krótko. Głód muzyki jest tutaj najważniejszy i ma być on maksymalnie wyśrubowany, w muzyce ma być ogień. Dobre zespoły, utalentowani artyści zawsze mogą liczyć na swoje 5 minut, ale niech to nie będzie w telewizji. I jeszcze jeden ważny warunek – należy szukać własnego języka. Kopiści nie są nikomu potrzebni, nawet jeśli słuchając mainstreamowych rozgłośni, mogłoby się tak wydawać. Nie wierzcie w iluzje.

Czy sądzisz, że Mik Musik ma rację bytu na współczesnym rynku? Płyty w fajnej oprawie graficznej, jako nietypowe gadżety w opozycji do ściągaczy plików mp3?

Jak to: czy ma szanse? Przecież istniejemy już prawie dwadzieścia lat, przetrwaliśmy tak długo i przeżyliśmy wiele wielkich w pewnym momencie zespołów, gwiazd czy wytwórni, o których nikt już teraz nie pamięta. Konsekwentnie robimy swoje, nie oglądając się na co chwilę wybuchające kryzysy czy dotkliwą niszowość percepcji. Problemy są, depresja czasem dopadnie, ręce opadają, ale duch jest niezłomny, na to wyszło.

A co do form wydawania – one pewnie zaczną się coraz bardziej różnicować, jeszcze dokładniej dopasowywać do konkretnych tytułów. Jak wcześniej powiedziałem – sama strategia musi się zmienić, może na rodzaj klubu czy loży subskrybentów. Wiem, że z wieloma działaniami celuję w konkretnych kolekcjonerów i bardzo wyspecjalizowanych odbiorców, ale mam też wrażenie, że powoli przybywa ludzi, którzy szukają nietypowych rozwiązań. Po prostu staram się być wyczulony na różne mikrotrendy i tendencje, pomysły fruwające w powietrzu, nowe media i ich wykorzystanie. Interesuje mnie także współpraca z innymi podobnie myślącymi labelami, a ostatnio kilka się ich pojawiło i to też daje nowe pomysły, możliwości, no i pozwala się nie czuć samotnym na tym ogromnym oceanie. Moja najnowsza, zupełnie szalona kaseta wyszła w Oficynie Biedota, brdzo lubię też Sangoplasmo.

Które wydawnictwo z katalogu Mik Musik było najbardziej opłacalne, a które przyniosło Ci największy „rozgłos”?

Myślę, że jedno i drugie przyniosła „Boazeria“ Mołr Drammaz, do tej pory nasz bestseller. 2500 egzemplarzy na całym świecie (dziś niejeden zespół marzy o takim wyniku! – przyp. JK), które pojawiły się kilku różnych dystrybucjach. Zebraliśmy też dużą ilość recenzji od Stanów Zjednoczonych po Australię. Wiele wniosła seria kryzysowa z początku lat 00, kiedy ustaliliśmy stałą niską cenę i uprościliśmy sposób wydawania muzyki po to, żeby w ogóle te płyty się ukazały. To dość szybko przyciągnęło uwagę dziennikarzy i animatorów z Zachodu – myślę że słowo „kryzys“ jest pociągające i stanowi niezłą reklamę. Najwięcej międzynarodowych koncertów zagraliśmy w momencie, gdy światło dzienne ujrzała właśnie crisis series. Także płyty The Complainera cieszyły się bardzo dobrą sprzedażą – różowy album rozszedł się w jakichś 1500 egzemplarzach (słownie: tysiąc pięćset – przyp. JK). W tej branży to naprawdę sporo. The Complainer był przez jakiś czas takim centralnym punktem, miał dobrą prasę międzynarodową etc. Ale tak samo Deuce, 8rolek czy Co, czy Asi Mina i legendarny Sebastian Buczek. Każdy z nich miał na swój sposób konkretne osiągnięcia i to, co robią teraz jest ewolucją tamtych działań. Nie wyobrażam sobie mikowej historii bez kogokolwiek z nich. Było dokładnie tak, jak miało być. I to mnie bardzo cieszy.

Teraz powoli wchodzimy w nowy etap i nawet jeśli z jakiegoś powodu fizyczne płyty jednak miałyby zniknąć, wiem, że udało się nam obronić i zachować to co najważniejsze: specyficzną jakość i aurę mikmusikowych nagrań. Ponownie pojawia się zainteresowanie z zagranicy, nawet jeśli jest to jedno nagranie wyemitowane w jakiejś szacownej audycji BBC czy obecność utworu na składance The Wire. Takie sytuacje cieszą wielce. To efekt żmudnej, ale niezwykle ciekawej pracy. Mam nadzieję, że pozytywne aspekty będą znowu coraz częściej przewyższać te depresyjne. Oczywiście pozostaję realistą i dalej ciężko pracuję.

——————————————————————————————————————————————————————————————————————————————————

Wypowiedź założyciela Mik Musik, Wojtka Kucharczyka to trzeci głos w cyklu „Jak wydawać muzykę?”, w którym doświadczeniami i poglądami wymieniają się przedstawiciele polskich niezależnych labeli. Opowiadają jak rozpoczęła się ich działalność, czy ma ona rację bytu, a także jak w ogóle funkcjonują. W dyskusji udział biorą przedstawiciele Bocian Records, Nasiono, Thin Man, Few Quiet People, Oficyna Biedota i Mik Musik.

Dotychczasowe głosy w dyskusji: