The best of 2019

Oto co najlepszego usłyszałem i opisałem w 2019 roku.

>>Read in English<<

2019 rok przywitałem transformacją Nowe idzie od morza na stronę o muzyce nie tylko z Trójmiasta – jak było przez ostatnie 6 lat – ale o muzyce w ogóle, wypełniając pustkę po niemal dziesięciu latach pisania w Popupmusic.pl, który zamarł na 50 numerze dwa lata temu. Chciałem recenzować jedną płytę tygodniowo i nawet jeśli publikacje nie ukazywały się regularnie to łącznie udało mi się opisać 77 wydawnictw (co łącznie daje półtorej płyty na tydzień), przeprowadzić 9 wywiadów i napisać relacje z 3 festiwali, na których łącznie znalazło się kilkaset zdjęć.

Wypada ten rok przez pryzmat przesłuchanej i zrecenzowanej muzyki podsumować. Nie zamierzam jednak listować wydawnictw, bo karkołomne wydaje mi się układanie listy numerycznej zestawiając footwork z singeli, minimalizmem granym na organach, noise czy free jazzem i piosenkami o śmierci. Odczekałem do końca roku, bo chociaż wydawanie pod koniec listopada czy w grudniu wydaje się bezsensowne – ciekawe rzeczy z tego okresu zazwyczaj zostają niezauważone – to absurdalne są coraz wcześniejsze podsumowania (rekordzistą jest Rough Trade w połowie listopada) a i ja w ostatnich tygodniach roku słuchałem perełek, które czekały długo na odsłuch lub na które trafiłem w ostatnim momencie. Najlepsze muzyczne podsumowanie zrobił Rolling Stone, deklasując The GuardianNew York Times, o rankingu Wyborczej – w którym powinno się przyjmować zakłady co do tego, kto się w nim znajdzie – już nie mówię (chociaż w polskiej części jeszcze brałem udział). Stworzyłem swoje kategorie zainspirowany corocznymi podsumowaniami Daniela Brożka (201820172016) – dopasowując je do tego, co słyszałem niż na siłę szufladkując muzykę.

Guitar Heroes

Muzyki bazującej na gitarach, a precyzując: muzyki gitarowej, słucham jak najmniej, bo z tego co wychodzi niewiele mnie zachwyca. W minionych miesiącach ponad wszystkim była płyta Fugues tria Kogumaza z monumentalnymi suitami bazującymi na repetycjach, minimalizmie i potężnym uderzeniu, którego Michael Gira powinien słuchać przed kolejnymi powrotami Swans. Koledzy po znajomości, zespół Haress stworzyli medytacyjne formy, przypominające dawne Jackie-O Motherfucker, ciągnące się w leniwy, ale wciągający sposób. Swoje powiedziała Brazylia – album Deafkids to majstersztyk o zacięciu awangardowym, Rakta z kolei postawiły na muzyczny rytuał. Po sąsiedzku dwa albumy wydali Portugalczycy z Black Bombaim. Nietypowe – pierwszy z różnymi producentami, nagrywany w różnych przestrzeniach, drugi to owoc współpracy z Joao Pais Filipe ze wzmocnioną i silną odsłoną perkusji (widziałem go w tym roku dwukrotnie na Tremor i Unsound, zjawisko!). Kolejny, bardzo polityczny album Sunwatchers pokazał, że to zespół konsekwentny i oryginalny, w którym blues, minimalizm i jazz dają w połączeniu oryginalny i klarowny przekaz. Nietypowo w tej kategorii umieszczam Mary Halvorson, gitarzystkę przecież, ale raczej poruszającą się po polach jazzu lub awangardy – jej album z Johnem Dieterichem z Deerhoof to kolejny błysk w dyskografii; frywolny a jednocześnie trochę odstający na tle pozostałej twórczości. W Polsce ciekawy materiał wydało ARRM, ale zaskoczenie przyszło w ostatnich tygodniach grudnia z Krakowa: album Decay duetu Ogdens’ to płyta oszczędna, ale treściwa, porywająca i świeża. W 2020 chciałbym ich zobaczyć na żywo.

New kind of Jazz

Wszystkie eseje o skostnieniu jazzu czy odkrywaniu Ameryki, bo „coś się ruszyło” albo „ktoś przywrócił jazz komuś” wydają się zabawne, bo jazz i to co wokół niego się dzieje, od dawna jest wśród ludzi. Miniony rok tylko to potwierdza. Od dobrych trzech sezonów w peletonie błyszczy chicagowska International Anthem, która w tym roku dała światu sporo wydawnictw, ale mnie najbardziej spodobał się podręczny/podróżny album The Oracle Angel Bat Dawid’s, pełen złości, spontaniczności a jednocześnie surowości i uwiecznienia chwili oraz FLY OR DIE II, druga płyta Jaimie Branch jako liderki: jazz spotyka tu blues, śpiew, swobodę, rozbujanie i polityczne zaśpiewy. Jazz AD 2019 to właśnie te dwie kobiety – druga zagrała genialny koncert na Jazz Jantar. Wspaniały rozwój na Ancestral Recall pokazał Christian Scott aTunde Adjuah (również genialny koncert na Jazz Jantar), który rozpycha się w stylistykach jak tylko się da; błyskotliwy album Human solo nagrał Travis Laplante (raz jeszcze w temacie Jazz Jantar: jego skład Battle Trance w 2017 to koncert totalny). Solowo wyróżnił się też Julius Gabriel, który swój saksofon podpiął pod efekty, wkraczając na pole psychodelii. Stały punkt na mojej mapie odwiedzin to label Astral Spirits, który imponuje ilościowo i jakościowo – dla mnie bezapelacyjnie pierwsze miejsce z ich katalogu w tym roku zgarnia Bloor (obecnie Bloar) z płytą „Drolleries”. To jazz żywy, szalony, młodzieńczy, pełen wigoru. Od jakiegoś czasu obserwuję helsińskie We Jazz, które w tym roku wydało Koma Saxo, nowy projekt Pettera Eldha, pokazujący jazz zaglądający tam gdzie kiedyś grało Jaga Jazzist, a jednocześnie oryginalny i ożywczy twór na europejskiej scenie. Na równi z tymi wszystkimi wykonawcami jest Kuba Więcek, który ze swoim trio wydał drugą, porywającą płytę Multitasking, z automatu wpisując się do panteonu Polish Jazz – nie tylko ze względu na wytwórnię, ale zmysł kompozytorski i świeżość na polskiej scenie. Aktywny rok miała gdańska Alpaka z trzecią płytą Algorhythm, która produkcyjnie zahacza o elektronikę i hip-hop, a w temacie polskich jazzmanów kursujących po Europie zapadł mi w pamięć Szymon Gąsiorek z albumem zespołu E/I, testującym napięcie i natężenie dźwięków w składzie niby jazzowym, ale mocno się rozpychającym. 

Don’t techno for an answer

Nie krytykuję imprez techno bo to bardzo pojemny gatunek, ale trudno w 2019 roku jarać się „techenkiem” skoro na tanecznej scenie elektronicznej dzieje się tak dużo. Dla mnie niekwestionowanym centrum świata jest wywodzące się z Tanzanii i Ugandy singeli, o którym pisałem w Tygodniku Polityka. Bamba Pana na Off Festival grali dwukrotnie, Mczo i Duke rozłożyli Kuchnię Hotelu Forum na Unsound na łopatki, a potem jeszcze zrobili tournée po Polsce. Przede wszystkim jednak Nyege Nyege wydało singelską trylogię z albumami Duke, Jay Mitta i Sisso – każdym w obłędnym tempie, ale jednocześnie innym i charakterystycznym. Skoro Uganda i Unsound to w pamięci zostali też Mc Yallah i Debmaster, z genialnymi bitami i rapowym flow na Kubali. Wiele słuchałem też wydawnictwa Fongola zespołu Kokoko!, którzy grają na własnoręcznie zrobionych instrumentach z recyklingu i nie robią przy tym cepelii ale świetną dyskotekę. Z Sahary na syntezatorze przyleciał Hama, który pożenił klawiszowe brzmienie i futurystyczne bity na płycie wydanej przez Sahel Sounds. Dwa wydawnictwa przygotowała Odete, nowa i oryginalna postać z Portugalii, a żeby podkreślić hat-trick krakowskiego festiwalu trzeba zaznaczyć HOXXXYA duetu Gabber Modus Operandi, którzy indonezyjską kulturę kruszą na kawałki i podają w obłędnej formule noise i rave. Z pomysłem na występy live. W Polsce najintensywniej było nad morzem – Jaromir Kamiński w Polena Records wydał utrzymaną trochę w klimacie downtempo, trochę balearic beat a trochę trip albo i hop hopu płytę o wiele mówiącym tytule Powoli. Kamiński na okładce miał Zaspę, druga płyta powstała po sąsiedzku we Wrzeszczu – Rhythm Baboon konsekwentnie nie wydaje długogrających dzieł, ale epki i za każdym podkreśla swój oryginalny styl i pomysł, a także nerwowy footworkowy bit. Wróć, dobre nie tylko idzie z nad morza – futurystycznie, pulsująco i w nieoczywisty sposób zaprezentowała się także Justyna Banaszczyk jako FOQL na Dumpster Diving Know​-​How.

Deep listening

Wydaje mi się, że ideę głębokiego słuchania Pauline Oliveiros przywoływałem w tegorocznych recenzjach regularnie. Często być może skrótowo jako skupienie się i zasłuchiwanie w muzyce, zwłaszcza takiej, która wymaga czasu i chwili, żeby dać w siebie wniknąć. Kali Malone kontynuując fascynacje organami nagrała najciekawszy w swojej dyskografii, monumentalny album The Sacrificial CodeMandatory Reality Joshua Abrams Natural Information Society to mantryczna kontemplacja rozpisana na guembri i improwizowany skład, w którym liczy się malowane tło, ale przede wszystkim organiczna repetycja. David Rothenberg zachęca do wsłuchiwania się w dźwięki miast i słowiki w Berlinie i Helsinkach – zarówno on sam jak i grono zaproszonych muzyków dialoguje z nimi, grając na różnych instrumentach. Hołdowanie minimalizmowi i repetycjom zaserwował Dynasonic, którzy również koncertowo wypadają fantastycznie. Repetycje i minimalizm to także duet Rattle, których płyta co prawda ukazała się pod koniec 2018 roku, ale opisałem ją szerzej teraz. Po pięciu latach ukazało się nagranie ADVENT – wybrzmiewający pod powierzchnią i tlący się album Phila Mintona, Gerarda Lebika i Davida Maranha zarejestrowany w Bazylice najświętszego Serca w Warszawie na głos, generatory i organy. Znaczenie przestrzeni podkreśla Lea Bertucci, która Resonant Field nagrała w ogromnym silosie w Buffalo – saksofon często niknie tam w pogłosie przestrzeni, często zupełnie zatraca swoją tożsamość. Na koniec dwie frapujące wytwórnie: Longform editions, która jest „kolektywem dla głębokiego słuchania” jak sama o sobie pisze i zaprasza muzyków do tworzenia specjalnych suit. W tym roku są to m.in. Antti Tolvi, Bitchin Bajas, Lieven Martens czy Greg Fox i Pan American. Besom Presse z kolei wydało dwa gigantyczne albumy – duet na perkusję i dudy Tony’ego Bucka i Davida Watsona oraz monumentalne dzieło Processions Wernera Duranda, Ameli Cuni i Victora Meertens, którzy przyglądają się barwie dźwięku i wielowarstwowym strukturom na pograniczu dronów i muzycznych mantr. A skoro drony to obowiązkowo warto sprawdzić Important Drone Records, gdzie ukazuje się muzyka być może nawet o halucynogennych właściwościach.

Make local things global

O tym, że termin world music odchodzi (powinien!) do lamusa, pisał w połowie roku The Guardian, a ja nie inne przemyślenia wysnułem po tegorocznej edycji festiwalu Globaltica w Gdyni. Muzyka jest globalna, a inspiracje przeplatają się wzajemnie między wszystkimi zakątkami świata. Narodowe reprezentacje z różnych części świata mają miejsce w pierwszej lidze: Kolumbia za sprawą drugiej płytą Chúpame El Dedo grających cumbijski metal (świetny koncert na Tremor), Los Piranhas i solowym popisem Pedro Ojeda na Romperayo. Elvis Alvarez ukuł motto roku: instead of making global things local, make local things global. Scena turecka rośnie w siłę – o Gaye Su Akyol pisze The Guardian i New York Times, miałem okazję porozmawiać z nią i ja. Tuż obok drepcze Altin Gun (nominacja do Grammy), Derya Yıldırım & Grup Şimşek czy Anadol. Kolejny mocny album wydała Park Jiha z Korei Południowej, która na Philos intrygująco odświeża brzmienie tradycyjnych instrumentów z charakterystycznym fletem piri na czele. Jedno z najlepszych wydawnictw roku nagrał Sote – Parallel Persia to brawurowe połączenie tradycji irańskiej i futurystycznego, elektronicznego brzmienia. Syntezatorowe pasma w skalach arabskich zaserwował na A New WorldMarc Codsi, a słoweński Sirom gra fake-folk, coś co jak folk i tradycja brzmi, ale jest ich własną odpowiedzią na lokalny-zglobalizowany (sic!) świat. Bezsens terminu world music potwierdzają świetne albumy artystów z nurtu zachodniego, które czerpią z muzyki niezachodniej: Vula Viel brzmienie, trochę w klimacie Deerhoof, budują wokół ghanianskiego ksylofonu, a Free the Robots z Los Angeles hip-hopowe rytmy i melodie stworzył na kanwie tradycyjnej muzyki z Polinezji.

W Polsce najmocniejsza płyta roku w tematach okołotradycyjnych i w kierunku tradycji spoglądających to ObertasyOpli, duetu Huberta Zemlera i Piotra Bukowskiego – surowe, rzężące granie, jakby za instrumentami siedzieli naturszczycy, odwołujące się do rytmów, gry bez skrupułów i jakby jutra nie było. Inne spojrzenie w kierunku średniowiecza zaserwowała Bastarda – z płyty na płytę słychać, że to zespół coraz lepszy z wybitnymi muzykami z różnych światów, którzy gdzieś w tym zespole (ale nie tylko w tym) spotykają. Dosłownie pod koniec 2018 roku – chociaż dla mnie to odkrycie 2019 – ukazał się Biełgoraj Kalwińskiego Adama, którego autorem jest Królówczana Smuga. To frapujące i osobliwe spojrzenie na avant-folk, tradycję, polska odpowiedź na New Weird Britain, w świetnej otoczce performersko-wizualnej (wnioskuję po zdjęciach, również z chęcią zobaczyłbym go na żywo w 2020). Coś czego w Polsce mi brakowało. A skoro o tradycji i Polsce mowa to genialną ekspozycję Dźwięki pierwotneprzygotował Oddział Etnografii Muzeum Narodowego w Gdańsku.

Eat the rich

Sporo tegorocznych wydawnictw przynosi nadzieję na to jak sugestywnie artykułować sprzeciw wobec palących problemów społecznych i politycznych. Prym oczywiście w tej kwestii wiodą Stany Zjednoczone, gdzie sytuacja wymaga reakcji, często bardzo bezpośredniej. Przykładem najmocniejszym jest Amirtha Kidambi, która z Elder Ones nagrała brawurowy album From Untruth o kolonializmie, rasizmie, kapitalizmie, otoczony brzmieniem mooga, saksofonu, sensorycznej perkusji i wywodzących się z karnatyckich improwizacji wokaliz. Lingua Ignota w operowym i teatralnym stylu opowiada o pokłosiach przemocy domowej – uniwersalnie, potężnie, łącząc barokowe brzmienie z metalem, folkiem i piosenką spod znaku Diamandy Galas. Moor Mother tworzy osobliwą wycieczkę przez afroamerykańskie USA: opowiada o protestach, zakłamywaniu narracji i ciągłych nierównościach w towarzystwie surowych bitów, punkowych form, samplodelii przy wsparciu kilku producentów. Black Myths, minimalistyczny a jednak stawiający na maksymalne brzmienie duet bas-perkusja wydali drugi album: cechuje go potężne i szorstkie noise’owo i punkowe brzmienie, pełne wściekłości i niezgody. Yatta mówi o dyskryminacji osób nieheteronormatywnych – lirycznie, ale w bardzo zaangażowany sposób

Nad Wisłą z mocą uderzyły Ukryte Zalety Systemu, których post-punk na Sposobie Użycia pulsuje i kipi świeżością, a teksty inteligentnie komentują rzeczywistość. Siksa pomiędzy pełnoprawnymi albumami przygotowała Palemosty nielegal, album oryginalnie nagrany przez CSSABA w 2010 roku (wcielenie Nihila z Furii), do którego stworzyła teksty o rodzimym Gnieźnie. Odkrycie roku to Złe Oko – do bólu przejmujący komentarz Polki na temat Polski z perspektywy Norwegii: o braku tolerancji, mizoginii i patriarchalnym świecie. To tegoroczne lektury obowiązkowe w Polsce, gdzie wciąż niechętnie słychać wypowiedzi zaangażowanych politycznie i społecznie.

Dobre duchy, gdzie one są?

Pomimo przeważających tu eksperymentów miniony rok obfitował w świetne piosenki, przeboje skrojone wręcz do radia albo albumy tradycję piosenek podtrzymujące. Czyli: alternatywa, która dzięki melodiom, refrenom i tekstom może być bardziej atrakcyjna dla bardziej masowego słuchacza. Nagrobki nagrały Pod Ziemią, swoją najlepszą płytę pokazując, że temat śmierci to źródło niewyczerpane, a jednocześnie odwołują się do polskiej piosenki i to w osobliwej, ale chwytliwej przebojowości. Enchanted Hunters po wielu latach przerwy wróciły, ale w odsłonie elektronicznej – nie jestem ultrasem Dwunastego Domu, ale to świetnie skrojone piosenki, puszczające oko do lat 80, z werwą i w sam raz do rozgłośni. Tylko czy te do takich piosenek już dorosły? Ciekawie z syntezatorową przeszłością romansują Cudowne Lata, a Król umacnia swoją pozycję, jednocześnie zyskując coraz szersze grono fanów, o czym świadczy wygrana w rankingu Wyborczej na Płytę Roku 2019, nominacja do Paszportów Polityki i kilka tygodni na pierwszym miejscu Listy Przebojów Trójki. Zostaje przy tym sobą i ja w to idę. Świetny powrót zaliczył TRYP, który przy genialnej oprawie muzycznej i narracji wskrzesił ideę concept-albumów; bardzo dobry jest Piernikowski, który filtruje przez swój język Polskę i zastaną rzeczywistość, czasem tworząc leśno-bajkowe hymny jak singlowe „Dobre Duchy”. No i Judy’s Funeral – zespół, który niestety przeminie niezauważony, a to autorzy błyskotliwych i trafnych piosenek w shoegazeowych oparach, nie tylko o Gdyni. Na okrągło słuchałem Helado Negro, który na This is How You Smile przywołuje przeszłość popu, ale też Teebs, który totalnie mnie zaskoczył, czasem rezygnując z bitów, kiedy indziej zapraszając mnóstwo gości i tworząc płytę, której za każdym razem chce się słuchać do końca. Powrót do przeszłości serwuje też Sessa ze spojrzeniem na tropicalia, ale Grandeza to bardzo świeże brazylijskie wydawnictwo, którego można słuchać w nieskończoność. No i Zoom, drugi album Cucina Povera czyli piosenki minimalistyczne, oszczędne, igrające z ciszą.

The Sky is the Limit

Ostatnia kategoria, której reprezentaci najmocniej się rozpychają na tyle, że w zasadzie ciężko ich zaklasyfikować, niech więc punktami wyjścia będą wielość form i nowe narracje. Wojtek Rusin to człowiek renesansu XXI wieku, który tworzy osobliwy konglomerat pomysłów. Nate Wooley na Columbia Icefield skomponował barwną narrację, wychodzącą od improwizacji, ale bazując w starcie na opowieści o amerykańskim lodowcu. Oryginalne albumy perkusyjne wydali Max Jaffe, Tiger Village czy duet Julian Sartorius i Valentina Magaletti – każdy inny, poszerzający spektrum tego instrumentu. Ograniczeń nie uznaje peruwiański Buh Records, który poza fantastycznymi archiwaliami (o tym niżej) wydał genialne płyty Ale Hop i syntezatorowe połamańce Saijra. Zaskoczyła mnie mroczna improwizacja zespołu Ślina wydana przez Kilogram, ale i kolaż wokaliz Amirthy Kidambi przetworzonych przez taśmy Lea Bertucci. Jedną z najbardziej nietypowych, zamglonych jak okładka płyt było Wool In The Pool zespołu Wool And the Pants z Japonii, który zahipnotyzował mnie i zauroczył swoimi bitami i niewyraźnymi piosenkami. Najkwaśniejsze płyty roku wydał Wiktor Stribog co zauważył Bandcamp a polskie media i blogi niekoniecznie, do tego osobliwymi hybrydami są takie labele jak Enjoy, Glamour, Opus Elefantum. I bonus: Unicorn Booking, agencja na których koncercie jeszcze nie byłem, ale którzy wysyłają najlepsze newslettery na świecie – zawsze czytam je od deski do deski jako interesujące źródła o nowych, mało znanych twórcach.

Back to the future

Na koniec o wydawnictwach archiwalnych. Objawienie roku to Buh Records Luisa Alvarado, które wydaje stare i nowe, młode i dojrzałe – wszystko wzdłuż i wszerz Peru. Najjaśniejszy punkt to reedycja albumu Chocolate i genialna soundartowa kompilacja Grabar Y Coagular. Kolejny punkt na mapie to Canary Records Iana Nagoskiego, który wykopuje przedwojenne smaczki z różnych zakątków świata – w tym roku najciekawsze to nagrania europejskich imigrantów z końcówki XIX wieku i pierwszej połowy XX, którzy zawędrowali do USA oraz portugalskie fado z momentu na chwilę przed ukonstytuowaniem dyktatury Salazara.

Koncert Bulimundo na Tremor sprawił, że zwróciłem uwagę na kompilację Funany z Wysp Zielonego Przylądka wydaną przez Ostinato Records, a Bartek Chaciński pokazał katalog Chevance, „muzykę inną” stworzoną przez francuskich jazzmanów i poetów w latach 70. i 80. dla… dzieci. Akuphone z kolei wydało album poświęcony scenie japońskiej, a zwłaszcza jego kobiecej odsłonie. Dzięki tym płytom na nowo przekonałem się do idei kompilacji, zwłaszcza sięgających w przeszłość.